wtorek, 14 stycznia 2014

"Jutro przypłynie królowa"


Mała zmiana zasad - pozwalam sobie opuścić kanon na chwilę i rozejrzeć się dookoła - o czym pisze się teraz? Zupełnie przypadkiem trafiłam na listę najlepszych książek 2013 roku, ogłoszoną w ramach programu "Z najwyższej półki" w radiowej "trójce". Kolejnych pozycji z listy szukałam w lokalnej bibliotece i dokonałam zaskakującego odkrycia, że nie tylko książki te są wypożyczone, ale też aby je wypożyczyć, trzeba się wpisać na długą listę oczekujących! To miłe :) Jedną udało mi się jednak dostać od ręki...

"Jutro przypłynie królowa" to wstrząsający reportaż napisany przez polskiego dziennikarza, Macieja Wasielewskiego. Opowiada on o Pitcairn - maleńkiej, samotnej wysepce, położonej na środku Pacyfiku, zaludnionej przed ponad 200 laty przez grupę ośmiu brytyjskich buntowników (z Bounty) oraz kilkanaścioro tahitańskich niewolników. Przodkowie ci dali początek małej, izolowanej społeczności, idealnej komuny, gdzie wszyscy są powiązani nie tylko więzami krwi, ale też zobowiązań, i każdy o każdym wszystko wie.

Mogłoby się więc wydawać, że jest to typowa proza podróżnicza, za przedmiot mająca - ot! - ciekawostkę etnologiczną. Niestety jednak lektura ta niesie w sobie dużo większy ciężar. Wraz z dziennikarzem, który dostał się na wyspę podstępem, podając się za kogoś innego, czytelnik odkrywa mroczne tajemnice jej mieszkańców. Wasielewski pisze w taki sposób, że od samego początku lektura budzi niepokój, zło czai się gdzieś między słowami, ale nie wszystko od razu jest jasne - zagadkę wyspy autor wyjaśnia stopniowo, tak jak sam stopniowo ją odkrywał.

Największym atutem tego reportażu jest jego uniwersalny charakter. Jest to kolejna, boleśnie autentyczna historia o tym, jak w pewnych szczególnych, "sprzyjających" warunkach, w ludziach budzą się demony. Człowiek uwolniony od brzemienia norm i praw, stanowiący prawo sam dla siebie - szybko zatraca swoje człowieczeństwo. W dodatku dzieje się to w czasach "zupełnie" nowożytnych! Trwoga...

"Jutro przypłynie królowa" kojarzy się naturalnie z powieściami takimi jak "Jądro ciemności" czy "Władca much". Sam autor opowiada w wywiadzie dla GW, że kiedy trafił na Pitcairn, czuł się tak, jakby znalazł się w "Dogville" Triera (!). Można więc powiedzieć, że nie jedno już dzieło na ten temat powstało.
Nie zmienia to jednak faktu, że reportaż ten ma szczególną moc (przede wszystkim, wydaje mi się, za sprawą swojej autentyczności) i pozostawia po sobie niepokój.

Gdzie się podziali święci na Pitcairn? Gdzie altruiści? Dlaczego jedyna panująca tam religia - Adwentystów Dnia Siódmego - umarła? Dotkliwe pytania...

Swoją drogą jednak trudno nie odczuwać pewnego rodzaju dumy, że w Polsce powstają takie książki...

wtorek, 31 grudnia 2013

"Jezuita. Papież Franciszek"

Jorge Bergoglio w cytatach, na Nowy Rok:

"przeżywanie (...) transcendencji jest dziś niezmiernie trudne z powodu zawrotnego tempa życia i zmian oraz braku perspektywicznego spojrzenia, (...) jednak w doświadczeniu religijnym ważne są momenty zatrzymania się, miejsca, w których "woda stoi""

"Ileż to razy w życiu wypada zwolnić tempo, zrezygnować z załatwienia wszystkiego od razu! Być cierpliwym oznacza (...) wyrzec się ambicji rozwiązania wszelkich spraw"

"w miłosierdziu Boga znajdzie się miejsce dla wszystkich"

A zamiast fajerwerków - "miejsce, w którym woda stoi"
- oby było go jak najwięcej w nadchodzącym roku...

piątek, 27 grudnia 2013

"Szklana pułapka"



Mam do tego filmu zupełnie nieobiektywny stosunek. Zarówno w przeszłości, jak i obecnie, odgrywa on pewną szczególną rolę w moim życiu rodzinnym, więc nic na to nie poradzę - oglądam go za każdym razem z pełną wyrozumiałości sympatią.

