Opisywanie kolejnych rozdziałów książki jest przy moim obecnym trybie życia niewykonalne. Zmieniam taktykę. Będę teraz czytać codziennie, a co tydzień postaram się skomentować to, co przeczytałam w danym tygodniu. Dziś zaś postanowiłam zakończyć przedłużającą się już przygodę z "Rzeźnią numer pięć."
W rozdziale ósmym autor dość niespodzianie opisuje wreszcie masakrę w Dreźnie. Cała powieść "ciążyła" ku temu wydarzeniu i w końcu zostało ono opowiedziane.
Billy przypomniał sobie bombardowanie za sprawą kwartetu "Czterookich Skurczybyków", śpiewającego na przyjęciu z okazji rocznicy ślubu państwa Pilgrim. Występ czworga młodych muzyków wywołał w Billym wzruszenie tak silne, że musiał opuścić swoich gości i poszukać ukojenia w osamotnieniu. Przez jakiś czas Billy nie mógł zrozumieć, dlaczego owładnęły nim tak silne emocje, aż w końcu przypomniał sobie noc bombardowania, które amerykańscy jeńcy przeżyli schroniwszy się w chłodni pod rzeźnią oraz widok obróconego w ruiny, całkowicie opustoszałego miasta, które ujrzeli po wyjściu na powierzchnię. Jeńców pilnowało czterech niemieckich strażników. Ich zszokowane, nieme, otępiałe twarze do złudzenia przypominały twarze muzyków, którzy śpiewali na rocznicy ślubu Billy'ego i Valencii.
Dalszą relację ze zniszczonego miasta Billy opowiada Montanie Wildhack - kobiecie, z którą został uwięziony w Tralfamadorii. To interesujące, że do tych wojennych wydarzeń Billy nie przenosi się w czasie - zamiast tego po prostu je wspomina - tak, jakby w swoich podróżach miejsce to skrzętnie omijał. We wspomnieniach opisuje on krajobraz księżycowy, pagórki gorącego gruzu pod czarnym niebem, kryształki stopionego szkła walające się pod nogami, spalone zwłoki na ulicach, ugotowane ciała pod gruzami, ciszę. Jest to obraz wstrząsający, demaskujący okrucieństwo oraz absurdalność wojny. Przed takim obrazem można jedynie milczeć, rozważania zaś o słuszności bombardowania wydają się niedopuszczalne, nonsensowne.
W kolejnym rozdziale dowiadujemy się o absurdalnej śmierci Valencii, która zatruła się spalinami jadąc, w wielkiej rozpaczy, do szpitala, gdzie Billy wylądował po katastrofie lotniczej.
W szpitalu tym Billy dzielił salę z profesorem Coplandem, człowiekiem krzepkim, zdrowym, korzystającym z życia, rozmiłowanym w wojnie. Odwiedzała go młodziutka żona, której kazał on czytać przemówienie Trumana o bombardowaniu Hiroszimy (jako wielkim sukcesie USA) oraz inne publikacje gloryfikujące wojnę, naloty bombowe, żołnierzy walczących za ojczyznę itd. Kiedy Billy opowiedział mu, że był w Dreźnie, profesor długo pozostawał głuchy na jego słowa, by w końcu krótko mu wyjaśnić, że nalot na Drezno był niezbędnie konieczny.
Po katastrofie lotniczej Billy rozpoczyna swoją działalność mającą na celu rozpowszechnianie wiedzy o Tralfamadorii, względnej naturze czasu i nieistotności śmierci. W tym celu najpierw udaje się do Nowego Jorku, gdzie występuje w audycji radiowej poświęconej kryzysowi powieści. Czemu to właściwie ma służyć? Ukojeniu? Czy receptą na problem wojen jest niespoglądanie w ich stronę? Vonnegut (jako "słup soli") wydaje się prezentować poglądy odmienne ...
W ostatnim zaś rozdziale narrator ponownie opowiada w pierwszej osobie, chociaż swoją historię przeplata również luźno z opowieścią o Billym. Raz jeszcze wraca do Drezna z 1945r., kiedy to po bombardowaniu grupa amerykańskich jeńców zajmowała się wydobywaniem zwłok ludzkich z "kopalni" ruin. Z powodu zbyt wielkiej ilości psujących się ciał w końcu zaczęto je palić na miejscu. Pośród tego wszystkiego Edgar Derby został rozstrzelany za przywłaszczenie sobie czajnika, a gdy skończyła się wojna, ptaki zaśpiewały Billy'emu pytająco "It-it?"...
Tak kończy się ta zdumiewająca, niekonwencjonalna powieść. Opowiada ona o wojnie jako o zjawisku złowieszczym, absurdalnym, niszczycielskim. Wojna zabija człowieka w człowieku. I nikt wojny nie wygrywa... Wojna trwa w Billym przez całe życie. W każdej chwili powraca do niego w skojarzeniach, w lęku, w smutku. Z medycznego punktu widzenia Billy przejawia ewidentne cechy PTSD - zespołu szoku pourazowego (ujęte w ładny, literacki sposób). Nie chcę się jednak na tym koncentrować - problem niszczycielskiego wpływu wojny na człowieka wykracza poza ramy prostej psychiatrycznej diagnozy.
Podobno pozostaje kontrowersją, ile właściwie osób zginęło w Dreźnie. Vonnegut podaje prawdopodobnie liczbę zawyżoną. Czy jednak ma to jakiekolwiek znaczenie? Warto jest obudzić uśpione sumienie i przypomnieć sobie, że na wojnę nie można patrzeć kategoriami "dobrzy kontra źli" - a przecież jest to bardzo powszechny sposób ujmowania tego problemu, np. w szkołach.
Pośród pilotów bombowców byli również Polacy. W artykule "Musiałem myśleć jak maszyna" w TP można przeczytać relację polskiego pilota z nalotu na Drezno: "... podczas nalotu myśli się innymi kategoriami. Na dole jest wróg. Ten wróg cię napadł, wymordował twoich rodaków. Zostawił zgliszcza w twojej ojczyźnie. Jest okupantem. Teraz ty z nim walczysz. Patrzysz, czy cel dobrze się pali. I cieszysz się, kiedy widzisz ogień. Trzeba się nauczyć myśleć jak maszyna. I można myśleć tylko o dwóch rzeczach: lecę wykonać zadanie, mam wrócić żywy." ......
W jednej z powieści Trouta (opisanej w "Rzeźni") głównym bohaterem jest robot, który zrzucał napalm na ludzi. Mógł to robić, ponieważ nie był wyposażony w sumienie, a i później nikt nie miał mu tego za złe. Musiał się jedynie pozbyć brzydkiego zapachu z ust...
Powieść Vonneguta spodobała mi się ogromnie. Jest uderzająca, porusza wiele niezwykle istotnych problemów, stanowi też bardzo ważne świadectwo wydarzeń, o których świat nie pamięta... W pierwszym rozdziale ktoś mówi narratorowi, że pisanie powieści przeciwko wojnom jest jak pisanie przeciwko lodowcom. Narrator jednak mimo to zdecydował się tę książkę napisać!
I to jest dla mnie najważniejsze jej przesłanie - pomimo iż zło w świecie jest nieuniknione, należy mu się przeciwstawiać!
Kończę tym samym. Z wiarą w dobro, o które warto walczyć.
I zaczynam czytać/pisać nowym trybem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Rzeźnia numer pięć". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Rzeźnia numer pięć". Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 stycznia 2012
czwartek, 5 stycznia 2012
"Rzeźnia numer pięć" rozdział 7.
W bardzo krótkim, siódmym rozdziale "Rzeźni ... " Billy uchodzi z życiem z katastrofy lotniczej, po czym zostaje poddany operacji mózgu i w czasie rekonwalescencji podróżuje w czasie. W jego wojennych doświadczeniach po raz kolejny powraca wątek podobieństwa żołnierzy po obu stronach frontu. Zarówno amerykańcy jeńcy, jak i pilnujący ich Niemcy podobni są do siebie w swoim dziecięctwie i bezradności (i w niczym nie przypominają stereotypowych żołnierzy znanych z wojennych powieści czy filmów). Podobieństwo to jest z pewną ironią podkreślone w słowach, iż Billy oraz pilnujący go niemiecki szeregowiec Gluck byli dalekimi kuzynami, o czym nigdy się nie dowiedzieli. Czy takie dalekie pokrewieństwo nie łączy wszystkich ludzi? I czy nie czyni ono wojen i wszelkich innych zbrodni tym okrutniejszymi?
Jest też w siódmym rozdziale zawarta nowa nauka z Tralfamadorii. Według Tralfamadorczyków wszyscy ludzie, zwierzęta i rośliny są maszynami. Co to znaczy? Niewątpliwie jest to logiczna konsekwencja tego, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość istnieją jednocześnie, a ludzie są jak owady zanurzone w bursztynie czasu. Wszystkie ludzkie działania są konieczne, a z perspektywy czwartego wymiaru równie oczywiste, jak nóżki komara zawieszonego w złotym kamyku.
