piątek, 24 maja 2013

"Kamienny świat"


""Kamienny świat" jest jednym obszernym opowiadaniem, złożonym z dwudziestu samodzielnych części" - tłumaczy w pierwszych słowach wstępu sam autor. W istocie koncepcja całego zbioru jako jednej, przemyślanej całości, jest bardzo czytelna. Pierwsze opowiadanie stanowi swojego rodzaju wprowadzenie, w którym zawiera się "teza o kamiennym świecie". Kolejne utwory, w chronologicznym porządku, ilustrują doświadczenia narratora z niemieckich obozów koncentracyjnych, następnie z okresu uwięzienia w amerykańskim obozie dla wysiedleńców i w końcu - z życia po wojnie. Opowiadania te, będące miniaturami, króciutkie, uderzające, wolne od wszelkiego komentarza - same w sobie stanowią niejako kolejne argumenty przemawiające za mroczną, złowrogą naturą świata. W końcu ostatnie opowiadanie, w którym narrator ponownie wraca wspomnieniami do obozu koncentracyjnego, stanowi swojego rodzaju podsumowanie całości, zawierają się w nim ważne słowa: "Ci wszyscy zaś, którzy (…) szli do komory gazowej, prosili pielęgniarzy (…), aby patrzyli i pamiętali. I aby powiedzieli prawdę o człowieku - tym, którzy jej nie znali."

Prawda o człowieku, prawda o świecie - to niewątpliwie najważniejsze zagadnienia całego cyklu opowiadań. W pierwszym z nich, którego tytułem nazwał Borowski cały tom, narrator błądzi po powojennym mieście, pełnym ruin i ludzi, którzy próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości, podczas gdy główny bohater widzi ich co chwila zlewających się w bezkształtną masę twarzy, rąk i nóg, wsiąkających w nicość, która jest jedynym przeznaczeniem świata. On nie szuka już w tym świecie żadnej nadziei, nic go w nim nie kusi, nic go w nim nie czeka. Powojenny świat rozczarowuje - jest próżny, skazany na zagładę. Ten właśnie świat nazywa narrator "jakby ciosanym w kamieniu". Na miarę tego świata zamierza on napisać wielkie epickie dzieło, w miejsce którego jednak powstaje… zbiór krótkich opowiadań.

Opowiadania obozowe są oczywiście przerażające. Mną najbardziej wstrząsnął utwór pt. "Śmierć Schillingera" opowiadający historię chwilowego buntu prowadzonych do komory gazowej ludzi. Bunt rozpoczął się przypadkowo, od szamotaniny między złowrogim sierżantem SS Schillingerem a nagą kobietą, do której ten próbował się zbliżyć w wiadomych celach. Kobiecie udało się przechwycić broń SS-mana i śmiertelnie go postrzelić, co wywołało panikę wśród pozostałych Niemców, którzy w popłochu uciekli. Tłum nagich ludzi rzucił się więc z krzykiem na prowadzących ich do komory gazowej współwięźniów - ci jednak, pomimo iż pozbawieni jakiegokolwiek nadzoru, szybko i skutecznie bunt stłumili. Cała historia opowiadana jest przez pewnego vorarbeitera z sonderkommanda, który mówi o tym wydarzeniu słowami: "Ale chwała Bogu, daliśmy sobie radę. Zagnaliśmy kijami transport do komory, zaśrubowaliśmy drzwi i zawołaliśmy SS-manów, aby wrzucili cyklon. Nabyliśmy przecież trochę wprawy." To wstrząsające opowiadanie nadzwyczaj trafnie ilustruje, jak doskonale działa w ludziach raz uruchomiona machina zła - kręci się ona nieprzerwanie nawet wówczas, gdy inicjatorzy jej działania znikają.

Działa ona również po wyzwoleniu obozów, których więźniowie nie tylko dokonują "zachłannych" samosądów na byłych oprawcach, ale mszczą się również krwawo na ich rodzinach, na dzieciach. Zrodzone z wojny: nienawiść, pogarda dla człowieka, żądza zemsty - przesycają świat powojenny. W świecie tym również niepokojąco zacierają się granice między prawdą i fałszem, dobrem i złem. W niemieckim kościele SS-mani mają piękne, ukwiecone kapliczki (wątek ten pojawił się już zresztą w "Pożegnaniu z Marią"), w opowiadaniu "Lato w miasteczku" młody ksiądz przetrzymuje na pięterku plebanii kochankę, w "Upalnym popołudniu" pewien chłopiec wraz z dojrzałym mężczyzną mówią ze zgorszeniem o bezwstydnej kobiecie, której jednocześnie przyglądają się pożądliwie, w kolejnym opowiadaniu kobieta, która przetańczyła z drugą kobietą cały wieczór w ogrodzie, w ostatnich akapitach okazuje się jednak mężczyzną itd. itd..

Po świecie minionym pozostają jedynie zgliszcza, bezwartościowe wspomnienia o zmarłych, jak w smutnym opowiadaniu "Dziewczyna ze spalonego domu". Doskonałe doń uzupełnienie stanowi "Mieszczański wieczór", którego bohater przed zaśnięciem oddaje się erotycznym fantazjom, które, ku jego rozczarowaniu, przerywa młoda żona, kiedy przychodzi do łóżka. Młoda żona bowiem w świecie powojennym, jak wszystko inne - rozczarowuje, nie dorasta do marzeń, czy może raczej - do wspomnień?

Pojęcie "kamienny świat" nie odnosi się więc z całą pewnością specyficznie do izolowanego świata obozów koncentracyjnych, nie ogranicza się też, moim zdaniem, do świata widzianego oczami człowieka, który przeżył uwięzienie w obozach. "Kamienny świat" to konsekwentna koncepcja świata okrutnego, złowrogiego, w którym nie istnieją wyższe wartości, nadzieja, sens - świata, którego PRAWDZIWĄ naturę wojna jedynie UJAWNIŁA…

Ja w ten świat… nie wierzę (nie chcę wierzyć?). Niemniej dzięki Borowskiemu muszę go uwzględnić, muszę wziąć pod uwagę cały bezmiar zła, które w nas tkwi - tę straszliwą prawdę, która nie traci na ważności, mimo upływu czasu. Lektura jego opowiadań jest z tego powodu niezwykle pouczająca i, faktycznie, "obowiązkowa"…