Jego akcja (co mnie odrobinę, przyznam, zaskoczyło) ma miejsce w Wigilię Bożego Narodzenia, obejrzeliśmy go zatem w bardzo adekwatnym momencie (bo na dwa dni przed Wigilią). Fabułę tego filmu można streścić w jednym zdaniu mniej więcej - nowojorski policjant, John McClane (w tej roli - czy ktoś może mieć wątpliwości?? - bezkonkurencyjny Bruce Willis), przylatuje na Boże Narodzenie do swojej rodziny w Kalifornii i prosto z lotniska jedzie do wielkiego "szklanego" biurowca bogatej japońskiej firmy, w której pracuje jego żona. A tam, rzecz jasna - atak terrorystyczny! Co dzieje się dalej - łatwo się domyślić (terroryści nie mają szans!).

Film powstał w 1988 roku i dla "współczesnego" widza wstrząsająca może być obserwacja, jak radykalnie zmienił się świat od tego czasu. Terroryści zamykają w budynku drzwi, odcinają linie telefoniczne i tym sposobem mają pełną kontrolę nad zakładnikami. Nikt nie sięgnie po telefon komórkowy, nie istnieje możliwość połączenia z Internetem, a duża część dramaturgii opiera się na tym, że terror rozgrywający się wewnątrz "szklanej pułapki" nie jest widoczny na zewnątrz, a błąkający się po różnych piętrach oszklonego budynku Willis szuka sposobu, jak poinformować o ataku policję. Stąd "Szklana pułapka" - polski tytuł filmu - jest dla mnie o wiele bardziej trafny niż oryginalne "Die hard". Z drugiej strony w kolejnych odcinkach filmu tytuł "Szklana pułapka" staje się coraz mniej adekwatny, a w moim ulubionym, czwartym, do rozmiarów pułapki urasta cały świat, sterroryzowany tym razem właśnie za pomocą Internetu. Muszę przyznać, że uchwycone w ten sposób tempo zmian, jakim ulega świat, robi na mnie wrażenie...

Zwraca uwagę niekorzystny wizerunek policji (czy może - "kalifornijskiej policji") odmalowany w filmie - opieszała, nieskuteczna, pozostaje całkowicie bezradna wobec terrorystów. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja po wkroczeniu do akcji FBI - płonie wóz pancerny, w kolejnych eksplozjach i strzelaninach giną policjanci, a przestępcy nadal mają się świetnie i "wszystko idzie zgodnie z planem".
Szczęśliwie na miejscu jest jednak Bruce Willis, który boso i w podkoszulku biega po szkle, zabija kolejnych terrorystów, wysadza połowę budynku w powietrze i ostatecznie - samodzielnie ratuje wszystkich zakładników. Czyli - super bohater jak się patrzy.


Pozostaje pytanie, czym ten film zasłużył sobie na pozycję na liście "stu najlepszych". Nie jest przecież szczególnie nowatorski, nie wyróżnia się ani psychologiczną głębią, ani efektami specjalnymi.
Co go jednak czyni tak przyjemnym w oglądaniu, to na pewno postać głównego bohatera - sympatycznego, poczciwego policjanta, który jest oczywiście niebywale sprytny, błyskotliwy i odważny, ale zarazem boi się lotów samolotem, nie radzi sobie w trudnej relacji z żoną i zdarza mu się popełniać błędy. Bruce Willis wykreował bohatera, którego lubi się i któremu się kibicuje od pierwszej sceny do samego końca i to jest niewątpliwie największy atut tego filmu. Czysta przyjemność :)

John McClaine - super super-hero ;)

wtorek, 17 grudnia 2013

"Dzieci północy" część III

Skończyłam czytać "Dzieci północy". Ze wszystkich dotychczas czytanych przeze mnie "lektur" ta niewątpliwie stanowiła największe wyzwanie. W dużej mierze przyczyniają się do tego zarówno moje zapracowanie, jak i egzotyczny charakter tej powieści, która, zakorzeniona w zupełnie mi nieznanej, obcej kulturze, nie jest bynajmniej prostym reportażem, lecz jedną wielką, często niezrozumiałą, metaforą.