Co to jednak właściwie oznacza? Czy ciągle jest to jedynie zabawa ideą determinizmu? Czy koncepcja ludzi-maszyn nie służy raczej zobrazowaniu automatyzmu, z jakim wykonujemy szereg czynności składających się na nasze życie? Czy nasze poglądy, decyzje, pomysły nie są w dużej mierze pochodną koncepcji, jakie proponują nam rodzice, wychowawcy, przełożeni, politycy? Czy nie jesteśmy "zaprogramowani"? Podobnie jak "zaprogramowani" byli żołnierze-dzieci, ruszający w szaleńczej krucjacie przeciw sobie...
To bardzo niepokojące pytania...
niedziela, 1 stycznia 2012
"Rzeźnia numer pięć" rozdział 6.
Z kilku różnych powodów przez dłuższy czas nie byłam w stanie czytać i o czytaniu pisać, stąd wynika tak długa przerwa w lekturze "Rzeźni ...". Nad przerwą tą ubolewam i postaram się, by więcej takie przerwy nie miały miejsca (co jest postanowieniem dosyć odważnym, uwzględniając fakt, że jutro wracam do pracy).
Cóż - co będzie, to będzie ...
Szósty rozdział "Rzeźni ... " jest stosunkowo krótki i koncentruje się wokół doświadczeń wojennych Billy'ego. Amerykańscy jeńcy zostają przetransportowani z obozu jenieckiego dla Rosjan do Drezna, gdzie mają pracować jako robotnicy kontraktowi. Billy'emu w podróży tej towarzyszy dwóch kompanów, z którymi los połączył go w skrzydle szpitalnym. Pierwszy z nich to mały, wściekły Lazzaro, w którego chorej głowie stale rośnie lista ludzi, których w akcie zemsty każe zabić po wojnie. Drugi to "biedy, stary Edgar Derby", poczciwy, naiwny i prawy nauczyciel gimnazjum. Edgar Derby przeżyje masakrę w Dreźnie, po czym zostanie dyscyplinarnie rozstrzelany za kradzież czajnika. O jego śmierci czytelnik dowiaduje się już w pierwszym rozdziale, w którym Vonnegut uznaje za nieodzowne opisać to absurdalne wydarzenie.
Drezno oszałamia Amerykanów swoją bajkową, barokową architekturą. Billy kontempluje jej detale świadomy, że w przeciągu miesiąca miasto zostanie zrównane z ziemią.
I właśnie ten obraz - pięknego miasta, na które wkrótce spadnie deszcz bomb - wraz z obrazem poczciwego Edgara Derby'ego układającego w myślach czułe listy do żony, skazanego na okrutną śmierć pośród ruin - wydają mi się tworzyć najistotniejszy wątek rozdziału szóstego. Autor zaprasza czytelnika do uważnego przyjrzenia się temu, co zostanie niechybnie zniszczone, niejako w dwóch skalach - w skali pięknego, imponującego miasta i w skali mniejszej, ale nie mniej istotnej - pojedynczego człowieka. Poruszające.
A oto Drezno z 1910r.:
Cóż - co będzie, to będzie ...
Szósty rozdział "Rzeźni ... " jest stosunkowo krótki i koncentruje się wokół doświadczeń wojennych Billy'ego. Amerykańscy jeńcy zostają przetransportowani z obozu jenieckiego dla Rosjan do Drezna, gdzie mają pracować jako robotnicy kontraktowi. Billy'emu w podróży tej towarzyszy dwóch kompanów, z którymi los połączył go w skrzydle szpitalnym. Pierwszy z nich to mały, wściekły Lazzaro, w którego chorej głowie stale rośnie lista ludzi, których w akcie zemsty każe zabić po wojnie. Drugi to "biedy, stary Edgar Derby", poczciwy, naiwny i prawy nauczyciel gimnazjum. Edgar Derby przeżyje masakrę w Dreźnie, po czym zostanie dyscyplinarnie rozstrzelany za kradzież czajnika. O jego śmierci czytelnik dowiaduje się już w pierwszym rozdziale, w którym Vonnegut uznaje za nieodzowne opisać to absurdalne wydarzenie.
Drezno oszałamia Amerykanów swoją bajkową, barokową architekturą. Billy kontempluje jej detale świadomy, że w przeciągu miesiąca miasto zostanie zrównane z ziemią.
I właśnie ten obraz - pięknego miasta, na które wkrótce spadnie deszcz bomb - wraz z obrazem poczciwego Edgara Derby'ego układającego w myślach czułe listy do żony, skazanego na okrutną śmierć pośród ruin - wydają mi się tworzyć najistotniejszy wątek rozdziału szóstego. Autor zaprasza czytelnika do uważnego przyjrzenia się temu, co zostanie niechybnie zniszczone, niejako w dwóch skalach - w skali pięknego, imponującego miasta i w skali mniejszej, ale nie mniej istotnej - pojedynczego człowieka. Poruszające.
A oto Drezno z 1910r.:
piątek, 9 grudnia 2011
"Rzeźnia numer pięć" rozdział 5.
Ha! W rozdziale piątym dowiadujemy się, że "Rzeźnia..." została napisana stylem tralfamadorskim! Tekst niedługi, ujęty w zwięzłe akapity pooddzielane gwiazdkami, bez sensacyjnej fabuły, bez przyczyn i skutków - Tralfamadorczycy obejmują go jednym spojrzeniem i wówczas wszystkie te akapity przeczytane jednocześnie składają się na "obraz piękny, zaskakujący i głęboki"! Można to potraktować, jak swojego rodzaju podpowiedź - w jaki sposób czytać tę powieść. Dla kogoś jednak, kto nie widzi w czwartym wymiarze, nie jest to takie łatwe...
Poza tym rozdział piąty jest długi i stanowi prawdziwe wyzwanie. Pojawiają się w nim nowe wątki, Billy przenosi się do smutnych, naznaczonych lękiem wspomnień dzieciństwa, a także do czasów, gdy przebywał na oddziale dla nerwowo chorych w szpitalu dla weteranów wojennych. Tam odwiedzają go:
1) matka - Billy chowa się przed nią pod kołdrą, podczas gdy ona prowadzi uprzejme i banalne rozmowy z jego sąsiadem, Eliotem Rosewaterem. Billy chowa się przed matką ze wstydu, a wstydzi się tego, że to życie, które ona mu dała i przy którym go podtrzymywała, wcale mu się nie podoba. Nie podoba mu się ono od samego początku, od dzieciństwa budzi w nim trwogę. A może jest tak, że wojna kładzie się cieniem na całe życie człowieka (jakby - w czwartym wymiarze)?
2) narzeczona: otyła, ale bogata Valencia - Billy nie kocha jej, nie chce się z nią żenić, związek z nią należy do "objawów jego choroby" - dlaczego? Czy choroba ta nie polega na utracie poczucia sensu życia? Billy wydaje się biernie poddawać biegowi wydarzeń (nie ma przecież wpływu na teraźniejszość ani na przyszłość), poddaje się też Valencii.
3) nie odwiedza go, ale mu towarzyszy i go inspiruje jego sąsiad z sali, wspomniany Eliot Rosewater, człowiek, "po którego opustoszałym wnętrzu błąkały się echa miłości". Rosewater pozostaje wiernym wielbicielem prozy fantastycznoanukowej autorstwa Kilgore'a Trouta. Kilgore Trout jest postacią wymyśloną przez Vonneguta, pojawiającą się w różnych jego powieściach, stanowiącą prawdopodobnie "alter ego" autora. Jego powieści pomagają zarówno Billy'emu, jak i Rosewaterowi, odnaleźć się w świecie, który wojna odarła z sensu. Dlaczego fantastyka naukowa? Czyżby dlatego, że pozwala ona ten świat "opuścić", spojrzeć na niego całkiem z zewnątrz?
W tej części rozdziału opisana jest jedna z powieści Trouta, pt.: "Ewangelia z kosmosu", w której autor poszukuje przyczyn okrucieństwa wśród chrześcijan. Wysuwa on hipotezę, że Ewangelie Nowego Testamentu są skonstruowane w ten sposób, iż dopuszczają przemoc wobec ludzi, o ile nie mają oni "zbyt mocnych pleców" (tak, jak je miał Jezus). Proponuje on nową ewangelię, w której Jezus od samego początku jest "nikim" i dopiero po ukrzyżowaniu Bóg ujawnia się pośród błyskawic i mówi ludziom, że adoptuje tego człowieka i czyni go Synem Bożym oraz że od tej pory będzie karał surowo każdego, kto podniesie rękę na słabszego od siebie. Trudno mi było "przełknąć" tę historię, tak dalece mija się ona z istotą Ewangelii. Niemniej zawiera się w niej pewna myśl istotna - człowiek ma tak silną skłonność do okrucieństwa, że jedynie groźba surowej kary jest go w stanie powstrzymać. Czy to jednak prawda?