środa, 8 maja 2013

Tadeusz Borowski: Opowiadania

Zacznę od uwagi bardzo ogólnej, odnośnie samego kanonu. Otóż czytam teraz piątą pozycję z listy "ksiąg nakazanych" autorstwa dr Makowskiego i nie mogę przy tej okazji nie zauważyć, że pośród tych pięciu powieści tylko jedna NIE koncentrowała się zasadniczo na złu, do jakiego zdolny jest człowiek. Pozostałe cztery, poczynając od "Jądra ciemności", opowiadały o najciemniejszych zakamarkach ludzkiej duszy, o najpodlejszych doświadczeniach ludzkości. Wiem, że w kanonie jest jeszcze wiele rozmaitych książek, w których niekoniecznie nawracać będą te motywy, ale na ten moment zastanawiam się, czy tak duży udział powieści mrocznych i wojennych w kanonie nie stanowi sam w sobie istotnego przesłania? Czy nie jest czymś w rodzaju ostrzeżenia? Ostrzeżenia przed złem, które obecne jest w każdym człowieku, w każdym z nas?

Opowiadania Tadeusza Borowskiego obrazują swojego rodzaju apogeum zwyrodnienia, demoralizacji, jakim mogą ulec ludzie w określonych okolicznościach. Stanowią one brutalną, miażdżącą, skrupulatnie oczyszczoną z wszelkiego martyrologicznego kontekstu relację z życia w niemieckich obozach zagłady - życia, którego autor oczywiście doświadczył. Nie są one jednak prostą relacją, lecz przemyślaną literacką ilustracją głębokich psychicznych i moralnych przemian, jakim ulega człowiek umieszczony w rzeczywistości, w której życie ludzkie zostało pozbawione najmniejszej wartości, a skrajny głód, wyczerpanie i nędza czynią z ludzi zwierzęta walczące za wszelką cenę o przetrwanie.

Po raz kolejny przytrafiło mi się czytać książkę wydaną przez "BN", tym razem również opatrzoną w bardzo długi wstęp zawierający zarówno biografię autora (której nie zamierzam tu poświęcać uwagi), jak i szczegółową analizę jego twórczości, przede wszystkim tej tzw. "obozowej". Autor tego opracowania, Andrzej Werner, przypomina czytelnikowi, aby nie interpretował postaci i postawy głównego bohatera opowiadań nazbyt pochopnie, aby uwzględniał kontekst szczególnych i niemożliwych do wyobrażenia okoliczności, w jakich ten się znalazł. Jest to oczywiście istotna uwaga dotycząca odbioru wszelkiej literatury (czytać zawsze należy uwzględniając, kim był autor, do kogo i w jakim celu pisał, i z jakiej kultury oraz doświadczeń czerpał). Niemniej w przypadku tej konkretnie lektury uwagi te okazały się nad wyraz cenne. Otóż wszelkie normy kulturowo-moralne obowiązujące w "normalnym" świecie, załamywały się, "traciły ważność" w warunkach obozów zagłady. Główny bohater opowiadań Borowskiego, Tadek, jest więźniem sprytnym, obrotnym, "ustawionym" w obozowej rzeczywistości. Musi uciekać się do oszustw, kradzieży, musi pozostawać obojętny na cierpienie i śmierć innych ludzi - aby samemu przeżyć. Czy jest to postawa godna? Jest z całą pewnością bardzo ludzka, wywodzi się z podstawowych instynktów. Jest zrozumiała. Tadek potrafi zdobyć się na gest litości, potrafi współczuć, jednak przede wszystkim działa w swoim interesie, niekiedy w sposób okrutny, cyniczny (jak w opowiadaniu "Śmierć powstańca", w którym prowokuje on  współwięźnia do wymiany chleba na buraka, którego spożycie doprowadza schorowanego człowieka do śmierci).

Pan Werner przekonuje we wstępie, że cykl opowiadań pt. "Pożegnanie z Marią" stanowi szczyt osiągnięć literackich Borowskiego. W "Utworach wybranych" poprzedza go jeszcze dwoma opowiadaniami z książki "Byliśmy w Oświęcimiu": "U nas, w Auschwitzu..." oraz "Ludzie, którzy szli". Dotychczas przeczytałam te właśnie opowiadania.

Pierwsze z nich, "U nas, w Auschwitzu" nasunęło mi zupełnie nieoczekiwanie skojarzenie z "Rzeźnią numer pięć". Dlaczego? Uderzyło mnie podobieństwo nie tyle języka, co tej specyficznej, pozornie cynicznej optyki. Tadek, główny bohater, piszący listy do swej ukochanej, Marii, uwięzionej w sąsiednim, kobiecym obozie, trafia do Oświęcimia z Brzezinki i jest to dla niego swojego rodzaju awans. W Oświęcimiu ma przejść szkolenie medyczne, jest więc w bardzo uprzywilejowanej sytuacji i patrzy na obozowe życie z pewnego dystansu. Opisuje on potworności tego życia w sposób lekki z pozoru, bez zgrozy, bez zdziwienia, ot - w jednym baraku świetlica i dom publiczny, w drugim kobiety-króliki doświadczalne, a tu stodoła do gazowania, komin itp. itd. To bardzo przypomina styl Vonneguta - za pozorem sarkazmu kryje się... no właśnie - co? Rozpacz zobojętnienia? Poczucie winy? W jednym akapicie Borowski pisze: "Widzisz: to mistyka. Oto jest dziwne opętanie człowieka przez człowieka. Oto jest dzika bierność, której nic nie przełamie."
Kolejne opowiadanie, pt. "Ludzie, którzy szli" opisuje już zjawisko masowej zagłady, która dokonuje się gdzieś w tle, w ciszy - ludzie pojawiają się, idą, znikają, pojawiają się kolejni - rzesze. Giną tysiącami, po cichu, systematycznie. Najdobitniej jednak o masowej "likwidacji" opowiada Borowski w przerażającym utworze "Proszę państwa do gazu". Jest to skrupulatny opis rozładunku kolejnych "transportów" na rampie przy obozie. Rozładunku dokonują oczywiście więźniowie, większość bowiem obozowych zbrodni dokonuje się rękami więźniów. Więźniowie ci zresztą traktują "wypad na rampę" jako swojego rodzaju atrakcję, można przy tej okazji najeść się i wzbogacić. Tadek przychodzi na rampę po raz pierwszy. To, co widzi, przekracza granice ludzkiej wyobraźni - niekończące się masy ludzkie, wycieńczone, upodlone, ładowane do ciężarówek, do gazu, martwe niemowlęta walające się po opustoszałych wagonach, matki wyrzekające się dzieci, wszędzie stosy trupów i konających. Tadek, wykończony, przerażony, z każdym kolejnym transportem pała coraz większą nienawiścią do ofiar. Człowiek nie dysponuje odpowiednią skalą emocji i reakcji, aby adekwatnie odpowiedzieć na takie doświadczenie. Swoje przerażenie, bezsilność rozładowuje w okrucieństwie. Ludzie zapalają się złem jak ogniem, to najprostsza i zarazem najstraszliwsza reakcja. Tu znów przypomina mi się Vonnegut, który pisał - "co można powiedzieć na temat masakry? to, co mówią ptaki: it-it". Najlepiej nic nie mówić, ale koniecznie - pamiętać.

