poniedziałek, 20 stycznia 2014

"Gilgamesz" Tablica I i II


Wspaniale się czyta "Gilgamesza"! Muszę tu oddać sprawiedliwość Stillerowi - jego tłumaczenie jest piękne, język - melodyjny, poetycki, kunsztownie staropolski. Dzięki tym wszystkim przymiotom, przy czytaniu odnosi się przejmujące wrażenie, jakby własnymi rękami dotykało się glinianej tabliczki sprzed 4000 lat. A przecież to coś znacznie więcej - zamiast bowiem obcować z kawałkiem gliny, dotyka się tutaj o wiele cenniejszych - myśli i poglądów, jakie były udziałem człowieka w tych niewyobrażalnie odległych czasach.

Dla porządku streszczam kolejne tablice:

Tablica I

Poznajemy tu Gilgamesza, władcę warownego Uruku, "w dwóch trzecich bogiem będącego, w jednej trzeciej człowiekiem". Gilgamesz jest przedstawiony jako władca wspaniały, potężny, silny, ale zarazem tyran, który "rodzicom (...) synów dobiera, (...) dziewice od ich matek bierze".
Mężowie Uruku skarżą się na Gilgamesza do bogów, którzy, wysłuchawszy ich skarg, zwracają się z prośbą do bogini Aruru, aby stworzyła istotę podobną Gilgameszowi, zdolną go poskromić.

Aruru stwarza Enkidu - człowieka stepowego. Enkidu jest potężny i dziki zarazem - wychował się i żyje pośród zwierząt, a ludzi nie zna. W końcu wieść o nim dociera do Gilgamesza, który każe wysłać do Enkidu niewiastę, nierządnicę ze świątyni Isztar. Tak też się dzieje i - to ciekawe! - wskutek spotkania z kobietą Enkidu się "uczłowiecza". Co prawda traci przy tej okazji część swojej potężnej mocy, ale w zamian uczy się żyć wśród ludzi, poznaje ich język i kulturę oraz oczywiście - raduje się w swojej miłości.

Zwraca uwagę niezwykle ważna rola kobiet w tej części eposu. Jedna - stwarza Enkidu, inna - wprowadza go do świata ludzi. Bez nich, mimo całej swojej mocy, nic by nie zdziałał.

A tymczasem Gilgamesz śni sny o wojowniku z gwiazd, o wielkim toporze - jego matka zaś, "Ninsun mądra" (kolejna kobieta!), prorokuje mu z tych snów nadejście godnego towarzysza, wiernego przyjaciela...

Tablica II

W tej części eposu dochodzi do spotkania Enkidu z Gilgameszem. Początkowo spotkanie to ma charakter starcia, swego rodzaju próby sił. Kiedy zaś obydwaj przekonują się, że są siebie godni, wówczas Enkidu gwałtownie upomina Gilgamesza nawiązując do jego nadużyć wobec swych poddanych. W argumentacji Enkidu intrygujące jest, że mówi on: "Szamasz dał ci władzę królewską, ona ci jest sądzona, nie życie wieczne." Oczywiście można się domyślać, że Gilgamesz ma po prostu godnie sprawować swój zaszczytny
urząd i nie jest, jak bogowie (?), nieśmiertelny - a więc bezkarny. Jest to jednak retoryka radykalnie przeciwstawna chrześcijańskiej, w której to właśnie argument o perspektywie życia wiecznego ma człowieka skłaniać do życia cnotliwego... (to oczywiście - na marginesie).
Co na te słowa uczynił potężny władca Uruku? "Wysłuchał Gilgamesz słów Enkidu i ucałowali się, i przyjaźń zawarli." A matce swojej relacjonuje Gilgamesz: "Zdjęte mi są z pleców ciężkie występki. W drzwiach był stanął, siłą mnie pouczył, z goryczą wytykał moje szaleństwo." Zdumiewająca pokora, jak na władcę-tyrana...

Chumbaba...
W dalszej części Tablicy II Gilgamesz opowiada długą historię swojego bębna i pałki, które otrzymał w darze od samej Isztar. Pozostaje nie całkiem jasne, jakiego rodzaju zło ten bęben czynił ludziom - mężczyźni zrywali się na jego dźwięk, kobietom odbierał mężów i synów. Czy bęben ten porywał mężczyzn do walki..? Bardzo możliwe. W końcu jednak Gilgamesz swój bęben stracił. "Przez płacz młodych dziewcząt kraj zmarłych się rozwarł. I wpadł mój bęben i pałka też wpadła". Enkidu obiecuje już Gilgameszowi odzyskać jego skarby, ale wówczas temu przychodzi do głowy inny, wspanialszy cel - zabić potwornego Chumbabę, zamieszkującego lasy cedrowe.
Wszyscy odradzają Gilgameszowi tę szaloną wyprawę, on jednak pozostaje niezłomny. Przekonuje nawet do swoich planów sceptycznie nastawionego Szamasza.

Dwóch przyjaciół szykuje się więc do drogi...


A oto kilka co smakowitszych cytatów:

"Jedz chleb (...), tak to jest w życiu! Pij napitek chmielony, taki jest świat!"
I zaraz potem: "Spożył więc chleb (...) do syta, chmielu wychylił siedem dzbanów. Zagrała w nim wątroba raźno, swobodnie, serce się w nim weseli".