W sposób przerywany, ale chronologicznie uporządkowany, opowiada narrator ciąg dalszy doświadczeń wojennych Billy'ego. Billy wraz z innymi jeńcami trafia do brytyjskiej części obozu, gdzie grupa pogodnych, zdrowych na ciele i duszy angielskich oficerów pozostaje uwięzionych od początku wojny. Przyjmują oni Amerykanów z radością, przygotowują ciepły poczęstunek, zabawiają. Dopiero z upływem czasu odkrywają w nich zbieraninę wyniszczonych, otępiałych chłopców, którzy ów ciepły poczęstunek przypłacają gwałtownym (i masowym) rozstrojem jelit. Billy szybko trafia do skrzydła szpitalnego, gdzie ma okazję usłyszeć niemieckiego majora, który odczytuje na głos ustępy monografii Howarda W. Campbella jr na temat zachowania amerykańskich jeńców w niemieckich obozach. Campbell utrzymuje, że Stany Zjednoczone są krajem, w którym gardzi się ubóstwem, a ponieważ większa część społeczeństwa jest uboga, większość obywateli czuje więc pogardę wobec siebie samych. Dotyczy to oczywiście również amerykańskich żołnierzy, szczególnie szeregowców, którzy stanowią "masę biedaków pozbawionych poczucia własnej godności. (...) Każdy będzie jak ponure dziecko, które marzy skrycie o śmierci." Niezależnie od tego, jak teoria ta miała się do rzeczywistości (w czasach Vonneguta) trudno nie mieć wrażenia, że charakterystyka ta w pełni opisuje Billy'ego... Informacyjnie: Howard W. Campbell jr jest postacią fikcyjną, narratorem w innej, wcześniejszej powieści Vonneguta, pt.: "Matka Noc", podczas gdy Howard Campbell ("senior") to postać autentyczna, republikański polityk, który zmarł w roku 1971.
W końcu - w rozdziale piątym sporo miejsca poświęcono Tralfamadorczykom. Billy jest przez nich więziony w mieszkaniu urządzonym w stylu ziemskim, o przezroczystych ścianach, przez które zachwyceni Tralfamadorczycy obserwują jego codzienne czynności. Na pytanie, czy jest mu dobrze w takich warunkach, odpowiada "Mniej więcej tak samo, jak na Ziemi". Pozbawiony intymności, samotny, mechanicznie powtarzający te same, proste czynności - taki jest Billy w tralfamadorskim zoo, taki też czuje się na Ziemi... Tralfamadorczycy posiadają pięć płci i uświadamiają Billy'ego, że na Ziemi jest ich tymczasem aż siedem (widocznych jedynie w czwartym wymiarze). Tłumaczą, że aby powstawały nowe dzieci, potrzebny jest udział nie tylko dwojga rodziców, ale jeszcze męskich homoseksualistów, kobiet po 60-tce, dzieci, które zmarły tuż po urodzeniu itd. ... Hmmm... Jeden z Tralfamadorczyków próbuje też wyjaśnić swoim ziomkom, jak to jest - doświadczać upływu czasu. Metafora, której używa, jest dość skomplikowana i została zilustrowana na zamieszczonej obok grafice. Co najważniejsze, doświadczanie czasu wiąże się z ogromnym ograniczeniem, którego człowiek nie jest w ogóle świadomy. Wreszcie, Billy porusza w rozmowie z Tralfamadorczykami temat wojen - sam przerażony okrucieństwem wojen ziemskich pyta, czy Tralfamadoria jest wolna od wojen i jak to jest możliwe. Otrzymuje odpowiedź, że wojny zdarzają się również na Tralfamadorii, ale Tralfamadorczycy zwyczajnie je ignorują, nie spoglądają w ich stronę. "Jest to coś, czego Ziemianie mogliby się nauczyć, gdyby się rzeczywiście postarali: sztuki kontemplowania dobrych chwil i ignorowania złych." Cóż... Billy wydaje się stosować do tej "lekcji", ale Vonnegut - już nie (napisał przecież jednak książkę antywojenną!).
No - to by było na tyle. Na zakończenie obrazek, na którym "Rzeźnia numer 5" niejako w czwartym wymiarze.
Poza tym rozdział piąty jest długi i stanowi prawdziwe wyzwanie. Pojawiają się w nim nowe wątki, Billy przenosi się do smutnych, naznaczonych lękiem wspomnień dzieciństwa, a także do czasów, gdy przebywał na oddziale dla nerwowo chorych w szpitalu dla weteranów wojennych. Tam odwiedzają go:
1) matka - Billy chowa się przed nią pod kołdrą, podczas gdy ona prowadzi uprzejme i banalne rozmowy z jego sąsiadem, Eliotem Rosewaterem. Billy chowa się przed matką ze wstydu, a wstydzi się tego, że to życie, które ona mu dała i przy którym go podtrzymywała, wcale mu się nie podoba. Nie podoba mu się ono od samego początku, od dzieciństwa budzi w nim trwogę. A może jest tak, że wojna kładzie się cieniem na całe życie człowieka (jakby - w czwartym wymiarze)?
2) narzeczona: otyła, ale bogata Valencia - Billy nie kocha jej, nie chce się z nią żenić, związek z nią należy do "objawów jego choroby" - dlaczego? Czy choroba ta nie polega na utracie poczucia sensu życia? Billy wydaje się biernie poddawać biegowi wydarzeń (nie ma przecież wpływu na teraźniejszość ani na przyszłość), poddaje się też Valencii.
3) nie odwiedza go, ale mu towarzyszy i go inspiruje jego sąsiad z sali, wspomniany Eliot Rosewater, człowiek, "po którego opustoszałym wnętrzu błąkały się echa miłości". Rosewater pozostaje wiernym wielbicielem prozy fantastycznoanukowej autorstwa Kilgore'a Trouta. Kilgore Trout jest postacią wymyśloną przez Vonneguta, pojawiającą się w różnych jego powieściach, stanowiącą prawdopodobnie "alter ego" autora. Jego powieści pomagają zarówno Billy'emu, jak i Rosewaterowi, odnaleźć się w świecie, który wojna odarła z sensu. Dlaczego fantastyka naukowa? Czyżby dlatego, że pozwala ona ten świat "opuścić", spojrzeć na niego całkiem z zewnątrz?
W tej części rozdziału opisana jest jedna z powieści Trouta, pt.: "Ewangelia z kosmosu", w której autor poszukuje przyczyn okrucieństwa wśród chrześcijan. Wysuwa on hipotezę, że Ewangelie Nowego Testamentu są skonstruowane w ten sposób, iż dopuszczają przemoc wobec ludzi, o ile nie mają oni "zbyt mocnych pleców" (tak, jak je miał Jezus). Proponuje on nową ewangelię, w której Jezus od samego początku jest "nikim" i dopiero po ukrzyżowaniu Bóg ujawnia się pośród błyskawic i mówi ludziom, że adoptuje tego człowieka i czyni go Synem Bożym oraz że od tej pory będzie karał surowo każdego, kto podniesie rękę na słabszego od siebie. Trudno mi było "przełknąć" tę historię, tak dalece mija się ona z istotą Ewangelii. Niemniej zawiera się w niej pewna myśl istotna - człowiek ma tak silną skłonność do okrucieństwa, że jedynie groźba surowej kary jest go w stanie powstrzymać. Czy to jednak prawda?
W sposób przerywany, ale chronologicznie uporządkowany, opowiada narrator ciąg dalszy doświadczeń wojennych Billy'ego. Billy wraz z innymi jeńcami trafia do brytyjskiej części obozu, gdzie grupa pogodnych, zdrowych na ciele i duszy angielskich oficerów pozostaje uwięzionych od początku wojny. Przyjmują oni Amerykanów z radością, przygotowują ciepły poczęstunek, zabawiają. Dopiero z upływem czasu odkrywają w nich zbieraninę wyniszczonych, otępiałych chłopców, którzy ów ciepły poczęstunek przypłacają gwałtownym (i masowym) rozstrojem jelit. Billy szybko trafia do skrzydła szpitalnego, gdzie ma okazję usłyszeć niemieckiego majora, który odczytuje na głos ustępy monografii Howarda W. Campbella jr na temat zachowania amerykańskich jeńców w niemieckich obozach. Campbell utrzymuje, że Stany Zjednoczone są krajem, w którym gardzi się ubóstwem, a ponieważ większa część społeczeństwa jest uboga, większość obywateli czuje więc pogardę wobec siebie samych. Dotyczy to oczywiście również amerykańskich żołnierzy, szczególnie szeregowców, którzy stanowią "masę biedaków pozbawionych poczucia własnej godności. (...) Każdy będzie jak ponure dziecko, które marzy skrycie o śmierci." Niezależnie od tego, jak teoria ta miała się do rzeczywistości (w czasach Vonneguta) trudno nie mieć wrażenia, że charakterystyka ta w pełni opisuje Billy'ego... Informacyjnie: Howard W. Campbell jr jest postacią fikcyjną, narratorem w innej, wcześniejszej powieści Vonneguta, pt.: "Matka Noc", podczas gdy Howard Campbell ("senior") to postać autentyczna, republikański polityk, który zmarł w roku 1971.