Pozostałe opowiadania ilustrują kolejne odsłony obozowego życia - katorżnicznej pracy, głodu, śmierci, walki o przetrwanie. Akcja dwóch - pierwszego i ostatniego w tomie "Pożegnanie z Marią" - toczy się odpowiednio przed i po obozowym doświadczeniu Tadka. W tym ostatnim, po wyzwoleniu, główny bohater ląduje w innym rodzaju więzienia, zorganizowanego dla byłych jeńców przez Amerykanów. Opisując go Borowski z goryczą podkreśla, że jest to inna forma tego samego zniewolenia i w tym utworze w szczególności ujawnia się uniwersalny charakter opowiadań Borowskiego - ilustrują one mechanizmy zła, jakie wyzwalają się w sytuacji, kiedy jeden człowiek ma bezgraniczną władzę i prawo decydować o życiu i śmierci drugiego człowieka. Tym samym wracamy do... "Jądra ciemności" (aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że to pewne uproszczenie).

Na koniec chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na motyw "anemicznych drzewek", obecnych we wszystkich chyba dotychczas przeze mnie przeczytanych opowiadaniach, niczym ukryty autograf autora. Anemiczne drzewka są milczącymi obserwatorami wszystkich opisywanych przez Borowskiego potworności. Trudno sobie wyobrazić, aby w przyszłości miały wyrosnąć na potężne drzewa, które będą "pamiętały". Nie dają one żadnego oparcia, nie dają schronienia ani nadziei - kruche i delikatne, na przekór tysiącom idącym na zagładę, żyją sobie w milczeniu, ale wkrótce też przeminą. Na drzewkach tych kończy się perspektywa - jakby innego świata nie było. Tak musiała wyglądać rzeczywistość Borowskiego, również po wyzwoleniu - pustka.

Cóż, pora zmierzyć się z "Kamiennym światem"...


wtorek, 9 kwietnia 2013

"Komu bije dzwon"

Z prawdziwą przyjemnością i z wypiekami na twarzy przeczytałam słynną powieść Hemingwaya. I chociaż czytałam ją już kiedyś, dawno temu, a także pomimo iż od początku powieści wszystko wskazywało na to, że historia ta dobrze się skończyć nie może, to i tak czytałam z nadzieją, że może jednak, przewrotnie, TYM RAZEM zakończy się szczęśliwie. Czytając zaś ostatnie strony sumiennie się wypłakałam.

Egzemplarz książki (wyd. Biblioteka Narodowa), który wypożyczyłam, został opatrzony bardzo długim wstępem zawierającym nie tylko notę biograficzną autora, ale też informacje o wojnie domowej w Hiszpanii i, czego już nie czytałam, coś na kształt opracowania samej powieści. W krótkiej biografii Hemingwaya, poza niezliczoną ilością zupełnie szalonych przygód, czterema żonami i innymi ekstrawagancjami, zwraca uwagę oczywiście szczególna sympatia pisarza dla Hiszpanii i jego żywe zaangażowanie w problem hiszpańskiej wojny domowej. Hemingway nie brał czynnego udziału w tym konflikcie (chociaż wcześniej, jako młodziutki ochotnik, walczył w I wojnie światowej), kilkukrotnie natomiast odwiedzał w tym czasie Hiszpanię, starał się rozpowszechniać wiedzę na jej temat, a także organizował różnego rodzaju pomoc dla Republikanów.

Tymczasem powieść, którą napisał, jest w moim odczuciu zdecydowanie bardziej antywojenna niż, jak się tego spodziewałam, antyfaszystowska. Wskazuje na to już sam jej tytuł, będący nawiązaniem do słów angielskiego poety, Johna Donna, piszącego w swojej "Medytacji", iż każdy człowiek jest częścią ludzkości, stąd śmierć każdego człowieka okalecza wszystkich pozostałych ludzi: "Dlatego nie pytaj, komu bije dzwon.; bije on tobie"...
Hemingway kilkukrotnie pisze o bestialskich aktach przemocy, jakich dopuszczali się walczący w wojnie żołnierze i cywile, zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie frontu, daleki jest od idealizowania kogokolwiek, a swoim bohaterom pozwala wątpić i kierować się najrozmaitszymi motywacjami. Każda zaś śmierć w tej powieści jest małym dramatem - niezależnie od tego, czy umiera faszysta, czy republikanin. Z każdym zgładzonym człowiekiem przegrywają wszyscy ludzie - refleksja, która pojawiła się już w naszych rozmyślaniach przy okazji "Czasu Apokalipsy".

Historia opowiedziana przez Hemingwaya jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Robert Jordan, Amerykanin, z wykształcenia profesor iberystyki, ochotniczo walczący po stronie Republiki, dostaje zlecenie wysadzenia mostu, który miałby dla przeciwnika stanowić istotny kanał komunikacyjny w trakcie planowanej przez Republikanów ofensywy. Jordan musi w tym celu nawiązać współpracę z żyjącymi w okolicznych lasach partyzantami i chociaż wielokrotnie wcześniej wykonywał już podobne zlecenia, tym razem jednak, w spotkaniu z tymi obcymi ludźmi, życie doświadczy go w sposób zupełnie nieoczekiwany.