W III części powieści Rushide wznosi się chwilami na wyżyny absurdu. W kolejnych rozdziałach tworzy coraz bardziej oderwane od rzeczywistości, często odstręczające (w czym faktycznie, jak gdzieś czytałam, przypomina Grassa), metaforyczne wizje.
Salim, oczyszczony nie tylko z więzów rodzinnych, swoich ograniczeń i ambicji, ale też doszczętnie pozbawiony pamięci, zostaje przez swoją siostrę (Dżamilę) "zdradzony" i oddany do wojska pakistańskiego. W wojsku pełni on funkcję buddy-tropiciela - medytującego, nieobecnego i nierozumianego przez otoczenie, a zarazem niezwykle przydatnego z uwagi na swój nadprzyrodzony zmysł węchu. Jako tropiciel, wraz z trojgiem młodziutkich żołnierzy, zostaje on wysłany do Indii z misją tropienia i wydawania wojsku indyjskich przywódców. Salim, ku swojemu późniejszemu rozgoryczeniu, bezmyślnie wykonuje rozkazy, podczas gdy jego młodzi towarzysze odkrywają trwogę wojennej rzeczywistości. To jednak również Salim w pewnym momencie dezerteruje i prowadzi swoich chłopców w głąb dżungli, by tam, z dala od wszelkiej cywilizacji, w strugach niekończącego się deszczu - przeczekać wojnę? ocalić ich niewinność? zachować życie? - nie umiem powiedzieć. Jednak wizji czworga wycieńczonych żołnierzy leżących na brzegu wzburzonej rzeki, pośród dzikiej dżungli, mokrych w rzęsistym deszczu i pokrytych mrowiem przezroczystych pijawek wypełniających się różowo ich krwią i pękających z przesytu - nie zapomnę...
Indie wygrywają wojnę, a Salim staje się zbiegiem, "obcym" pozbawionym tożsamości w swoim własnym kraju. W tej trudnej sytuacji odnajduje go Parwati-czarodziejka, żyjąca w getcie kuglarzy, będąca jednym z z dzieci północy. Parwati natychmiast rozpoznaje Salima i zakochuje się w nim. Przygarnia go, opiekuje się nim, on jednak, ilekroć ją całuje, widzi w niej zniekształconą i szpetną - Dżamilę, swoją nieszczęsną siostrę. Z tego powodu nie może się z nią związać, co ją pogrąża w smutku i goryczy. Parwati przywołuje do siebie Śiwę, tajemnicze alter-ego głównego bohatera - tego, za którego Salim został podmieniony po urodzeniu. Przez jakiś czas mała czarodziejka żyje ze złowrogim, brutalnym i nikczemnym Śiwą, czego skutkiem  staje się brzemienna i w takim stanie zostaje przez niego porzucona.
Indira Gandhi
Salim, dla ocalenia jej honoru, bierze ją w końcu za żonę. Tym samym Salim staje się ojcem nie-swojego-syna, który jednak jest potomkiem jego przodków (skomplikowane!). Syn Salima, Aadam, jest również dzieckiem północy, a także dzieckiem stanu wyjątkowego, który Indira Ghandi (w słowniku Rushide'a "Wdowa" - postać mroczna i despotyczna) wprowadziła właśnie w noc narodzin chłopca. 
Salim opisuje stan wyjątkowy jako okres nieprzerwanej nocy, czas szykan i prześladowań, których ofiarą pada również getto kuglarzy. Parwati zostaje uśmiercona, a Salim trafia do więzienia, gdzie jest torturowany dopóty, dopóki nie zdradzi nazwisk wszystkich Dzieci Północy. Wówczas "dzieci" zostają aresztowane i, wraz z Salimem, poddane przymusowej sterylizacji (która podobno faktycznie była w tym okresie stosowana w Indiach, również wobec więźniów politycznych!).

zielone ćatni - przy najbliższej
wizycie w w Tanddorze
musimy skosztować :)
W ostatnim rozdziale Salim, wraz ze swoim ocalałym synem oraz przyjacielem - Foto Singh'iem, powraca do Bombaju - miasta swojego dzieciństwa. Rozentuzjazmowany rozgląda się po znajomych okolicach licząc, że przywrócą mu one dzieciństwo i z rozgoryczeniem (opisywanym już przez Prousta!) odkrywa, że miejsca nie wskrzeszają przeszłości, miejsca po prostu trwają, obojętne na wzruszenia naszej pamięci. Szczęśliwie jednak Salim odnajduje klucz do swojej przeszłości, a jest nim ... zielone ćatni przygotowane przez Marię Perejrę, obecnie właścicielkę fabryki marynat. To zabawne, jak bardzo ten motyw również nawiązuje do Prousta. Salim oddaje Marii Aadama pod opiekę, a sam - zamieszkuje w fabryce i produkuje kolejne marynaty - marynaty wspomnień, na których przykleja nazwy-tytuły kolejnych rozdziałów swojej powieści. Czyli innymi słowy - oddaje się czemuś, co można by nazwać poszukiwaniami utraconego czasu...