W końcu - w rozdziale piątym sporo miejsca poświęcono Tralfamadorczykom. Billy jest przez nich więziony w mieszkaniu urządzonym w stylu ziemskim, o przezroczystych ścianach, przez które zachwyceni Tralfamadorczycy obserwują jego codzienne czynności. Na pytanie, czy jest mu dobrze w takich warunkach, odpowiada "Mniej więcej tak samo, jak na Ziemi". Pozbawiony intymności, samotny, mechanicznie powtarzający te same, proste czynności - taki jest Billy w tralfamadorskim zoo, taki też czuje się na Ziemi... Tralfamadorczycy posiadają pięć płci i uświadamiają Billy'ego, że na Ziemi jest ich tymczasem aż siedem (widocznych jedynie w czwartym wymiarze). Tłumaczą, że aby powstawały nowe dzieci, potrzebny jest udział nie tylko dwojga rodziców, ale jeszcze męskich homoseksualistów, kobiet po 60-tce, dzieci, które zmarły tuż po urodzeniu itd. ... Hmmm... Jeden z Tralfamadorczyków próbuje też wyjaśnić swoim ziomkom, jak to jest - doświadczać upływu czasu. Metafora, której używa, jest dość skomplikowana i została zilustrowana na zamieszczonej obok grafice. Co najważniejsze, doświadczanie czasu wiąże się z ogromnym ograniczeniem, którego człowiek nie jest w ogóle świadomy. Wreszcie, Billy porusza w rozmowie z Tralfamadorczykami temat wojen - sam przerażony okrucieństwem wojen ziemskich pyta, czy Tralfamadoria jest wolna od wojen i jak to jest możliwe. Otrzymuje odpowiedź, że wojny zdarzają się również na Tralfamadorii, ale Tralfamadorczycy zwyczajnie je ignorują, nie spoglądają w ich stronę. "Jest to coś, czego Ziemianie mogliby się nauczyć, gdyby się rzeczywiście postarali: sztuki kontemplowania dobrych chwil i ignorowania złych." Cóż... Billy wydaje się stosować do tej "lekcji", ale Vonnegut - już nie (napisał przecież jednak książkę antywojenną!).No - to by było na tyle. Na zakończenie obrazek, na którym "Rzeźnia numer 5" niejako w czwartym wymiarze.
poniedziałek, 5 grudnia 2011
"Rzeźnia numer pięć" rozdział 4.
Zaczynam coraz bardziej cenić Vonneguta za jego zdumiewające pomysły. W rozdziale 4. najbardziej poruszył mnie opis filmu o amerykańskich bombowcach, oglądanego przez Billy'ego od tyłu! Bombowce nadlatują nad Europę tyłem, pod nimi bomby ulegają implozji, po czym są wciągane do samolotów i układają się tam w równe rzędy, a po powrocie i lądowaniu bombowców tyłem w Stanach, bomby zostają rozładowane i skrupulatnie rozłożone na części pierwsze przez delikatne ręce kobiet, potem zaś pozyskane w ten sposób minerały zostają rozesłane do różnych kopalni, gdzie górnicy zakopują je głęboko, "żeby już nikomu nie zrobiły krzywdy". Co za ironiczny, a jednocześnie pełen goryczy pomysł! I jakie to przerażające, ilu ludzi, ile delikatnych kobiecych rąk było zamieszanych w tę wielką wojenną zbrodnię...
W rozdziale tym rozpoznaję też pewne motywy, na które zwróciłam już uwagę wcześniej. "Billy i jego żona Valencia leżeli w wielkim małżeńskim łożu jak łyżki w pudełku." - to zdanie po raz kolejny przypomina, że nawet mimo powrotu do całkiem zwyczajnego, bezpiecznego życia, doświadczenie wojny odciska swoje piętno na każdym dniu, każdej chwili życia Billy'ego. Vonnegut nadal też operuje kontrastami - gorący prysznic, jakiemu poddawani są jeńcy w obozowej odwszalni zestawiony zostaje z kąpielą niemowlęcia, którym kiedyś był Billy. (Na marginesie: WSZYSCY byli kiedyś niewinnymi, słodkimi niemowlętami... ) W końcu coraz bardziej przejrzysta staje się perspektywa Tralfamadorczyków. Na pytanie Billy'ego: "dlaczego?" odpowiadają: "Taka rzecz jak "dlaczego" nie istnieje." Nic dziwnego! Przecież skoro widzą oni przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zanurzone w niezmiennym bursztynie czasu, to pytanie "dlaczego", a więc pytanie o przyczynę - nie ma sensu. Przyczyny i skutki są ściśle związane z upływem czasu. Skoro czas nie płynie, "taka rzecz jak "dlaczego" nie istnieje." Nie dziwi więc też ostatnie zdanie rozdziału, wypowiadane przez Tralfamadorczyka: "Ziemia jest jedyną planetą, na której wspomina się o czymś takim jak wolna wola."
Te trzy wymienione przeze mnie motywy: stałe odczuwanie wojny nawet długo po jej doświadczeniu, wahnięcia w czasie z wynikającymi z nich kontrastami, i w końcu - Tralfamadorskie doświadczenie czasu - wydają mi się łączyć się ze sobą w pewną logiczną całość... Zanim to jednak opiszę, muszę doczytać tę fascynującą powieść do końca.
W rozdziale tym rozpoznaję też pewne motywy, na które zwróciłam już uwagę wcześniej. "Billy i jego żona Valencia leżeli w wielkim małżeńskim łożu jak łyżki w pudełku." - to zdanie po raz kolejny przypomina, że nawet mimo powrotu do całkiem zwyczajnego, bezpiecznego życia, doświadczenie wojny odciska swoje piętno na każdym dniu, każdej chwili życia Billy'ego. Vonnegut nadal też operuje kontrastami - gorący prysznic, jakiemu poddawani są jeńcy w obozowej odwszalni zestawiony zostaje z kąpielą niemowlęcia, którym kiedyś był Billy. (Na marginesie: WSZYSCY byli kiedyś niewinnymi, słodkimi niemowlętami... ) W końcu coraz bardziej przejrzysta staje się perspektywa Tralfamadorczyków. Na pytanie Billy'ego: "dlaczego?" odpowiadają: "Taka rzecz jak "dlaczego" nie istnieje." Nic dziwnego! Przecież skoro widzą oni przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zanurzone w niezmiennym bursztynie czasu, to pytanie "dlaczego", a więc pytanie o przyczynę - nie ma sensu. Przyczyny i skutki są ściśle związane z upływem czasu. Skoro czas nie płynie, "taka rzecz jak "dlaczego" nie istnieje." Nie dziwi więc też ostatnie zdanie rozdziału, wypowiadane przez Tralfamadorczyka: "Ziemia jest jedyną planetą, na której wspomina się o czymś takim jak wolna wola."
Te trzy wymienione przeze mnie motywy: stałe odczuwanie wojny nawet długo po jej doświadczeniu, wahnięcia w czasie z wynikającymi z nich kontrastami, i w końcu - Tralfamadorskie doświadczenie czasu - wydają mi się łączyć się ze sobą w pewną logiczną całość... Zanim to jednak opiszę, muszę doczytać tę fascynującą powieść do końca.
niedziela, 4 grudnia 2011
"Rzeźnia numer pięć" rozdział 3.
Trudno nie zauważyć, że fkoka zostawiła nas na jakiś czas i powędrowała inną drogą. Zarówno jednak ja, jak i wszystkie małe trolle oraz krewni i znajomi Królika wierzymy, że wkrótce do nas wróci i znów się tutaj spotkamy. Czekamy tu na Ciebie!
Tymczasem kontynuujemy wędrówkę z Billym Pilgrimem, który pod koniec poprzedniego rozdziału padł ofiarą "przeczesywania terenu" i trafił do niemieckiej niewoli. W rozdziale 3. Billy dołącza do ciągle powiększającej się grupy amerykańskich jeńców, którzy zostają "załadowani" do wagonów towarowych i wywiezieni na wschód.
