Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Śniadanie u Tiffany'ego". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Śniadanie u Tiffany'ego". Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 listopada 2011

"Śniadanie u Tiffany'ego"

Nasze wspólne oglądanie filmów rozpoczęłyśmy "Śniadaniem u Tiffany'ego", pomimo iż film ten nie należy do żadnego z obranych przez nas kanonów, co niesłusznie, jest to bowiem obraz wyborny, smakowałyśmy go z radością i nie miałyśmy najmniejszej ochoty, aby kiedykolwiek się skończył.

Fabuła "Śniadania..." wydaje mi się w gruncie rzeczy drugorzędna (choć zdaję sobie sprawę, że film powstał na podstawie uznanej za poważne dzieło powieści), najistotniejsza jednak jest ta niepowtarzalna, ujmująca atmosfera, specyficzny klimacik Manhattanu lat 60' w letnie, ciepłe dni i wieczory, oraz oczywiście - Audrey.

Audrey Hepburn, w roli życiowo nieuporządkowanej, frywolnej, dziwacznej, ale pełnej wdzięku "kobiety do towarzystwa" zdominowała film niemal bez reszty. Od pierwszej sceny (jakże pięknej) do ostatniej nie można oderwać od niej oczu. W moim odczuciu jest to kolejny film, który stanowi swojego rodzaju hołd złożony kobiecości - kobiecości, która jest piękna, chaotyczna, nieobliczalna, nieco dziecinna i na swój sposób naiwna, która patrzy wielkimi, oszałamiającymi oczami i może sobie pozwolić właściwie na wszystko. Grana przez Audrey Holly Golightly jest równie piękna, gdy zakłada szlafrok, wyciąga kapcie z lodówki, gwiżdże na taksówkę czy próbuje ukraść akwarium ze sklepu z zabawkami - patrzymy na nią z zachwytem i wybaczamy jej każde wykroczenie.

Podobnie patrzy na nią Paul Varjak (George Peppard), jej sąsiad, pisarz "jednej powieści" i jednocześnie utrzymanek sponsorki, która w "opiece" nad nim wydaje się realizować rozmaite swoje kobiece potrzeby. Paul i Holly zaprzyjaźniają się szybko (warto zwrócić uwagę, że ich relacja od początku jest szczera, w odróżnieniu od wszystkich innych stosunków, w jakich tych dwoje pozostaje z ludźmi), a z czasem zakochują się w sobie - rzecz jasna. Z tą jednak różnicą, że Paul potrafi takie uczucie z całą wynikającą z niego odpowiedzialnością udźwignąć, Holly zaś wręcz przeciwnie - ucieka! Zdumiewa pokora i cierpliwość, z jaką Paul znosi kolejne wariactwa (i plany matrymonialne!) Holly, bo przecież cierpliwości tej musi mu w końcu zabraknąć, żeby Holly oprzytomniała i zrozumiała, że "trzeba żyć" (a nie dryfować po powierzchni życia). A w życiu - oczywiście - historia ta nie powinna się skończyć szczęśliwie - on powinien ją zostawić, ona - cierpieć zasłużenie za swą winę - jednak, Bogu dzięki, ten film nie jest "o życiu", ten film to cudna bajka z nieodwołalnym happy endem. I bardzo dobrze. Miód na serce.

Bardzo ładna jest pierwsza scena, w której o poranku Holly wysiada z taksówki ubrana w elegancką, wieczorową suknię i zatrzymuje się przy wystawie jubilera Tiffany'ego, gdzie zjada z właściwym sobie wdziękiem poranny rogalik. Jak się później dowiadujemy, Holly koi w ten sposób swój niepokój podszyty lękiem, stan, który zdarzyć się może każdemu, a tymbardziej osobie tak w gruncie rzeczy samotnej, jak ona. Dla biednej od najmłodszych lat dziewczyny wystawa u Tifanny'ego jest oknem na świat przepychu, gdzie "nic złego nie może się stać" - do tego świata ucieka więc w trudnych chwilach. Zaczęłam się przy tej okazji zastanwiać, czy i gdzie ja leczę swoje niepokoje i... chyba już wiem :) A Ty?...

Piękna piosenka "Moonriver" w wykonaniu Audrey, siedzącej na parapecie okna, w turbanie z ręcznika na głowie, jest absolutnie niezwykła i zdecydowanie zasługuje na uwiecznienie na naszym blogu!

Ponadto ja również jestem zachwycona pomysłem robienia przez cały dzień tylko tego, czego się jeszcze nigdy nie robiło. Jest nie tylko zabawny i orzeźwiający, ale też... inspirujący! ;)

A na deser lista fascynujących nas zjawisk, które obserwujemy w amerykańskich filmach
(czy też - otwarcie listy):

1. telefony na długim kablu: rozmawia się przez nie trzymając aparat w jednej ręce, słuchawkę w drugiej, i wędrując po całym domu z ciągnącym się z tyłu (zazwyczaj z kuchni) kablem

2. papierowe torby na zakupy: wielkie i nieporęczne, ale efektowne (a w tych torbach często są płatki kukurydziane w pudełkach kartonowych, a nie w torebkach)

3. schody przeciwpożarowe: można nimi uciec, albo odwiedzić sąsiada - fascynujące!