Wielokrotnie już pisałam, że ta wielowątkowa powieść naszpikowana jest przenośniami, zaszyfrowanymi informacjami, których istnienie łatwo daje się wyczuć, ale sens - często pozostaje (dla mnie) ukryty.
Salim, będący niewątpliwie uosobieniem Indii (w ostatnich akapitach zostaje on zmiażdżony i rozpada się na 600 mln drobin - tyle, ile według książki Indie liczyły sobie w tamtym okresie ludności), przez całe życie błąka się, poszukuje swojej tożsamości, aspiruje do realizacji wielkich celów, a jednocześnie stopniowo stacza się na dno. Wyposażony w nadzwyczajne talenty, pragnie wykorzystać je dla dobra ogółu, ale ostatecznie - traci je, nieużyte. Kolejne kobiety, w których się zakochuje, wydają się symbolizować różne odłamy społeczności indyjskiej - imigrantka z USA, Ewa, ma go od początku do końca w pogardzie, Dżamila - jego siostra, która przeistacza się w gorliwą muzułmankę (czy nawet - Pakistankę?), odrzuca jego miłość i oddala go od siebie, w końcu Parwati - uosobienie magicznej, zabobonnej części kultury indyjskiej - zakochuje się w nim, chce go przygarnąć, ale on nie może się tej miłości poddać.
Salim zostaje zmiażdżony przez tłum ludzi, którzy pojawili się w jego życiu, ale bezpośrednio ścierają go na pył z jednej strony - Wdowa (a więc - Indira), z drugiej zaś - Śiwa, czyli jego złowrogi prześladowca, chłopiec urodzony o północy, potomek jego przodków, podmieniony, skazany na życie w nędzy i żądny za to życie zemsty. Śiwa to jakby mroczna strona Salima, zrodzona z biedy i poniżenia. W postaci tej również dopatrywać się można charakterystyki kolejnej warstwy indyjskiego społeczeństwa.

A "Dzieci północy"? Ze swoimi zdumiewającymi talentami, ze swoimi nadziejami na zbudowanie nowych, lepszych Indii, ze swoimi konfliktami i niezdolnością do solidarnego działania, ostatecznie wysterylizowane i tym samym - zmiażdżone - przez Indirę? Cóż one właściwie znaczą? Czy są to po prostu dzieci niepodległości - nadzieje i możliwości, z czasem pogrzebane? Czy też ukryte talenty drzemiące w tym skomplikowanym kraju, wybudzone niepodległościowym zrywem, i ponownie uśpione na nieokreślony czas...? A może symbolizują one coś zupełnie innego? - tego nie wiem.

Ciekawa to była, daleka i długa podróż. Z przyjemnością już ją jednak zakończyłam. Może kiedyś, w ramach "lektur nadobowiązkowych", sięgnę po "Szatańskie wersety" - nie ukrywam bowiem, że Rushide mnie zaintrygował. Teraz jednak, z okazji urodzin Papieża Franciszka, przeczytam wywiad przeprowadzony z nim jeszcze przed jego pontyfikatem. Potem zaś powrócę do kanonu, który zabierać nas będzie w coraz bardziej odległe czasy i kultury...

piątek, 22 listopada 2013

"Dzieci północy" cz. II

"A tutu!" Przywracam bloga życiu! Wcale o nim nie zapomniałam, ale nie będę tu "obiecywać poprawy". "Nie zawsze się wszystko układa i nie na wszystko jest rada". Akurat dziś mam czas, żeby coś napisać.

To zabawne - tak jak pierwszą część powieści czytałam z entuzjazmem i zachwytem, tak przez drugą brnęłam z wielkim trudem... Rowerowe dojazdy do pracy, wakacje - nie sprzyjały czytaniu tak złożonej, skomplikowanej lektury. Sporą partię tekstu czytałam nawet dwukrotnie, przy drugim czytaniu robiłam skrupulatne notatki, ale kiedy zapełniłam nimi dwie strony A4, a końca II części nie było widać - poddałam się...

Rushide naszpikował tę powieść metaforycznymi obrazami, pełnymi wyrazistych detali, nie zawsze czytelnych, szczególnie dla czytelnika nieobeznanego z historią i kulturą Indii. Nie ulega bowiem wątpliwości, że wiedza o tym egzotycznym kraju, o jego problemach, o burzliwej przeszłości - stanowi klucz niezbędny dla zrozumienia dzieła Rushide'a. Salim Sinai wielokrotnie otwarcie przyznaje, że jego losy symbolizują losy jego kraju, że Indie niejako wcielają się w jego brzydkim, rozpadającym się, ale uduchowionym ciele. Pod tą otwartą deklaracją prostej metafory może się oczywiście kryć jakieś drugie dno - niewidoczne jednak dla moich oczu.