Jordan spotyka w górach tzw. "bandę Pabla", grupkę partyzantów zorganizowanych wokół ponurej postaci zdegenerowanego, popadającego w beznadziejny nałóg alkoholowy dowódcy - Pabla. Rzeczywiste dowództwo w tej bandzie należy jednak do żony Pabla - Pilar, kobiety brzydkiej, wulgarnej, rubasznej, ale zarazem serdecznej, bystrej i sercem oddanej Republice. Pilar wydaje polecenia, podejmuje decyzje, a jednocześnie karmi zarówno męża, jak i pozostałych członków bandy, wśród których jest jeszcze, między innymi, stary, poczciwy Anselmo (myśliwy gołębiego serca, nieustannie rozważający, jak można odpokutować za wojenne zbrodnie), Agustin, Fernando, leniwy cygan Rafael i kilkoro innych. Do grupy tej należy też postać jakby nie z tego świata - młoda, śliczna, niewinna, krótko ostrzyżona dziewczyna - Maria. Maria, ofiara okrutnej przemocy frankistów, została przygarnięta przez Pilar po wysadzeniu pociągu, w którym jechała jako jeniec wojenny.

Jordan oczywiście zakochuje się, ze wzajemnością, w ślicznej dziewczynie. Ich miłość ma w sobie coś niewinnego, jest żarliwa, pełna wiary w to, że spotkało ich coś, co się zazwyczaj ludziom nie zdarza. Maria jest w tej relacji uosobieniem łagodnej, oddanej, wrażliwej kobiecości, podczas gdy Robert nagle odkrywa, że w drugim człowieku można odnaleźć sens i wartość własnego życia - życia, które dotychczas cenił niewiele... To jednak nie wszystko - Jordan zdumiewająco szybko znajduje też wspólny język z Pilar, zaprzyjaźnia się z Anselmem i Agustinem, w ciągu tych kilku (dosłownie - trzech) dni nawiązuje z tymi zupełnie obcymi ludźmi relacje tak bliskie, że sam nie może tego zrozumieć.

Dlaczego tak się dzieje? Czy przyczyną jest gnębiące go przeświadczenie (które szybko podzielają również Pablo i Pilar), że misja, z którą przybył do tego lasu, jest nie tylko skazana na niepowodzenie, ale będzie dla żyjących w tych okolicach ludzi opłakana w skutkach. Czy może to przeczucie nadchodzącej śmierci każe mu nagle przeżywać te ostatnie dni życia z tak wielką intensywnością - jakby miał w tym czasie nadrobić wszystkie "zaległości"? Trudno powiedzieć. Z upływem czasu jednak dla Jordana staje się coraz bardziej oczywiste, że powinien skupić się na tym, aby przeżyć całe swoje życie w ciągu tych trzech dni. Ten motyw "przeżycia życia przez 3 dni" wielokrotnie powraca w jego rozważaniach i wydaje mi się szczególnie wart uwagi. Co to właściwie znaczy: przeżyć całe życie przez 3 dni? Czy to możliwe? A czy nie jest możliwe, że przeżywszy długie życie, ani przez chwilę nie doświadczy się takiej radości, takiej bliskości z drugim człowiekiem, takiej "intensywności życia", jakie stały się udziałem Roberta? Czy nie jest tak, że żyjąc, jakbyśmy nie mieli umrzeć nigdy, nie przeżywamy tego życia zbyt "mocno", ot - pozwalamy czasowi upływać...? Współczujemy głównemu bohaterowi, że musiał przeżyć swoje życie przez te krótkie 3 dni, które mu pozostały, ale czy potrafimy czegoś się od niego nauczyć?

3 dni... - to oczywiście bardzo mało, ale czy nie jest tak, że każde życie jest "za krótkie"? Wszyscy stoimy w obliczu śmierci. Bohaterowie Hemingwaya, świadomi niebezpieczeństwa, jakie na nich czyhało, starali się tę śmierć oswoić. Śmierć jednak każdego człowieka, nawet w czasach pokoju, jest nie mniej realną perspektywą i być może "spotkanie" z bohaterami tej powieści może stanowić dobrą okazję do rozważenia swojej własnej śmiertelności (a więc "poczytania w sobie", jakby to mógł ująć Proust....).

Zupełnie innym aspektem powieści, nad którym również warto się zastanowić, są motywacje ochotników z różnych krajów, którzy przyjeżdżali do Hiszpanii, by tam ryzykować własne życie dla Republiki. Czym kieruje się Robert Jordan? Miłością do Hiszpanii? Nienawiścią i lękiem przed faszyzmem? Wiarą w słuszną sprawę? Być może po trochu tym wszystkim, chociaż pozostaje to niejasne - do końca trudno zrozumieć, dlaczego odkrywszy dary miłości i przyjaźni, gotów jest poświęcić je w imię rozkazu, o którym przekonuje się, że nie jest słuszny i do niczego dobrego nie doprowadzi. Wydaje się, że ostatecznie Robert Jordan pozostaje wyznawcą dyscypliny. Tylko bowiem dyscyplina daje szansę na zwycięstwo - a o to zwycięstwo warto walczyć, gdyż jest to walka nie o Hiszpanię, ale o człowieka (przeciw faszyzmowi) - tak chyba można by postawę głównego bohatera powieści wytłumaczyć. Jak jednak zrozumieć tych prawdziwych ochotników? Co nimi powodowało? Czy naprawdę wierzyli, że mogą w ten sposób uchronić Europę i świat przed faszyzmem? I czy współcześni ludzie potrafiliby poświęcić tak wiele podobnej idei?

Powieść Hemingwaya, jak napisałam już w pierwszych zdaniach, podobała mi się bardzo. Tłumaczenie - nieco mniej. Nie mam pojęcia, jak specyficzne, hiszpańskie wulgaryzmy brzmią po angielsku, ale w dosłownym polskim tłumaczeniu wypadają fatalnie. W dodatku wiele przekleństw zostało przez tłumacza "ugrzecznionych", przez co duża część dialogów brzmi sztucznie i infantylnie. Jest to jednak jedyny mankament.

Hemingway napisał tę powieść "po męsku" - akcja toczy się wartko, napięcie stopniowo narasta, spoceni i brudni mężczyźni piją mocne alkohole, sceny przemocy przerażają, a wszystkie rodzaje broni, zapalniki, druty, kostki dynamitu zostają skrupulatnie opisane - pośród tego wszystkiego umieszcza autor jednak śliczną, niewinną historię miłosną oraz refleksje o życiu i śmierci, przejmujące dla każdego człowieka w każdych warunkach. I to, moim zdaniem, stanowi o szczególnej wartości tej powieści.