Zarówno w literaturze, jak i w filmie nie raz można natrafić na taki obraz - ludzie stłoczeni gęsto w wagonach (przeznaczonych do transportu TOWARU), godzinami, dniami, tygodniami uwięzieni w ich ciasnym, dusznym wnętrzu, głodni, spragnieni, chorzy. I być może właśnie dlatego, że tak często powracają w literaturze i wszelkiej sztuce podobne obrazy, człowiek przyzwyczaja się do nich, po pierwszym wstrząsie - oswaja je. Tak jest z większością powieści czy filmów traktujących o wojnie. Z upływem czasu czytelnik / widz przyzwyczaja się do "scenografii" obozu, więzienia, frontu i koncentruje się jedynie na losach bohaterów, którym przyszło znaleźć się w tych przykrych, ale oswojonych okolicznościach. Vonnegut nam jednak na takie oswojenie nie pozwala, a to za sprawą ciągłego kontrastowania. Obraz ciał stłoczonych ciasno, "jak łyżki w pudełku", w wagonie towarowym, autor zestawia z "tysiącami zaparkowanych samochodów, połyskujących na rozległym jeziorze czarnego asfaltu" pod ośrodkiem handlowym. W jednym akapicie Billy ma lat 22 i zajmuje we wspomnianym wagonie miejsce przy małym wąskim oknie, co zobowiązuje go do wyrzucania na zewnątrz fekaliów innych żołnierzy, w kolejnym zaś akapicie ma lat 45 i udaje się do swojego pięknego domu w stylu kolonialnym, aby uciąć sobie popołudniową drzemkę na wielkim łóżku, na wibrującym materacu...
..."Sen jednak nie przychodził. Zamiast tego przyszły łzy."
Nie wiem właściwe, co jest bardziej przytłaczające - czy sceny z wagonów, czy późniejsze łzy Billy'ego. Billy pozostaje jeńcem wojennym już do końca życia i nie może mu pomóc ani piękny dom, ani wibrujący materac...
Kontrasty nie wynikają jednak tylko z podróży Billy'ego w czasie. Vonnegut zderza również np. opisany już obraz z wnętrza wagonu towarowego z przytulnym, ciepłym i wygodnym wnętrzem sąsiedniego wagonu - wędrownego wagonu strażników kolejowych (Billy dostrzega go przez swoje okienko). Dwa światy toczą się tu tuż obok siebie - świat pojmujących i świat pojmanych - a po obu stronach dzielącej je granicy - tacy sami ludzie... Życie jeńców w wagonach ogranicza się jedynie do fizjologii - oddychają, jedzą, wydalają. Tym silniejszy efekt wywołuje określenie "istoty ludzkie", jakiego w odniesieniu do nich używa Vonnegut w ostatnich akapitach rozdziału. Jest to kolejny kontrast - wszystkie wyobrażenia, wartości, które wiążą się z pojęciem istoty ludzkiej, zostają zestawione z obrazem ludzi sprowadzonych do poziomu bydła, odartych ze wszystkiego, co ludzkie.
W rozdziale tym opisana jest również sytuacja, w której Billy bierze udział w zainscenizowanej na potrzeby niemieckiego korespondenta-fotografa "scenie pojmania jeńca". Jest ona bardzo podobna do sceny z "Czasu Apokalipsy", kiedy reporterzy nagrywają niby-nalot. W ten sposób kreowany jest obraz wojny, odpowiednio udramatyzowanej, pokolorowanej na potrzeby szerokiego grona odbiorców. Tak jednak wojna nie wygląda. A wiedzą o tym tylko ci, którzy naprawdę biorą w niej udział...
Na ścianie w gabinecie Billy'ego wisi piękny cytat Marka Aureliusza. Zapisuję go tu, bo na to stanowczo zasługuje:
Boże, daj mi pogodę ducha, abym
godził się z tym, czego zmienić nie mogę,
odwagę, abym zmieniał to, co zmienić
mogę, i mądrość, abym zawsze potrafił
odróżnić jedno od drugiego.
Poniżej znajduje się komentarz mówiący, że Billy nie mógł zmienić przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Dlaczego? Czy tylko (albo aż) dlatego, że teraźniejszość i przyszłość współistnieją wraz z przeszłością w niezmiennym związku, który może być objęty jednym spojrzeniem przez przeciętnego Tralfamadorczyka? Czy z tego przekonania, że przyszłość istnieje w każdej chwili tak samo jak przeszłość, wynika bierność Billy'ego, jego milczące przyzwolenie np.: na bombardowanie Wietnamu Północnego czy udział jego syna w Wojnie Wietnamskiej? A skoro jestem już przy tym temacie, to nasuwa mi się kolejne pytanie: Dlaczego doświadczenie zła, jakim jest wojna, nie chroni człowieka przed kolejnymi wojnami...?
Na koniec ponownie notatka informacyjna: na temat ogni Świętego Elma. Billy widział je wokół głów jeńców i niemieckich żołnierzy, przypominały aureole. Otóż takie zjawisko jest faktycznie możliwe! Ognie Świętego Elma powstają wskutek małych wyładowań elektrycznych na powierzchni różnych obiektów w czasie pogody poprzedzającej burzę!
Tymczasem kontynuujemy wędrówkę z Billym Pilgrimem, który pod koniec poprzedniego rozdziału padł ofiarą "przeczesywania terenu" i trafił do niemieckiej niewoli. W rozdziale 3. Billy dołącza do ciągle powiększającej się grupy amerykańskich jeńców, którzy zostają "załadowani" do wagonów towarowych i wywiezieni na wschód.
Zarówno w literaturze, jak i w filmie nie raz można natrafić na taki obraz - ludzie stłoczeni gęsto w wagonach (przeznaczonych do transportu TOWARU), godzinami, dniami, tygodniami uwięzieni w ich ciasnym, dusznym wnętrzu, głodni, spragnieni, chorzy. I być może właśnie dlatego, że tak często powracają w literaturze i wszelkiej sztuce podobne obrazy, człowiek przyzwyczaja się do nich, po pierwszym wstrząsie - oswaja je. Tak jest z większością powieści czy filmów traktujących o wojnie. Z upływem czasu czytelnik / widz przyzwyczaja się do "scenografii" obozu, więzienia, frontu i koncentruje się jedynie na losach bohaterów, którym przyszło znaleźć się w tych przykrych, ale oswojonych okolicznościach. Vonnegut nam jednak na takie oswojenie nie pozwala, a to za sprawą ciągłego kontrastowania. Obraz ciał stłoczonych ciasno, "jak łyżki w pudełku", w wagonie towarowym, autor zestawia z "tysiącami zaparkowanych samochodów, połyskujących na rozległym jeziorze czarnego asfaltu" pod ośrodkiem handlowym. W jednym akapicie Billy ma lat 22 i zajmuje we wspomnianym wagonie miejsce przy małym wąskim oknie, co zobowiązuje go do wyrzucania na zewnątrz fekaliów innych żołnierzy, w kolejnym zaś akapicie ma lat 45 i udaje się do swojego pięknego domu w stylu kolonialnym, aby uciąć sobie popołudniową drzemkę na wielkim łóżku, na wibrującym materacu...
..."Sen jednak nie przychodził. Zamiast tego przyszły łzy."
Nie wiem właściwe, co jest bardziej przytłaczające - czy sceny z wagonów, czy późniejsze łzy Billy'ego. Billy pozostaje jeńcem wojennym już do końca życia i nie może mu pomóc ani piękny dom, ani wibrujący materac...
Kontrasty nie wynikają jednak tylko z podróży Billy'ego w czasie. Vonnegut zderza również np. opisany już obraz z wnętrza wagonu towarowego z przytulnym, ciepłym i wygodnym wnętrzem sąsiedniego wagonu - wędrownego wagonu strażników kolejowych (Billy dostrzega go przez swoje okienko). Dwa światy toczą się tu tuż obok siebie - świat pojmujących i świat pojmanych - a po obu stronach dzielącej je granicy - tacy sami ludzie... Życie jeńców w wagonach ogranicza się jedynie do fizjologii - oddychają, jedzą, wydalają. Tym silniejszy efekt wywołuje określenie "istoty ludzkie", jakiego w odniesieniu do nich używa Vonnegut w ostatnich akapitach rozdziału. Jest to kolejny kontrast - wszystkie wyobrażenia, wartości, które wiążą się z pojęciem istoty ludzkiej, zostają zestawione z obrazem ludzi sprowadzonych do poziomu bydła, odartych ze wszystkiego, co ludzkie.
W rozdziale tym opisana jest również sytuacja, w której Billy bierze udział w zainscenizowanej na potrzeby niemieckiego korespondenta-fotografa "scenie pojmania jeńca". Jest ona bardzo podobna do sceny z "Czasu Apokalipsy", kiedy reporterzy nagrywają niby-nalot. W ten sposób kreowany jest obraz wojny, odpowiednio udramatyzowanej, pokolorowanej na potrzeby szerokiego grona odbiorców. Tak jednak wojna nie wygląda. A wiedzą o tym tylko ci, którzy naprawdę biorą w niej udział...
Na ścianie w gabinecie Billy'ego wisi piękny cytat Marka Aureliusza. Zapisuję go tu, bo na to stanowczo zasługuje:
Boże, daj mi pogodę ducha, abym
godził się z tym, czego zmienić nie mogę,
odwagę, abym zmieniał to, co zmienić
mogę, i mądrość, abym zawsze potrafił
odróżnić jedno od drugiego.