4. spanie całkiem nago!

czwartek, 24 listopada 2011

Gdybym znalazła prawdziwy dom, w którym czułabym się jak u „Tiffany'ego”...

Film 'Śniadanie u Tiffany'ego z 1961r. chyba natychmiast przeszedł do klasyki kina. W momencie w którym ustaliłyśmy, że objerzymy ten film ucieszyłam się że zaczynamy od czegoś lekkiego, łatwego i przyjemnego.

I to jest właśnie taki film! Od samego początku czuć lekką atmosferę, Nowy York jest przedstawiony jego miasto czyste, jasne, kolorowe w którym jest wszystko potrzebne do szczęścia. Nie czuć żadnego napięcia, czas płynie swoim niespiesznym rytmem.

Główna ikoną filmu jest, jak wiadomo nie od dziś -przepiękna Audrey Hepburn! Jak usłyszałaś ode mnie wczoraj patrząc na jej zdjęcia (z filmu) wyobrażałam ją sobie jako chłodną, niedostępną, trochę dumną kwintesencję pięknej kobiety. Taki wizerunek przedstawia często Magdalena Cielecka, i czegoś takiego się spodziewałam.
Holly jednak okazała się śliczną, niedojrzałą, uroczą 'dużą dziewczynką'. Nie da się nie ulec jej wdziękowi, bawi swoimi codziennymi absurdami, wzrusza swoją nieporadnością -nie wzbudza żadnych negatywnych emocji. Z drugiej strony tak cudownie jest na ekranie, w rzeczywistości bardzo ciężko żyłoby się z taką osobą.

Holly to jedno, jej mieszkanie drugie. Spodobało mi się od samego początku! Przestrzenne, kolorowe, absurdalne -takie mieszkanko z marzeń, to miejsce jest jak podsumowanie całej magii tego filmu.

Paul grany przez George'a Pepparda jest typowym księciem z bajki: przystojny, zakochany, wyroumiały, nie wyśmiewa, nie ocenia, w każdej sytuacji pomoże i wybaczy. Co mi się w nim podoba to to, że nie jest w tym wszystkim irytujący. On po prostu jest, ale nie wywołuje we mnie żadnych emocji (w przeciwieństwie np. Gable'a w 'Przeminęło z wiatrem' lub Bogarta w 'Casablance'). On tylko jest -bo w melodramacie taka postać być musi.

Fabuła jest prosta, każda scena jest następstwem poprzedniej (tzn. fabuła nie wybiega w czasie poza obszary czasu trwania filmu). Jedyne co w trakcie oglądania się wyjaśnia to przeszłość Holly -jej dom rodzinny, ukochany brat i mąż. Poza motywem istotnego brata ten wątek tak naprawdę nic nie wprowadza. Wyjaśnia częściowo, dlaczego jej celem życiowym jest znalezienie bogatego męża.

Chciałabym napisać również o kultowej scenie, w której Hepburn siedzi na parapecie okna, w zwykłym ubranku i ręczniku na głowie (wydaje mi się, czy ona ma suche włosy?), grając na gitarze śpiewa 'Moon River' (poniżej spróbuję wgrać filmik z tą sceną). Bardzo obrazowo wyobrażam sobie to uczucie; siedzenie wczesnym rankiem na parapecie, zapach poranku, widok budzącego się miasta, przyjemne letnie powietrze na twarzy. Piękna piosenka, delikatne dźwięki gitary i ten 'on', zasłuchany piętro wyżej. Brak trosk, pośpiechu, obowiązków. Ta scena kojarzy mi się z kombinacją spokoju z przyjemnością.

Bardziej jednak zaintrygowała mnie scena tytułowa. Spontaniczne, wspólne spędzanie czasu Holly i Poula. Robienie dokładnie tego na co ma się w tej chwili ochotę, zapewne długie rozmowy zwane 'o wszystkim i o niczym' i zabawy realizowane gdy tylko się pojawią. W tym filmie pomysł podała Holly -'róbmy dziś to, czego jeszcze nigdy nie robiliśmy, na zmianę: raz Ty, raz ja'. Leżąc dziś w czasie bezsennych, nocnych godzin dumałam sobie, ile ostatnio zrobiłam takich rzeczy. Sporo faktów przyszło mi do głowy, niektóre wspominam miło, inne nie, ale jest to nowe doświadczenie. W związku z tą refleksją ta scena jest moją ulubioną w tym filmie.

Podsumowując: film jest piękny, jak zauważyłaś lekko teatralny, magiczny, spokojny, bezstresowy. Jest on zabarwiony ładną scenografią, zjawiskowymi postaciami i śliczną muzyką. Są chwile, gdy można się pośmiać, wzruszyć, zamyślić, ale nie ma on jakiejś głębszej treści. Nie jest według mnie filmem w którym mogłabym znaleźć receptę na jakiś kłopot, ale 'Śniadanie u Tiffany'ego' (przez wielkie oparcie na samym marzeniu) jest świetnym, dwugodzinnym znieczuleniem!

8/10



P.S. 'Audrey Hepburn powiedziała, że scena, w której wyrzuca kota w deszcz na ulicę była najgorszą, jaką w swoim życiu musiała zagrać.' Wow :)