W II części powieści narrator kreśli obraz swego trudnego dzieciństwa i jeszcze trudniejszego dojrzewania. Dorastający pod brzemieniem przeznaczenia "do rzeczy wielkich", wynikłego z niezwykłej daty i godziny swoich narodzin, młody Salim, hołubiony przez dwie kobiety - matkę i niańkę (Marię - tę, która go podmieniła), w wieku lat dziewięciu boryka się z poczuciem braku sensu życia, z przeświadczeniem o swojej ułomności i nijakości. Żyje on w warunkach cieplarnianych, w zamożnej rodzinie, która mimo wielu zawirowań, mimo zamrożenia całego majątku Ahmeda Sinai przez państwo oraz mimo jego pogłębiającego się alkoholizmu, nie traci swojej pozycji. Chociaż w rodzinie faworyzowany, chłopiec żyje niejako w cieniu swej buntowniczej, odważnej siostry, Mosiężnej Małpki. Ze swoimi troskami i osamotnieniem, kryje się on w brudnej skrzyni na bieliznę (tak jak kiedyś schował się tam Nadir Chan) i właśnie z tej kryjówki, całkiem przypadkowo, odkrywa pewnego dnia straszliwą tajemnicę swojej matki. Odkrycie to, chociaż przykre, jest jednocześnie tak wstrząsające, że uwalnia w nim jego pierwszy dar - Salim ze zdumieniem orientuje się, że może zaglądać do umysłów innych ludzi, może czytać w myślach nie tylko swoich bliskich i znajomych, ale też w ogóle wszystkich ludzi, również tych mieszkających w najdalszych zakątkach kraju.

Kolejne wstrząsające wydarzenie w jego życiu (upokarzający upadek z roweru na oczach fascynującej go w owym czasie amerykańskiej - na pewno nie przypadkowo - dziewczynki) uwalnia w nim kolejny dar - w swoim umyśle jest on w stanie organizować spotkania dla "dzieci północy", czyli tych, które urodziły się tej samej, niezwykłej nocy, co on. Dzieci te mają fantastyczne, zdumiewające zdolności - im godzina ich narodzin była bliższa północy, tym bardziej wyszukane są ich talenty. Salim, wciąż działając wyłącznie na terenie swojego nadzwyczajnego umysłu, zrzesza dzieci w "Konfederację Dzieci Północy", której przewodniczy. Dzieci, początkowo zafascynowane sobą wzajemnie, gotowe są pod wodzą Salima współdziałać, by odmieniać świat (Indie) na lepsze. Z upływem czasu jednak popadają w konflikty, a w końcu wzajemne znużenie sobą, coraz bardziej zwracają się ku swoim własnym problemom, i konfederacja stopniowo ulega rozpadowi. Ostateczny jej kres (przynajmniej w obrębie II części powieści) kładzie zabieg wydrenowania przewlekle chorych zatok przynosowych Salima - zabieg, któremu przymusowo poddają go rodzice, i który nieoczekiwanie oczyszcza go doszczętnie nie tylko z kataru, ale również z jego tajemniczych zdolności...

Po zabiegu wydrenowania Salim zostaje obdarzony nowym darem - darem nadludzkiego węchu, którym rozpoznaje nie tylko wszelkie odmiany zapachów organicznych, ale również zapachy uczuć i pragnień innych ludzi. Tak wyposażony, wraz z całą rodziną, emigruje do Pakistanu, "kraju czystych".

Tam jego rodzina zamieszkuje u ciotki Aliji (niegdyś zaręczonej z Ahmedem Sinai) i rozpoczyna coś na kształt swojej złotej epoki - Ahmed i Amina ponownie zakochują się w sobie, Mosiężna Małpka ujawnia swój nadzwyczajny talent do śpiewu i wkrótce zostaje słynną Dżamilą Śpiewaczką i tylko biedny Salim pozostaje samotny w swoim świecie zapachów i wyziewów obcego mu miasta. W dodatku zakochuje się on nieczystą miłością w swojej pięknej siostrze, która w międzyczasie staje się gorliwą i cnotliwą muzułmanką.