Poniżej znajduje się komentarz mówiący, że Billy nie mógł zmienić przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Dlaczego? Czy tylko (albo aż) dlatego, że teraźniejszość i przyszłość współistnieją wraz z przeszłością w niezmiennym związku, który może być objęty jednym spojrzeniem przez przeciętnego Tralfamadorczyka? Czy z tego przekonania, że przyszłość istnieje w każdej chwili tak samo jak przeszłość, wynika bierność Billy'ego, jego milczące przyzwolenie np.: na bombardowanie Wietnamu Północnego czy udział jego syna w Wojnie Wietnamskiej? A skoro jestem już przy tym temacie, to nasuwa mi się kolejne pytanie: Dlaczego doświadczenie zła, jakim jest wojna, nie chroni człowieka przed kolejnymi wojnami...?
Na koniec ponownie notatka informacyjna: na temat ogni Świętego Elma. Billy widział je wokół głów jeńców i niemieckich żołnierzy, przypominały aureole. Otóż takie zjawisko jest faktycznie możliwe! Ognie Świętego Elma powstają wskutek małych wyładowań elektrycznych na powierzchni różnych obiektów w czasie pogody poprzedzającej burzę!
![]() |
| przed burzą... |
czwartek, 1 grudnia 2011
"Rzeźnia numer pięć" rozdział 2.
Kiedy zapisywałam kiedyś treść swoich snów, zaobserwowałam, że z każdym kolejnym snem byłam w stanie napisać coraz więcej (do tego stopnia, że w końcu zabrakło mi czasu i musiałam zaprzestać tego bardzo ciekawego zajęcia). Dzięki zapisywaniu treści snów zapamiętywałam coraz więcej ze snów kolejnych.
Podobnie wygląda sytuacja z naszym blogiem. Czym więcej piszę po przeczytaniu fragmentu książki, tym jeszcze więcej mam do napisania następnym razem! Zupełnie inaczej się czyta - pisząc. Mam nadzieję, że nasz blog nie podzieli w związku z tym losu mojego "dziennika snów"...
Tymczasem w drugim rozdziale "Rzeźni..." zaczyna się właściwa powieść z głównym bohaterem, Billym Pilgrimem (Pielgrzymem), który w czasie wojny, mając lat 22, po raz pierwszy wypadł z czasu, a po wojnie, w wieku lat 45, został porwany przez latający talerz na Tralfamadorię, gdzie nauczył się bardzo wiele, o czym uznał za stosowne poinformować ludzkość po tym, jak przeżył katastrofę lotniczą. Zatem - w istocie powieść zaczyna przypominać telegraficzno-schizofreniczne opowieści z planety Tralfamadorii, tak jak to deklarował autor na stronie tytułwej.
O Billym mówi się Billy z przyczyn zawowodywch, "bo to pozostaje w pamięci" oraz dlatego, "że nikt z dorosłych nie nazywa się Billy" i "ludzie będą o nim myśleli jak o kimś bliskim". Zabieg ten działa zgodnie z zamierzonym planem - od pierwszych stron poczułam sympatię (nieco zaprawioną współczuciem) w stosunku do Billy'ego.
Pierwsze, co zwróciło moją uwagę w trakcie lektury drugiego rozdziału, to że bliscy Billy'ego umierają w dość kuriozalnych okolicznościach i zawsze wtedy, gdy on jest daleko, podczas gdy Billy, mniej więcej w tym samym czasie, wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa, przeżywa sytuacje śmiertenie groźne. (W tym momencie powinnam napisać chyba: "Zdarza się".. brr..). Los jest przewrotny, nie kieruje się logiką czy sprawiedliwością. Czy jednak wszystko, co nas spotyka, jest tylko głupią igraszką losu?
Billy opowiada światu o Tralfamadorczykach, bo wierzy, że w ten sposób "przyniesie ulgę i pocieszenie wielu ludziom". Czego więc uczą nas Tralfamadorczycy w drugim rozdziale? Uczą nas, że "śmierć jest tylko złudzeniem". Wynika to z faktu, że Tralfamadorczycy widzą w czterech wymiarach, widzą więc człowieka od narodzin do śmierci jednocześnie, widzą go we wszystkich momentach jego życia, które współistnieją od zawsze, na zawsze. Zabawne - ja dotychczas w ten sposób wyobrażałam sobie percepcję Boga. Wyobrażałam sobie, że stoi On na brzegu rzeki i obejmuje ją całą spojrzeniem, podczas gdy my płyniemy niesieni wartkim nurtem... Czytając ten fragment tekstu doznałam małego zawrotu głowy. Zaczęłam się zastanawiać, co to właściwie oznacza, że wszystkie chwile cały czas istnieją - czy więc przez cały czas koegzystują ze sobą wszyscy ludzie, którzy byli, którzy są i których jeszcze nie ma? To ilu ich jest? Jak strasznie dużo? Czy może nieskończenie dużo? I gdzie się mieszczą? I tu zaczęłam rozmyślać o Wszechświecie - o tym, jak jest duży i po co, i czy ma granice i co jest poza nimi itp. itd. i pomyślałam sobie, że musimy kiedyś przeczytać też książkę o fizyce. Tymczasem Tralfamadorczyk, gdyby usłyszał moje wątpliwości, to by pewnie pokiwał z politowaniem swoją łapką z oczkiem, i powiedziałby: "To wszystko przez to, że wy, ludzie, widzicie tylko w trzech wymiarach".
Po pierwszej lekcji tralfamadorskiego spojrzenia na świat, poznajemy bliżej okoliczności, w jakich Billy dostał się do niemieckiej niewoli w czasie wojny (a wcześniej - wypadł z czasu). W tej części rozdziału ogromnie mnie ujął sposób, w jaki autor scharakteryzował Rolanda Weary'ego, osiemnastoletniego artylerzystę, który w czasie wojny "dobiegał kresu swego nieszczęśliwego dzieciństwa". "Widział tylko tyle z otaczającego świata, na ile pozwalała wąska szparka pomiędzy skrajem hełmu i szalikiem z domu, zakrywającm jego dziecinną twarz wraz z nosem." W jednym, niedługim zdaniu otrzymujemy obraz barwny, zabawny i bardzo treściwy. I jeszcze to: "Billy nigdy nie widział jego twarzy. Kiedyś próbował ją sobie wyobrazić i wyszła mu kijanka w kulistym akwarium." Rewelacja! Na uwagę jednak zasługuje fakt, że Weary, "Kubuś Puchatek wyruszający na wojnę", głupawy, dziecinny, postrzegający świat przez pryzmat swojej wybujałej wyobraźni, pochodził z domu, gdzie kultywowano na swój sposób przemoc (kolekcjonując broń i narzędzia tortur), i sam tej przemocy z upodobaniem używał. Przywodzi mi on na myśl dzieci naszych czasów, zafascynowane przemocą, której mogą się oddawać bez ograniczeń grając w różne, "ociekające krwią" gry komputerowe. W ich głowach muszą zachodzić procesy bardzo podobne do tych, które miały miejsce w głowie naszego "Puchatka".
Billy ma w sobie intrygującą... "bezwładność". Gdy trafia do dzieciństwa i tonie w basenie, nie życzy sobie wcale, by go uratowano. Na wojnie - chce zrezygnować, chce powiedzieć: "Idźcie, chłopcy, dalej beze mnie." Jego wahnięcia w czasie są zupełnie fascynujące. Scena, w której jego matka pyta przez łzy: "Dlaczego ja się tak zestarzałam?", przypomniała mi po raz kolejny, jak nieubłagany jest czas. To bolesne!
Bardzo też spodobała mi się scena, w której Billy znalazł się w roku 1957, kiedy miał wygłosić przemówienie przed liczną publicznością i do ostatniej chwili obawiał się, że nie ma nic do powiedzenia oraz że jego głos "ma siłę gwizdka wyciętego z wierzbowej gałązki". Kiedy zaś zaczął mówić, mówił, ku swojemu zaskoczeniu, głosem tubalnym i donośnym, dowcipnie i ciekawie - był bowiem innym człowiekiem, Billym starszym o 13 lat... Wrócimy jeszcze do tego tematu przy okazji "Poszukiwania straconego czasu", gdzie Proust zwraca uwagę na to, że przez całe życie umieramy po trochu - na różnych bowiem etapach życia jesteśmy zupełnie odmiennymi osobami. Tej osoby, którą byłam dziesięć lat temu, już nie ma, a za dziesięć lat nie będzie już tej osoby, którą jestem teraz...
Suma sumarum (jak mawiała, z tego co pamiętam, nasza Babcia) powieść zdecydowanie mi się podoba, czytam zachłannie i bardzo jestem ciekawa ciągu dalszego...
Podobnie wygląda sytuacja z naszym blogiem. Czym więcej piszę po przeczytaniu fragmentu książki, tym jeszcze więcej mam do napisania następnym razem! Zupełnie inaczej się czyta - pisząc. Mam nadzieję, że nasz blog nie podzieli w związku z tym losu mojego "dziennika snów"...