Na deser - kadr z filmu-ekranizacji powieści, ze śliczną Ingrid Bergman oraz Gary'm Cooperem, osobistym przyjacielem Hemingwaya, który od początku widział go w tej roli, aczkolwiek z samego filmu nie był zadowolony

środa, 13 marca 2013

"W poszukiwaniu straconego czasu" tom VI "Utracona" rozdziały III i IV, oraz tom VII "Czas odnaleziony"

Minął już rok... Rok z niewielkim okładem - od kiedy rozpoczęłam lekturę Prousta... I oto po roku - skończyłam.
Oczywiście z pewnością byłoby o wiele lepiej przeczytać tę całą powieść w krótszym czasie - łatwiej wówczas zapewne można by się zorientować w skomplikowanej sieci powiązań, jaką snuje między swoimi bohaterami Proust, łatwiej byłoby też pewnie nadążyć za jego myślą, którą potrafi autor rozkładać na najpierwsze pierwiastki na przestrzeni wielu, wielu stron. W moim jednak przypadku było to niemożliwe. Na czytanie mam bardzo niewiele czasu, a że do tego próbowałam jeszcze na bieżąco "recenzować" kolejne partie tekstu, stąd lektura tym bardziej rozciągnęła się w czasie. Niemniej uważam, że nie straciłam zbyt wiele. Każdy kolejny fragment tekstu czytałam z możliwie dużym skupieniem, często ze zdumieniem i z zachwytem i do niektórych rozdziałów, wiem to niemal na pewno, w przyszłości jeszcze wrócę - a już koniecznie do rozdziału ostatniego, który mnie olśnił, a któremu nie mogłam poświęcić tyle uwagi, ile bym chciała.

Jak łatwo zauważyć, zamierzam odnieść się do ostatniego rozdziału tomu VI oraz do całego tomu VII w jednym wpisie. Ostatni miesiąc był dla mnie po prostu szczególnie trudny i na pisanie nie miałam zupełnie czasu. Jeszcze w trakcie lektury końcówki tomu VI zrobiłam sobie notatki, które tu przytoczę i w odniesieniu do tomu VI na tym poprzestanę. Oto moje notatki:

"W czwartym rozdziale Proust po raz kolejny zaskakuje. W pociągu jadącym z Wenecji do Paryża M. wraz z matką otrzymują depesze, z których dowiadują się o dwóch zdumiewających małżeństwach: Gilberty z Robertem de Saint-Loup oraz młodego Cambremera, siostrzeńca Legrandina z... córką Jupiena, zaadoptowaną przez... barona de Charlus!!! Za pomocą tego dziwnego fabularnego zabiegu Proust tworzy znienacka zupełnie nowe relacje między bohaterami, a także, w dalszym ciągu powieści, każe wielu z nich ulec kolejnym wstrząsającym przemianom. I tak: Gilberta, która nieoczekiwanie weszła do rodu Guermantów, o czym nie śmiała nawet marzyć, po kilku miesiącach zaczyna mieć w pogardzie stosunki z arystokracją i zrywa je otwarcie; podobnie Legrandin, dostawszy się w końcu na wymarzone salony, szybko doznaje przesytu i wycofuje się do swoich pierwotnych, "poetyckich" pasji. Córka Jupiena umiera na tyfus kilka tygodni po ślubie, natomiast jej owdowiały małżonek okazuje się (oczywiście) mieć skłonności homoseksualne, co bardzo odpowiada baronowi de Charlus... Najgorsze jednak przemiany dokonują się w Robercie de Saint-Loup. W roli męża pozostaje niejednoznaczny - w niektórych akapitach troskliwy i kochający żonę, chociażby za to, że dała mu fortunę, w innych - zdradza ją bez pohamowań, i to w dodatku... z mężczyznami. Co więcej, aby ukryć swoje skłonności, afiszuje się z kobietami i specjalnie podtrzymuje pogłoski, że ma liczne kochanki. To jednak nie wszystko - od czasu, gdy zaczął interesować się mężczyznami, Robert nie szuka już u nich przyjaźni i w stosunku do M. pozostaje oschły i obojętny. Jak łatwo się domyślić, okrutny ten cios podważa u Marcela wiarę już nie tylko w miłość, ale i w przyjaźń. Aby zaś dodać pikanterii tym wszystkim rewelacjom - kochankiem Roberta, na którego ten wydaje ogromne kwoty jest nie kto inny, lecz... Morel! ... ... ...

Jednocześnie M. napomyka o tym, że po raz kolejny zacieśnia się więź między nim a Gilbertą. Więź niewinna, ciepła, bo - nieskażona miłością..."

Tom VII pod znaczącym (i jakże intrygującym!) tytułem "Czas odnaleziony", składa się z trzech rozdziałów. Pierwszy, króciutki, opowiada o pobycie Marcela w Tansonville, u Gilberty, z którą chodzi na spacery sentymentalne po okolicach Combray. Rozdział ten jest nieco nostalgiczny, kończy się też smutną konstatacją, do której doprowadza Marcela lektura dziennika Goncourta - mianowicie bohater dochodzi do wniosku, że nawet jeśli ma lekkość pióra, to nie posiada wrażliwości, która pozwalałaby mu pisać, że po prostu nie ma literackiego talentu.
Kolejny rozdział przenosi nas znienacka do roku 1916, kiedy to Marcel, po długim pobycie w nieokreślonym bliżej sanatorium, odwiedza Paryż - Paryż czasów wojny. Przyznam, że rozdział ten czytało mi się bardzo źle. Po pierwsze - z przyczyn technicznych. Tłumaczenie Rogozińskiego wydaje mi się nieco "cięższe" niż tłumaczenia Żeleńskiego czy Tulli. Rogoziński pozwala sobie na zdania tak długie i zawiłe, że naprawdę trudno rozeznać się w ich strukturze i wyłuskać z nich istotę rzeczy. Ponadto liczne przypisy, będące tłumaczeniami "notatek" doklejanych przez Prousta do tekstu, pomnażają jedynie chaos. W końcu zdarzają się w tekście powtórzenia (np. to samo dokładnie porównanie na przestrzeni kilku stron) oraz, sporadycznie, nawiązania do tego, czego wcześniej nie było, a co dopiero później pojawia się w tekście. Obok trudności technicznych, miałam również problemy merytoryczne z tym rozdziałem. Długie wywody na temat wojny, rozkładu sił między przeciwnikami, rokowań, stron itd. nużyły mnie niestety niezmiernie. Ponadto dużą część tego rozdziału Proust poświęca baronowi de Charlus, który w pogoni za swoimi coraz bardziej perwersyjnymi pragnieniami, które zaspokaja w "męskim" domu publicznym prowadzonym przez Jupiena (!!!) osiąga coś na kształt moralnego dna, o czym też nie czyta się łatwo. Nie pamiętam również już detalicznie, co jeszcze "dzieje się" w tym rozdziale (tragiczna śmierć Saint-Loup'a?), ale też nie będę już do tego wracać.