Wkrótce jednak szczęście rodzinne załamuje się - według Salima przede wszystkim za sprawą zawistnej ciotki Aliji, która w akcie zemsty zaczyna wsączać całą gorycz swojego życia w życie rodziny Sinai. Ciężarna Amina zaczyna gwałtownie się starzeć i zwracać do duchów przeszłości, bezradny Ahmed ponownie popada w nałóg alkoholizmu, kuzyn Salima, Zafar, zabija swojego ojca itp. itd. Wszystkie te wydarzenia mają miejsce na tle narastającego konfliktu między Indiami i Pakistanem zwieńczonego wojną roku 1965.

W wojnie tej cała rodzina Salima, z wyjątkiem jego siostry, ginie. Dla Salima "zabrakło bomb". Uderzony w głowę spluwaczką inkrustowaną lapis lazuli, doznaje oczyszczenia. Uwalnia się on od rozpadu swojej rodziny, od swojej nieczystej miłości, od wszystkich niespełnionych oczekiwań, porażek, aspiracji. I tak kończy się część II powieści.

Trudna to, doprawdy, lektura. Jak już wspomniałam wcześniej, bez wiedzy o historii Indii i Pakistanu, nie sposób jej zrozumieć. Znajduję w niej jednak (niejako "dla siebie") liczne metafory "uniwersalne" - jak chociażby wątek zemsty ciotki Aliji, w którym tak naprawdę to przeszłość mści się na rodzinie Sinai. Ich szczęście, budowane na czyimś nieszczęściu, nie może trwać wiecznie. Niewyjaśnione konflikty, ukryte animozje - muszą się w końcu ujawnić...
Czytelny jest też motyw kryzysu tożsamości - Salim, będąc w wieku, kiedy kształtuje się w człowieku tożsamość, sam czuje się rozdarty między dwiema ojczyznami, między mnogością religii, między zwaśnionymi członkami rodziny. Te wewnętrzne konflikty targające młodym Salimem odzwierciedlać muszą nastroje, jakie panowały w dwóch sąsiadujących ze sobą, kształtujących się dopiero w swojej młodej suwerenności państwach - Indiach i oddzielonym od nich - Pakistanie, które szybko popadły w konflikt, trwający ponoć do dnia dzisiejszego.

Ciekawa jestem, co właściwie oznaczają nadzwyczajne dary Salima, a także ich gwałtowna utrata, poprzedzająca wyjazd do Pakistanu. Jaka jest rola "dzieci północy"? Czy spotkają się one jeszcze w "oczyszczonym" umyśle Salima? Być może III część powieści odpowie na te pytania... Zmęczona, ale niestrudzona, zabieram się do dalszej lektury...

sobota, 20 lipca 2013

"Dzieci północy"


Z prawdziwym entuzjazmem zaczęłam lekturę "Dzieci Północy" Rushide'a. Wspaniale jest sięgać po książkę tak egzotyczną, szczególnie latem (to prawie jak daleka podróż!), chociaż od kiedy dojeżdżam do pracy rowerem, czyta mi się znacznie wolniej...

Dotychczas przeczytałam I część powieści i zachwyciłam się. Jest niezwykła, napisana bardzo błyskotliwym, oryginalnym językiem, pełna sugestywnych i zdumiewających obrazów (jak chociażby obraz młodego doktora Aaziza, który poznaje ciało swojej przyszłej żony partiami, przez dziurę w prześcieradle, przez którą ją bada...).

Narrator powieści, Salim Sinai, będący jej głównym bohaterem, opowiada swoje losy, wyśmienicie stopniując napięcie, wyprzedzając niektóre wydarzenia dyskretnie, poprzez podsuwanie czytelnikowi nie całkiem zrozumiałych obrazów, które stają się czytelne dopiero po dłuższym czasie, w miarę czytania.