Tymczasem w drugim rozdziale "Rzeźni..." zaczyna się właściwa powieść z głównym bohaterem, Billym Pilgrimem (Pielgrzymem), który w czasie wojny, mając lat 22, po raz pierwszy wypadł z czasu, a po wojnie, w wieku lat 45, został porwany przez latający talerz na Tralfamadorię, gdzie nauczył się bardzo wiele, o czym uznał za stosowne poinformować ludzkość po tym, jak przeżył katastrofę lotniczą. Zatem - w istocie powieść zaczyna przypominać telegraficzno-schizofreniczne opowieści z planety Tralfamadorii, tak jak to deklarował autor na stronie tytułwej.
O Billym mówi się Billy z przyczyn zawowodywch, "bo to pozostaje w pamięci" oraz dlatego, "że nikt z dorosłych nie nazywa się Billy" i "ludzie będą o nim myśleli jak o kimś bliskim". Zabieg ten działa zgodnie z zamierzonym planem - od pierwszych stron poczułam sympatię (nieco zaprawioną współczuciem) w stosunku do Billy'ego.
Pierwsze, co zwróciło moją uwagę w trakcie lektury drugiego rozdziału, to że bliscy Billy'ego umierają w dość kuriozalnych okolicznościach i zawsze wtedy, gdy on jest daleko, podczas gdy Billy, mniej więcej w tym samym czasie, wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa, przeżywa sytuacje śmiertenie groźne. (W tym momencie powinnam napisać chyba: "Zdarza się".. brr..). Los jest przewrotny, nie kieruje się logiką czy sprawiedliwością. Czy jednak wszystko, co nas spotyka, jest tylko głupią igraszką losu?
Billy opowiada światu o Tralfamadorczykach, bo wierzy, że w ten sposób "przyniesie ulgę i pocieszenie wielu ludziom". Czego więc uczą nas Tralfamadorczycy w drugim rozdziale? Uczą nas, że "śmierć jest tylko złudzeniem". Wynika to z faktu, że Tralfamadorczycy widzą w czterech wymiarach, widzą więc człowieka od narodzin do śmierci jednocześnie, widzą go we wszystkich momentach jego życia, które współistnieją od zawsze, na zawsze. Zabawne - ja dotychczas w ten sposób wyobrażałam sobie percepcję Boga. Wyobrażałam sobie, że stoi On na brzegu rzeki i obejmuje ją całą spojrzeniem, podczas gdy my płyniemy niesieni wartkim nurtem... Czytając ten fragment tekstu doznałam małego zawrotu głowy. Zaczęłam się zastanawiać, co to właściwie oznacza, że wszystkie chwile cały czas istnieją - czy więc przez cały czas koegzystują ze sobą wszyscy ludzie, którzy byli, którzy są i których jeszcze nie ma? To ilu ich jest? Jak strasznie dużo? Czy może nieskończenie dużo? I gdzie się mieszczą? I tu zaczęłam rozmyślać o Wszechświecie - o tym, jak jest duży i po co, i czy ma granice i co jest poza nimi itp. itd. i pomyślałam sobie, że musimy kiedyś przeczytać też książkę o fizyce. Tymczasem Tralfamadorczyk, gdyby usłyszał moje wątpliwości, to by pewnie pokiwał z politowaniem swoją łapką z oczkiem, i powiedziałby: "To wszystko przez to, że wy, ludzie, widzicie tylko w trzech wymiarach".
Po pierwszej lekcji tralfamadorskiego spojrzenia na świat, poznajemy bliżej okoliczności, w jakich Billy dostał się do niemieckiej niewoli w czasie wojny (a wcześniej - wypadł z czasu). W tej części rozdziału ogromnie mnie ujął sposób, w jaki autor scharakteryzował Rolanda Weary'ego, osiemnastoletniego artylerzystę, który w czasie wojny "dobiegał kresu swego nieszczęśliwego dzieciństwa". "Widział tylko tyle z otaczającego świata, na ile pozwalała wąska szparka pomiędzy skrajem hełmu i szalikiem z domu, zakrywającm jego dziecinną twarz wraz z nosem." W jednym, niedługim zdaniu otrzymujemy obraz barwny, zabawny i bardzo treściwy. I jeszcze to: "Billy nigdy nie widział jego twarzy. Kiedyś próbował ją sobie wyobrazić i wyszła mu kijanka w kulistym akwarium." Rewelacja! Na uwagę jednak zasługuje fakt, że Weary, "Kubuś Puchatek wyruszający na wojnę", głupawy, dziecinny, postrzegający świat przez pryzmat swojej wybujałej wyobraźni, pochodził z domu, gdzie kultywowano na swój sposób przemoc (kolekcjonując broń i narzędzia tortur), i sam tej przemocy z upodobaniem używał. Przywodzi mi on na myśl dzieci naszych czasów, zafascynowane przemocą, której mogą się oddawać bez ograniczeń grając w różne, "ociekające krwią" gry komputerowe. W ich głowach muszą zachodzić procesy bardzo podobne do tych, które miały miejsce w głowie naszego "Puchatka".
Billy ma w sobie intrygującą... "bezwładność". Gdy trafia do dzieciństwa i tonie w basenie, nie życzy sobie wcale, by go uratowano. Na wojnie - chce zrezygnować, chce powiedzieć: "Idźcie, chłopcy, dalej beze mnie." Jego wahnięcia w czasie są zupełnie fascynujące. Scena, w której jego matka pyta przez łzy: "Dlaczego ja się tak zestarzałam?", przypomniała mi po raz kolejny, jak nieubłagany jest czas. To bolesne!
Bardzo też spodobała mi się scena, w której Billy znalazł się w roku 1957, kiedy miał wygłosić przemówienie przed liczną publicznością i do ostatniej chwili obawiał się, że nie ma nic do powiedzenia oraz że jego głos "ma siłę gwizdka wyciętego z wierzbowej gałązki". Kiedy zaś zaczął mówić, mówił, ku swojemu zaskoczeniu, głosem tubalnym i donośnym, dowcipnie i ciekawie - był bowiem innym człowiekiem, Billym starszym o 13 lat... Wrócimy jeszcze do tego tematu przy okazji "Poszukiwania straconego czasu", gdzie Proust zwraca uwagę na to, że przez całe życie umieramy po trochu - na różnych bowiem etapach życia jesteśmy zupełnie odmiennymi osobami. Tej osoby, którą byłam dziesięć lat temu, już nie ma, a za dziesięć lat nie będzie już tej osoby, którą jestem teraz...
Suma sumarum (jak mawiała, z tego co pamiętam, nasza Babcia) powieść zdecydowanie mi się podoba, czytam zachłannie i bardzo jestem ciekawa ciągu dalszego...
poniedziałek, 21 listopada 2011
"Rzeźnia numer pięć" rozdział 1.
Zatem, zaczynamy "Rzeźnię numer pięć" (hej ho!). Od antywojennego "Czasu Apokalipsy" przechodzimy płynnie do słynnej, antywojennej powieści Vonneguta. Co jeszcze łączy te dwa dzieła? "Rzeźnia.." została wydana w 1969 roku, po ok. dziesięciu latach trwania wojny wietnamskiej...
Powieść dotyczy jednak innej wojny - II wojny światowej, w czasie której autor, jako amerykański żołnierz, został wzięty do niewoli i był świadkiem bombardowania Drezna. Po powrocie, przez ponad dwadzieścia lat, poszukiwał słów, formy, w jakiej mógłby to doświadczenie opisać, aż w końcu powstała "Rzeźnia numer pięć".
Już na stronie tytułowej, gdzie Vonnegut w krótkich słowach charakteryzuje siebie (w trzeciej osobie) i swoje dzieło, czytelnik zostaje przygotowany na to, z czym przyjdzie mu się zmierzyć w środku. Z pozoru lekki, zdystansowany ton narracji oraz szokujące zestawienie bombardowania w Dreznie z planetą Tralfamadorią, "skąd przylatują latające talerze" zdają się bardzo znamienne dla Vonneguta. Uzasadnienie dla tej niezwykłej formy znajdujemy w pierwszym rozdziale, gdzie autor w takich słowach opisuje swoją powieść: "Jest taka cienka, rozchwiana i bełkotliwa, (...) bo trudno jest powiedzieć coś mądrego na temat masakry. (...) Po masakrze powinna zapanować wielka cisza i rzeczywiście jest cisza, którą naruszają tylko ptaki. A co mówią ptaki? To, co można powiedzieć na temat masakry: "It-it?""
Vonnegut rozszerza również tytuł powieści o dwa podtytuły: "Rzeźnia numer pięć, czyli krucjata dziecięca, czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią." O krucjacie dziecięcej autor pisze w pierwszym rozdziale, w którym obiecuje Mary O'Harze, że nada powieści taki podtytuł, aby zachować pamięć o tym, iż żołnierze walczący na wojnie byli w istocie ludźmi bardzo młodymi, dziećmi właściwie, niewinnymi, naiwnymi i ufnymi. Tymczasem pod pięknym przebraniem z ideologii, w imię której poświęcali swoje życie, kryły się podłe interesy ich przywódców (tak jak miało to miejsce w przypadku krucjaty dziecięcej). W tym samym akapicie zostaje wyrażony pogląd, że "książki i filmy mają swój udział w zachęcaniu do wojny". Poruszyło mnie to, gdyż dokładnie o tym samym pomyślałam, kiedy rozważałam "Czas Apokalipsy". Jest przecież tak wiele filmów i książek, które wojnę gloryfikują i przysługują się w ten sposób - kolejnym wojnom...