Olśniewający jest za to rozdział ostatni. Czy umiem go opisać? Obawiam się, że nie...
Rozdział ten nosi tytuł "Koncert u księżnej de Guermantes", przy czym księżną de Guermantes jest tym razem pani Verdurin, która po śmierci męża, za sprawą swojej świetnej pozycji, która bardzo umocniła się w czasach wojny, ożeniła się z, również owdowiałym, księciem de Guermantes. Marcel, po długiej nieobecności w Paryżu (a więc i "w świecie"), postanawia skorzystać z zaproszenia na koncert (którego gwiazdą ma być Rachela), zanim jednak tam dotrze, na schodach do pałacu, zachwiawszy się na płytce chodnikowej, doznaje nagle olśnienia. Podobnie jak niegdyś za sprawą smaku magdalenki zanurzonej w łyżeczce herbaty, a potem jeszcze wielokrotnie w różnych momentach z pozoru nic nie znaczących, prozaicznych, kiedy z niejasnych dla siebie przyczyn, ogarniało go nagle poczucie szczęścia, a zarazem tajemnicy, której nie umiał zgłębić, tak i tym razem, chwiejna płytka chodnikowa przyprawiła go o silne, niewyjaśnione z początku wzruszenie. Marcel jednak skupił się na tym wrażeniu tak mocno, że szybko odkrył, iż to błahe wydarzenie, chwilowa utrata równowagi na nierównym chodniku, obudziło w nim wspomnienie uczucia identycznego, zagrzebanego we wspomnieniach odległej przeszłości, pochodzącego z czasów dzieciństwa, z czasów słonecznych dni w Combray. Tym samym w końcu, po wielu latach, Marcel zrozumiał znaczenie tych krótkich chwil szczęścia, których istotność zawsze podejrzewał, ale których nigdy nie umiał "uchwycić". Są to chwile niepojęte, kiedy umysł uwalnia się niejako spod wpływu czasu, kiedy proste doznania przenikają człowieka na wskroś, wywołują dreszcz wzruszenia, czasem w powiązaniu ze wspomnieniami, czasem zaś zupełnie niezależnie od nich. Marcel, przejęty swoim odkryciem, pogrążony w myślach na ten temat, już po kilku minutach doznaje podobnego wstrząsu, a potem jeszcze kolejnego - raz pod wpływem brzęknięcia widelca uderzającego o talerzyk, potem zaś ujrzawszy obwolutę książki, którą w dzieciństwie otrzymał od Babki. We wrażeniach tych, niezależnie, czy wiążą go one z przeszłością, czy nie, Marcel rozpoznaje prawdę - prawdę o istocie rzeczy, o porządku zjawisk. Życie człowieka "skupia się", "zagęszcza" wokół takich chwil. Marcel w końcu i z największym przejęciem odkrywa, że to o tym musi napisać powieść - że musi odwrócić się od "świata" i ludzi, zamknąć w sobie, zajrzeć wgłąb siebie, aby móc pisać  i wydobywać to, co najistotniejsze, a co pozwoli również innym zrozumieć tę świeżo-odkrytą "prawdę". I chociaż ja sama nie umiem zbyt czytelnie o tym pisać, to muszę za to przyznać, że mam wrażenie, iż wiem dokładnie, o czym tym razem Proust pisze. Znam te "chwile olśnień" z doświadczenia, pamiętam jak dziś ten deszczowy wieczór sierpniowy, kiedy stałam na skrzyżowaniu dwóch ulic, na czerwonym świetle, moknąc - zachwycona i szczęśliwa "bez powodu"...
Podekscytowany wizją swojego przyszłego dzieła Marcel wkracza do salonu Guermnatów, by tu z największym zdumieniem dokonać nowego odkrycia - o tym, jak wszyscy, których znał, pozmieniali się radykalnie, i postarzeli. I tutaj muszę zaznaczyć, że wielu już autorów pisało o upływającym czasie, zmianach, jakie zachodzą w ludziach itd. Jednak Proust jest moim zdaniem w tej dziedzinie niedościgniony. Ten fenomen upływającego czasu i tego, jak ludzie go odczuwają (bądź też jak starają się, świadomie lub nie, trwać w złudzeniu, że upływanie czasu ich nie dotyczy) - Proust opisuje w taki sposób, że nie można nie odczuć tych refleksji niejako "na własnej skórze", tak bardzo są angażujące... Spostrzeżenia Prousta są również często zdumiewająco trafne - np. o tym, że każdy człowiek postrzega swoich rówieśników (a wtórnie i siebie), o ile ich zna od czasów młodości, jako ludzi młodych, niezależnie od tego, ile lat tej przyjaźni już upłynęło.
Odkrywszy, jak jego przyjaciele się postarzeli, a zatem jak i sam się postarzał, Marcel nagle z silnym niepokojem zaczyna zastanawiać się, czy jego książka ma szanse powstać, skoro najpewniej zostało mu niewiele czasu i w każdej chwili może doznać uszczerbku na duszy lub ciele. Ostatnie strony powieści bardzo są już naznaczone tym niepokojem, "skądinąd poniekąd" - słusznym...
Te dwa odkrycia - o chwilach "poza czasem" oraz o "upływaniu czasu" nie są jedynymi, jakich M. dokonuje. Autor powieści bardzo pięknie pisze jeszcze na przykład o tym, że przeszłość ISTNIEJE, że każdy człowiek nosi w sobie bagaż przeszłości, która go kształtuje, definiuje, do której zawsze też może wrócić...