Cały I tom powieści poświęcony jest wydarzeniom poprzedzającym narodziny Salima, opisuje losy jego przodków (którzy, jak się okazuje pod koniec, nie całkiem są jego przodkami - czy też może tym bardziej nimi są, gdyż mimo że ostatecznie nie wiążą go z nimi więzy krwi, to jednak ich losy determinują jego los). Historia głównego bohatera wpisana jest oczywiście w burzliwą historię Indii, jego narodziny przypadają na chwilę, w której Indie odzyskują niepodległość - o północy dnia 15 sierpnia 1947 roku. Indie Rushide'a (na razie w okresie sprzed 1947) to kraj pełen kontrastów, targany wewnętrznymi konfliktami, w którym ściera się mnogość religii i kultur, bogacze mieszkają obok nędzarzy, a wszelkie ruchy niepodległościowe są brutalnie tłumione przez Brytyjczyków. Ta, bolesna niekiedy, różnorodność znajduje odzwierciedlenie w losach rodziny Salima, którego dziadek, doktor Aaziz, odebrawszy wykształcenie medyczne w Heidelbergu, powraca do rodzinnego Kaszmiru, gdzie budzi nieufność u przywiązanej do tradycji, zabobonnej ludności, i żeni się z kobietą o umyśle prostym, przesądną i wrogą jego odważnym poglądom. W podróży poślubnej natrafiają oni na zamieszki w Amritsarze,w czasie których wojsko brytyjskie strzela do nieuzbrojonych hinduskich demonstrantów (Hartal Gandhiego). Po zawiązaniu się Zgromadzenia Wolnego Islamu pod wodzą Mijana Abdullaha, doktor Aaziz wyznaje swojej przyjaciółce: "Zaczynałem jako Kaszmirczyk i to nawet nie muzułmanin. Potem ten siniec na piersi [nabyty w Amristarze] zrobił ze mnie Hindusa. Nadal nie czuję się właściwie mahometaninem, ale z całego serca popieram Abdullaha."

Skomplikowane są też losy matki głównego bohatera. Jako młoda, ciemnoskóra dziewczyna, wchodzi w ukrywany przed światem związek małżeński z pulchnym impotentem, sekretarzem zamordowanego Abdullaha, ukrywanym przez Aaziza w skrytce pod podłogą. Najszczęśliwsze chwile swojego życia spędza z ukochanym w ich ukrytym pokoiku pod dywanem, gdzie plują do celu - do srebrnej, inkrustowanej lapis lazuli, spluwaczki, odizolowani od świata, obojętni na jego problemy. Potem jednak sytuacja odmienia się, mąż Mumatz jest zmuszony uciekać, a w jakiś czas później dziewczyna ponownie wychodzi za mąż - za niezdecydowanego absztyfikanta swojej siostry, Ahmeda Sinai, który nadaje jej nowe imię: Amina. Amina nie kocha swojego nowego męża tak, jak poprzedniego, ale stara się go pokochać z całą sumiennością, podobnie jak sumiennie zajmuje się domem - jej życie zamienia się więc w ciąg wypełnianych wobec świata obowiązków.

Rawana
Na uwagę zasługuje jeszcze rozdział pt. "Wielogłowe potwory", w którym autor opisuje jednocześnie dwa równoległe wydarzenia. Pierwszym z nich jest fatalny zbieg okoliczności, skutkiem którego Ahmed Sinai pada ofiarą szajki Rawana (Rawana - od imienia dziesięciogłowego potwora opisanego w starożytnym eposie o życiu Ramy) i traci cały niemal swój dobytek. Drugim opisanym w tym rozdziale wydarzeniem, które dokonuje się w tym samym czasie, są odwiedziny Aminy u wróżbity Ramrama, który wypowiada złowrogą przepowiednię o przyszłych losach jej syna. W rozdziale tym każde z małżonków ma swoją tajemnicę - Ahmed w tajemnicy przed żoną udaje się na spotkanie ze swoimi wspólnikami, aby przekazać łapówkę członkom Rawany (co się nie udaje), podczas gdy Amina w tajemnicy przed mężem udaje się do ubogiej dzielnicy miasta, wchodzi odważnie do domu, gdzie mieszkają sami mężczyźni i wysłuchuje straszliwej wróżby. Każde z nich też spotyka swojego wielogłowego potwora - Ahmed pod postacią bezwzględnej szajki Rawana, która skutkiem pomyłki puszcza z dymem magazyn, w którym mieścił się cały jego dorobek, Amina zaś - w wynędzniałych, głodnych, chorych ludziach, których spotyka w ubogiej dzielnicy miasta i z których istnienia dotychczas nie zdawała sobie sprawy...

O panu Methwoldzie i jego chytrym planie podstępnego zeuropeizowania nabywców jego pałacu, o wyczekiwanych narodzinach o północy oraz o podmienionych dzieciach pisać już nie będę. W końcu to nie jest streszczenie powieści (której lekturę, na marginesie, wszystkim gorąco polecam). Z niecierpliwością sięgam po drugą część - ciekawa, w jaki sposób dokonywać się będzie przepowiednia Ramrama... Póki co czyta się wyśmienicie...

niedziela, 23 czerwca 2013

"Grona gniewu"


Epicka powieść opisująca losy rodziny Joadów, wysiedleńców z Oklahomy, którzy w dobie Wielkiego Kryzysu przemierzają Stany Zjednoczone w nadziei dotarcia do kraju, gdzie znajdą pracę i bezpieczny byt, należy ponoć do najlepszych dzieł w dorobku Steinbecka.