O tańcu ze śmiercią również autor wspomina w pierwszym rozdziale. "Nie ma sztuki bez tańca ze śmiercią, pisał Celine". Louis Celine był francuskim pisarzem (z wykształcenia - lekarzem), tworzącym w pierwszej połowie XX wieku, twórcą kontrowersyjnym i nowatorskim, odrzucającym klasyczny styl powieści na rzecz języka potocznego, wulgarnego, był on również prekursorem egzystencjalizmu w literaturze. Cytując "wiki": "W jego ujęciu życie jest niekończącym się koszmarem na pograniczu snu i jawy." Cóż, nie można mieć wątpliwości, co do inspirującego wpływu Celine'a na Vonneguta...
Zanim jednak przeczytałam pierwszy rozdział, te dwa podtytuły: krucjata dziecięca i obowiązkowy taniec ze śmiercią skojarzyły mi się natychmiast z kulturą średniowiecza. Taniec ze śmiercią, la danse macabre, wyrażający równość wszystkich ludzi wobec śmierci, wydaje mi się zupełnie adekwatną ilustracją dla obrazów i refleksji zawartych w pierwszym rozdziale. Swoją drogą, każdy opisany tam tragiczny przypadek śmierci, zwieńczony zostaje owym mrocznym "Zdarza się." W tych słowach kryje się dla mnie ciemność ciemniejsza niż całe "Jądro ciemności"...
Narracja powieści jest nieciągła, a wyraźnie (również graficznie) pooddzielane akapity stanowią dość chaotyczny zbiór różnych wspomnień i refleksji. Jednocześnie zazwyczaj koniec jednego akapitu w jakiś sposób wiąże się z początkiem kolejnego - wydają się więc one ciągiem skojarzeń i wiodą czytelnika niejako torami myśli narratora. Ten sposób opowiadania odbieram jako bardzo ciekawą próbę przekazania swoich wspomnień NAPRAWDĘ - z całym ich kontekstem, bagażem myśli, emocji, wątpliwości - próbę "opisania nieopisywalnego". Smakowite!
Przytłoczyła mnie anegdota o człowieku, który został zmiażdżony w windzie i kobiecie z Agencji Prasowej, która zadała Vonnegutowi pytanie "Czy to cię ruszyło?", zajadając przy tym czekoladowy batonik. Wyobraziłam sobie nagle, jak my wszyscy, co wieczór, zasiadamy przed telewizorami, oglądamy tam tragedie ludzkie nie do wyobrażenia, i zajadamy się czekoladowymi batonikami niewzruszeni. Tak przecież jest!
Pod koniec pierwszego rozdziału raz jeszcze pisze Vonnegut o swojej książce tak: "Ta [książka] jest nieudana i tak być musiało, gdyż napisał ją słup soli." Jakie to okropnie smutne!
Na koniec informacyjnie:
Eheu, fugaces labuntur anni. Niestety, szybko mijają lata. Horacy, Pieśni.
Bardzo jestem ciekawa, co Ty napiszesz o tej powieści, o której wiem, że zdążyła już Cię oczarować...
Powieść dotyczy jednak innej wojny - II wojny światowej, w czasie której autor, jako amerykański żołnierz, został wzięty do niewoli i był świadkiem bombardowania Drezna. Po powrocie, przez ponad dwadzieścia lat, poszukiwał słów, formy, w jakiej mógłby to doświadczenie opisać, aż w końcu powstała "Rzeźnia numer pięć".
Już na stronie tytułowej, gdzie Vonnegut w krótkich słowach charakteryzuje siebie (w trzeciej osobie) i swoje dzieło, czytelnik zostaje przygotowany na to, z czym przyjdzie mu się zmierzyć w środku. Z pozoru lekki, zdystansowany ton narracji oraz szokujące zestawienie bombardowania w Dreznie z planetą Tralfamadorią, "skąd przylatują latające talerze" zdają się bardzo znamienne dla Vonneguta. Uzasadnienie dla tej niezwykłej formy znajdujemy w pierwszym rozdziale, gdzie autor w takich słowach opisuje swoją powieść: "Jest taka cienka, rozchwiana i bełkotliwa, (...) bo trudno jest powiedzieć coś mądrego na temat masakry. (...) Po masakrze powinna zapanować wielka cisza i rzeczywiście jest cisza, którą naruszają tylko ptaki. A co mówią ptaki? To, co można powiedzieć na temat masakry: "It-it?""
Vonnegut rozszerza również tytuł powieści o dwa podtytuły: "Rzeźnia numer pięć, czyli krucjata dziecięca, czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią." O krucjacie dziecięcej autor pisze w pierwszym rozdziale, w którym obiecuje Mary O'Harze, że nada powieści taki podtytuł, aby zachować pamięć o tym, iż żołnierze walczący na wojnie byli w istocie ludźmi bardzo młodymi, dziećmi właściwie, niewinnymi, naiwnymi i ufnymi. Tymczasem pod pięknym przebraniem z ideologii, w imię której poświęcali swoje życie, kryły się podłe interesy ich przywódców (tak jak miało to miejsce w przypadku krucjaty dziecięcej). W tym samym akapicie zostaje wyrażony pogląd, że "książki i filmy mają swój udział w zachęcaniu do wojny". Poruszyło mnie to, gdyż dokładnie o tym samym pomyślałam, kiedy rozważałam "Czas Apokalipsy". Jest przecież tak wiele filmów i książek, które wojnę gloryfikują i przysługują się w ten sposób - kolejnym wojnom...
O tańcu ze śmiercią również autor wspomina w pierwszym rozdziale. "Nie ma sztuki bez tańca ze śmiercią, pisał Celine". Louis Celine był francuskim pisarzem (z wykształcenia - lekarzem), tworzącym w pierwszej połowie XX wieku, twórcą kontrowersyjnym i nowatorskim, odrzucającym klasyczny styl powieści na rzecz języka potocznego, wulgarnego, był on również prekursorem egzystencjalizmu w literaturze. Cytując "wiki": "W jego ujęciu życie jest niekończącym się koszmarem na pograniczu snu i jawy." Cóż, nie można mieć wątpliwości, co do inspirującego wpływu Celine'a na Vonneguta...Zanim jednak przeczytałam pierwszy rozdział, te dwa podtytuły: krucjata dziecięca i obowiązkowy taniec ze śmiercią skojarzyły mi się natychmiast z kulturą średniowiecza. Taniec ze śmiercią, la danse macabre, wyrażający równość wszystkich ludzi wobec śmierci, wydaje mi się zupełnie adekwatną ilustracją dla obrazów i refleksji zawartych w pierwszym rozdziale. Swoją drogą, każdy opisany tam tragiczny przypadek śmierci, zwieńczony zostaje owym mrocznym "Zdarza się." W tych słowach kryje się dla mnie ciemność ciemniejsza niż całe "Jądro ciemności"...
Narracja powieści jest nieciągła, a wyraźnie (również graficznie) pooddzielane akapity stanowią dość chaotyczny zbiór różnych wspomnień i refleksji. Jednocześnie zazwyczaj koniec jednego akapitu w jakiś sposób wiąże się z początkiem kolejnego - wydają się więc one ciągiem skojarzeń i wiodą czytelnika niejako torami myśli narratora. Ten sposób opowiadania odbieram jako bardzo ciekawą próbę przekazania swoich wspomnień NAPRAWDĘ - z całym ich kontekstem, bagażem myśli, emocji, wątpliwości - próbę "opisania nieopisywalnego". Smakowite!
Przytłoczyła mnie anegdota o człowieku, który został zmiażdżony w windzie i kobiecie z Agencji Prasowej, która zadała Vonnegutowi pytanie "Czy to cię ruszyło?", zajadając przy tym czekoladowy batonik. Wyobraziłam sobie nagle, jak my wszyscy, co wieczór, zasiadamy przed telewizorami, oglądamy tam tragedie ludzkie nie do wyobrażenia, i zajadamy się czekoladowymi batonikami niewzruszeni. Tak przecież jest!
Pod koniec pierwszego rozdziału raz jeszcze pisze Vonnegut o swojej książce tak: "Ta [książka] jest nieudana i tak być musiało, gdyż napisał ją słup soli." Jakie to okropnie smutne!
Na koniec informacyjnie:
Eheu, fugaces labuntur anni. Niestety, szybko mijają lata. Horacy, Pieśni.
Bardzo jestem ciekawa, co Ty napiszesz o tej powieści, o której wiem, że zdążyła już Cię oczarować...
Subskrybuj:
Posty (Atom)