Na koniec chciałabym zwrócić uwagę na dwa fragmenty tekstu bardzo trafne, nie tylko w odniesieniu do powieści Prousta: Oto i one:

1.
"W rzeczywistości bowiem każdy czytelnik jest, kiedy czyta, czytelnikiem samego siebie - swoim własnym. Dzieło pisarza to tylko rodzaj instrumentu optycznego zaofiarowanego czytelnikowi, aby czytelnik mógł rozeznać się w tym, czego, gdyby nie książka, nie dostrzegłby w sobie może."
2.
"myślałem o (...) moich czytelnikach. Gdyż moim zdaniem nie będą oni moimi czytelnikami, ale czytelnikami samych siebie, bo moja książka będzie tylko rodzajem szkieł powiększających, jak soczewki, które podawał nabywcy optyk w Combray; dzięki mojej książce dostarczę czytelnikom sposobu czytania w samych sobie. Tak iż nie będę żądał, by mnie chwalili lub oczerniali, lecz tylko by mi powiedzieli, czy trafiłem w sedno, czy słowa, które odczytują w sobie, są właśnie słowami, które napisałem (rozbieżności pod tym względem możliwe nie zawsze powinny zresztą pochodzić z tego, żebym się pomylił, ale czasem i z tego, że oczy czytelnika nie będą zaliczały się do tych, dla których książka ta będzie dopasowana, by mógł dobrze czytać w sobie)."

Nie wiem, ile już razy, obserwując jakąś sytuację z własnego życia lub życia ludzi wokół mnie, przyłapałam się na myśli "Ooo.. To zupełnie, jak u Prousta!" albo "Proust o tym pisał!". Mam też poczucie, że niezależnie od takich spostrzeżeń, powieść ta oddziaływała na mnie niezwykle silnie, szczególnie w ostatnim czasie. Kiedyś wydawało mi się, że człowiek pozostaje na zawsze nieodwołalnie samotny ze swoimi najważniejszymi niepokojami, lękami, ze swoją "zagadką istnienia". Mam jednak wrażenie, że Proustowi udało się tę samotność przełamać, opisać uczucia "nieopisywalne" i to z takim kunsztem, że szybko stają się one udziałem zdumionego czytelnika. Nie umiem opisać, jak istotnym i niezwykłym doświadczeniem była dla mnie lektura tej monstrualnych rozmiarów powieści.

WIELKIE UKŁONY!!!

niedziela, 20 stycznia 2013

"Goldfinger"

Obejrzałam "Goldfingera" i dokonałam wstrząsającego odkrycia, że James Bond nie jest "superbohaterem"! To aż niewiarygodne, ile w ciągu tego jednego filmu popełnił on błędów, które często kończyły się tragicznie dla osób postronnych. Dwie kobiety giną u jego boku! Agent 007 jest oczywiście biegły w sztukach walki, inteligentny, pomysłowy, elokwentny i czarujący, ale z drugiej strony zdumiewa jego niefrasobliwość i wprawia w osłupienie niezdolność do przewidywania nawet bardzo oczywistych zagrożeń.

Odkrycie to jednak uczyniło mi Bonda bardziej ludzkim, przyjemnie odmiennym od "cyber-bohaterów" współczesnych filmów, w rodzaju Bourne'a, który (z całym szacunkiem), wyposażony w nadludzkie zdolności psycho-fizyczne, traci poważnie na charakterze... A tego Bondowi odmówić nie można - jest zabawny, dobrze wychowany, wszechstronny, uwodzicielski, a już szczególnie taki jest - w wykonaniu sir Seana Connery'ego, z jego ujmującym, szkockim akcentem...



Poza tym Bond jest w każdym calu kultowy. Kultowe są jego gadżety (i w ogóle postać Q w białym kitlu), kultowy jest rewelacyjny motyw muzyczny stworzony na potrzeby tego filmu, kultowe jest słynne martini z wódką - wstrząśnięte, nie zmieszane. Drink ten, notabene, podobnie jak gadżety Bonda, pojawiają się po raz pierwszy podobno właśnie w Goldfingerze.

Treści Goldfingera streszczać nie zamierzam. Zwrócę natomiast uwagę na to, że jest to film sensacyjny, który mimo upływu tylu już lat pozostaje angażujący, trzyma w napięciu, intryguje i bawi. Co prawda scena, w której wszyscy mieszkańcy wojskowego miasteczka padają na ziemię udając, że tak natychmiast zadziałał na nich magiczny środek nasenny o działaniu utrzymującym się przez 24 godziny, ale oddziałujący tylko przez 5 minut po rozpyleniu przez samolot - otóż scena ta była nieco ponad moją pobłażliwość. Bond ma jednak swoje prawa, taki po prostu jest i należy to uszanować.

Czy można coś więcej napisać o tym zupełnie niepowtarzalnym zjawisku, jakim jest 50 lat sobie liczący i ciągle równie atrakcyjny tajny agent "Jej Królewskiej Mości"? Nie. Trzeba po prostu oglądać - równie chętnie "Goldfingera", jak "Skyfalla"... :)

a na koniec cudowna, wizjonerska scena z jedną z ofiar niefrasobliwości agenta 007 w roli głównej...

"W poszukiwaniu straconego czasu" tom VI "Utracona" rozdział II

Tak jak w pierwszym rozdziale Marcel traci Albertynę w sensie dosłownym - ukochana opuszcza go i zaraz potem umiera, tak w kolejnym traci ją stopniowo w pamięci, wspomnienia o niej z bolesnych i przyprawiających o rozpacz stają się coraz bardziej odległe i miłe. Nowe "ja" Marcela, jak sam to tłumaczy, zastąpiło "ja" poprzednie i to nowe "ja" zna Albertynę już tylko pośrednio, jedynie z opowieści, nie może więc kochać jej tak mocno, jak "ja" minione...
W tym czasie też, kiedy Marcel stopniowo zapomina o Albertynie, poznaje na nowo Gilbertę, którą początkowo bierze za kogoś innego i na chwilę niemal zakochuje się w niej. Gilberta tymczasem nie jest już panną Swann, lecz panną Forcheville, adoptował ją bowiem nowy mąż jej matki (znany nam już z pierwszego tomu!). Gilberta stanowi teraz najbardziej atrakcyjną partię w Paryżu, chętnie więc pozbyła się niewygodnego, semickiego nazwiska. Na tym jednak nie koniec - ta śliczna dziewczyna, która po ojcu odziedziczyła błyskotliwy intelekt, robi wszystko, aby nie być kojarzoną z osobą Swanna, wraz z nazwiskiem wypiera się pamięci o tym, który tak ją kochał i w niej upatrywał jedynej nadziei na własne, pośmiertne "trwanie". M., świadomy tego wszystkiego, przygląda się Gilbercie z żalem...
Tymczasem kolejne spotkania z Anną odkrywają przed Marcelem nowe rewelacje na temat Albertyny. Odkrycia te zasmucają go, choć nie tak silnie, jak jeszcze kilka tygodni wcześniej, a jednocześnie utwierdzają w przekonaniu, że "życie jest zbyt zawiłe i nie sposób dojść prawdy" oraz (po kilku stronach), że "prawda jest rzeczą równie zawiłą jak życie".