"Grona gniewu" są napisane z rozmachem, charaktery nakreślone wyraźną kreską, pejzaże barwne, fabuła angażująca. Steinbeck nie jest pisarzem-filozofem, nie snuje on głębokich rozważań, nie odkrywa przed czytelnikiem nowych horyzontów myśli, za to ze współczuciem i zrozumieniem pochyla się nad losem prostych, poczciwych ludzi, którzy stają bezradni wobec niezrozumiałych, wrogich im społecznych przemian. Losy głównych bohaterów rozgrywają się na tle masowej migracji tysięcy im podobnych, wysiedlonych rolników, którzy w poszukiwaniu pracy przemieszczają się z mozołem na zachód, zamieszkują nędzne, prowizoryczne obozowiska zwane Hooverville'ami, przymierają głodem, by w końcu, dotarłszy do celu, stać się tanią siłą roboczą dla bezwzględnych obszarników.

Ludzie ci trzymają się razem, tworzą specyficzną wspólnotę, pomagają sobie wzajemnie, dzielą się wszystkim, co mają, chociaż nie mają prawie nic. Czyni ich to oczywiście "bogatszymi" od przewijających się na stronach powieści posiadaczy, opływających w zbytek, zatroskanych o swoją własność, zamkniętych na drugiego człowieka. Steinbeck staje w obronie ofiar i napiętnuje w swojej powieści system ekonomiczny, w którym człowiek staje się niewolnikiem pieniądza, a dążenie do zysku (za wszelką cenę) - głównym motorem ludzkich działań. Czyni to jego powieść może nie - odkrywczą, ale zdumiewająco aktualną - opisane w niej zjawiska mają przecież we współczesnym świecie miejsce na skalę globalną...

Na Joadów czeka w drodze szereg nieszczęśliwych wydarzeń, najstarsi z nich umierają, inni - w różnych okolicznościach odchodzą. Rodzina stopniowo się rozpada, wiedzie też coraz nędzniejszy byt. Powieść kończy się w chwili, kiedy z trzynastu osób, które wyruszyły wspólnie w drogę, razem pozostaje tylko pięć i tych pięcioro nie posiada już absolutnie nic, wędruje przed siebie pieszo i kryje się w opuszczonej stodole przed deszczem. Nie ustępują jednak - powieść Steinbecka jest bowiem (w mojej opinii) hymnem na cześć ludzkiej determinacji i woli przetrwania. Jego bohaterowie nie poddają się nigdy, ciągle zdążają do przodu, a w rozgoryczonych ich sercach dojrzewają grona gniewu...

Na szczególną uwagę zasługują w tej powieści postacie dwóch kobiet. Pierwsza z nich - Joadowa - matka, czuwa nad całą rodzinną wspólnotą. To ona jest najpełniej świadoma, że tylko poprzez trzymanie się razem mogą przetrwać ten kataklizm, który ich dotknął, to ona podtrzymuje wszystkich na duchu i prowadzi do celu. Druga, jej córka, Rosasharn - mimo iż od początku powieści ciężarna, w rodzinie długo pozostaje w roli rozkapryszonego, skoncentrowanego na sobie dziecka, jednak z czasem stopniowo dojrzewa. Po urodzeniu martwego płodu (wskutek niedożywienia? infekcji?), w przejmującej, ostatniej scenie powieści, karmi ona piersią obcego, wycieńczonego głodem mężczyznę, a "wargi jej [zwierają] się w uśmiech, który [kryje] w sobie tajemnicę." Niezwykła, przejmująca scena...

Powieść Steinbecka podobała mi się. Należy ona do tego gatunku literatury, która "wsysa" czytelnika w swoją rzeczywistość i pozwala zaangażować się w losy bohaterów. Dzięki temu tematy dość "oklepane" stają się nagle znowu istotne, "prawdziwe". Czy kupując produkty importowane z Chin i sprzedawane w Europie w atrakcyjnych cenach, nie stajemy się beneficjentami wyzysku tysięcy robotników pracujących za bezcen, w nieludzkich warunkach, w chińskich fabrykach? Albo - czy potrafimy dzielić się tak, jak dzielą się bohaterowie powieści - zawsze szczodrzy i zawsze radzi gościom, choćby mieli zjeść wspólnie ostatni bochenek chleba, jaki im pozostał? Pytania to być może banalne, podobnie jak przesłanie całej powieści, która niewątpliwie upraszcza odrobinę rzeczywistość, a jednak... warto sobie tym torem porozmyślać...