W końcu w rozdziale tym ma miejsce wydarzenie bardzo istotne, jakim jest publikacja artykułu M. na pierwszej stronie "Le Figaro". Zdumienie, radość i jednocześnie troska o to, czy artykuł będzie czytany, jak zostanie odebrany itd. przepełniają Marcela, gdy po raz pierwszy z niedowierzaniem odczytuje swoje własne słowa w druku. To jego pierwszy krok na drodze do pisarskiej kariery, chociaż już teraz przeczuwa on, że "kariera" nie  jest celem, dla którego będzie pisać, i że w miarę, jak "pogrąży się" w pisaniu, zniknie zarazem dla świata, który straci dla niego znaczenie...

W ostatnim zaś zdaniu narrator zapowiada, że kolejne rozdziały przeniosą nas do... Wenecji!

niedziela, 13 stycznia 2013

"Łowca Androidów"

"Łowca Androidów" to, podobnie jak "Odyseja Kosmiczna", film o przyszłości. Jest to jednak przyszłość, z perspektywy czasów obecnych, dosyć nieodległa - akcja filmu toczy się w roku 2019. Podobnie jak w przypadku "Odysei", tak i tym razem mam wrażenie, że autorzy filmu / powieści nieco przeszacowali tempo cywilizacyjnego postępu - wielopiętrowe miasta, podboje odległych galaktyk i, w końcu, genetycznie zaprogramowane "humanoidy" - to wszystko jeszcze daleko przed nami. Szczęśliwie również świat póki co nie jest tak straszliwie ponury, jak w mrocznym obrazie Ridleya Scotta...
"Łowca..." jest nakręcony w konwencji neo-noir, mimo więc, że w "kolorze" i w przyszłości, film utrzymany jest w typowym, "czarnym" klimacie, akcja toczy się niemal wyłącznie w nocy, lub przynajmniej o zmierzchu,  oraz w strugach nieustającego deszczu. Nastrój jest niepokojący, granica między dobrem a złem - nieostra.

Wspomniane "humanoidy", nazywane w filmie "replikantami", tudzież "androidami", to rodzaj ludzkich klonów, genetycznie zmodyfikowanych i produkowanych do określonych celów. Replikanci przewyższają ludzi zręcznością i siłą, a niekiedy również - inteligencją. Zasadniczą cechą różniącą ich od ludzi jest niezdolność do odczuwania emocji, co jednak nie jest do końca prawdą, gdyż z upływem czasu androidy "uczą się" również uczuć. Jak łatwo przewidzieć, istoty takie mogłyby stanowić dla ludzi zagrożenie, stąd są tak zaprogramowane, aby żyć nie dłużej niż 4 lata... Replikanci są wykorzystywani przez ludzi jako niewolnicy przy niebezpiecznych pracach na odległych planetach, a jednocześnie na Ziemi nie wolno im przebywać. Specjalnie powołane do tego jednostki policji (tzw. "łowcy androidów") zabijają (co określa się mianem "dymisjonowania") replikantów, którym uda się znaleźć na Ziemi.



Rick Deckard (w tej roli Harrison Ford, już po raz trzeci na naszym blogu!) jest oczywiście (chociaż mimo woli) takim łowcą androidów. Dostaje on zlecenie odnalezienia i zdymisjonowania kilkorga replikantów, którzy przedostali się na Ziemię. Przy tej okazji poznaje on twórcę androidów oraz jego najnowsze dzieło- Rachel, replikantkę "wyposażoną" we wspomnienia i nieświadomą tego, że nie jest człowiekiem. Deckard zakochuje się oczywiście w pięknej i smutnej Rachel (która, na marginesie, ratuje mu w międzyczasie życie), a tymczasem jego przełożeni dołączają ją do listy jego "celów".

Film ten traktuje więc oczywiście o istocie człowieczeństwa. W świecie ludzi i androidów trudno nie zaobserwować paradoksalnego zjawiska, że podczas gdy androidy odkrywają w sobie człowieczeństwo, tworzą więzi, pragną żyć i być ludźmi, ludzie z drugiej strony są obojętni, bezwzględni i wydają się swoje człowieczeństwo zatracać. Doczytałam się, że wśród miłośników filmu trwa debata, czy Deckard był androidem (przemawia za tym kilka scen oraz sam Ridley Scott ;) ) czy jednak człowiekiem. Moim zdaniem to nie ma aż tak dużego znaczenia - film sugeruje, że człowieka definiuje nie - pochodzenie, lecz zdolność do odczuwania wyższych uczuć - miłości, współczucia, cierpienia...

Kolejnym zagadnieniem, jakie film porusza, jest oczywiście pytanie, w jakim kierunku zmierzamy. Do czego prowadzi nas postęp techniczny, nieustająca ekspansja, coraz dalej idące eksperymenty w dziedzinie medycyny? Oczywiście z takich pytań nie może nic wyniknąć - nawet jeśli udzielimy na nie jakichś odpowiedzi, nie wpłyniemy w żaden sposób na kierunek i dynamikę rozwoju wszystkich wymienionych zjawisk...



Film więc dotyka zagadnień istotnych, w dodatku jest interesujący wizualnie - do mnie ta ponura, niepokojąca, zasnuta deszczem wizja Los Angeles przyszłości przemawia. Niemniej nie nazwałabym tego obrazu "olśniewającym arcydziełem", jak głosi cytat z recenzji w New York Newsday umieszczony na okładce płyty DVD. Film nie angażuje emocjonalnie, a i dla intelektu te opisane powyżej, oklepane w gruncie rzeczy pytania, nie stanowią jakiejś nadzwyczajnej pobudki. Wydaje mi się, że na liście 100 najlepszych filmów wszech czasów znalazłabym dla niego jakieś zamienniki...

Oglądało się jednak przyjemnie - wieczór niezmarnowany - i na tym kończę.