A z poważniejszych myśli:
"Młodyś ty, Gilgameszu, sercem się rządzisz, sam nie wiesz, na co się porywasz."

I najbardziej poruszające sceny, kiedy Gilgamesz dyskutuje swoje szalone plany z bogiem Szamaszem:
"Wyjrzałem w dół z murów i widzę trupy spływające po rzece. Ja też tak spłynę. Mnie też tak usłużą, bo i najwyżej wybujały z mężów nieba nie sięgnie". I dalej (to szczególnie mi się spodobało): "Jeślibym zaś nie miał tego dokazać, po cóż byś mnie tedy dotknął, Szamaszu, żądzą niespokojną takiego czynu?"
I na koniec: "Przez wątrobę koźlęcą pytał Szamasza i odpowiedź była, jakby nie była. I usiadł Gilgamesz, i płakać zaczął."

Zdumiewające! A więc o takich rzeczach pisze się już od 4000 (mniej więcej) lat...

sobota, 18 stycznia 2014

"Gilgamesz" - tytułem wstępu...

Po przeczytaniu "Refleksji i dywagacji" załączonych przez tłumacza, Roberta Stillera, do najnowszego wydania "Gilgamesza" aż strach cokolwiek o tym dziele napisać.
Stiller bezlitośnie rozprawia się w tym tekście ze wszystkimi, którzy, jego zdaniem, będąc na ważnych stanowiskach i odpowiadając za polską kulturę, niszczą ją bezmyślnie. Wymienia przy tym z imienia i nazwiska oraz nazywa półinteligentami czy wręcz idiotami cały poczet profesorów, nauczycieli, redaktorów i dziennikarzy. Oczywiście nie sposób nie odczuć (i nie respektować), że autor jest człowiekiem niesłychanie rzetelnym, precyzyjnym, oddanym swojej pracy etc. oraz że opisane przez niego zjawiska w polskiej rzeczywistości istnieją i stanowią problem, ale jednocześnie tekst tak zjadliwy, emocjonalny, niewolny od wulgaryzmów, w załączeniu do jednego z najważniejszych dzieł literatury światowej - zdumiewa i gorszy...
Dla jasności więc - nie jestem dziennikarzem, filologiem ani znawcą literatury. Nie posiadam kompetencji krytyka literackiego. Jestem tylko zwykłym - czytelnikiem. Czytam, myślę i... robię te notatki - głównie dla swojej (dosyć kruchej) pamięci oraz dla garstki anonimowych "czytelników".
W końcu dla takich jak ja, zdaje się, pan Stiller stworzył to autorskie, przyswajalne dla nie-fachowca, tłumaczenie. Zatem - zabieram się do czytania i, mimo wszystko, będę również pisać. Niewykluczone też, że posty będę zamieszczać częściej niż zwykle, żeby się nie pogubić w zawiłościach szumerskiego eposu...

wtorek, 14 stycznia 2014

"Jutro przypłynie królowa"


Mała zmiana zasad - pozwalam sobie opuścić kanon na chwilę i rozejrzeć się dookoła - o czym pisze się teraz? Zupełnie przypadkiem trafiłam na listę najlepszych książek 2013 roku, ogłoszoną w ramach programu "Z najwyższej półki" w radiowej "trójce". Kolejnych pozycji z listy szukałam w lokalnej bibliotece i dokonałam zaskakującego odkrycia, że nie tylko książki te są wypożyczone, ale też aby je wypożyczyć, trzeba się wpisać na długą listę oczekujących! To miłe :) Jedną udało mi się jednak dostać od ręki...

"Jutro przypłynie królowa" to wstrząsający reportaż napisany przez polskiego dziennikarza, Macieja Wasielewskiego. Opowiada on o Pitcairn - maleńkiej, samotnej wysepce, położonej na środku Pacyfiku, zaludnionej przed ponad 200 laty przez grupę ośmiu brytyjskich buntowników (z Bounty) oraz kilkanaścioro tahitańskich niewolników. Przodkowie ci dali początek małej, izolowanej społeczności, idealnej komuny, gdzie wszyscy są powiązani nie tylko więzami krwi, ale też zobowiązań, i każdy o każdym wszystko wie.

Mogłoby się więc wydawać, że jest to typowa proza podróżnicza, za przedmiot mająca - ot! - ciekawostkę etnologiczną. Niestety jednak lektura ta niesie w sobie dużo większy ciężar. Wraz z dziennikarzem, który dostał się na wyspę podstępem, podając się za kogoś innego, czytelnik odkrywa mroczne tajemnice jej mieszkańców. Wasielewski pisze w taki sposób, że od samego początku lektura budzi niepokój, zło czai się gdzieś między słowami, ale nie wszystko od razu jest jasne - zagadkę wyspy autor wyjaśnia stopniowo, tak jak sam stopniowo ją odkrywał.

Największym atutem tego reportażu jest jego uniwersalny charakter. Jest to kolejna, boleśnie autentyczna historia o tym, jak w pewnych szczególnych, "sprzyjających" warunkach, w ludziach budzą się demony. Człowiek uwolniony od brzemienia norm i praw, stanowiący prawo sam dla siebie - szybko zatraca swoje człowieczeństwo. W dodatku dzieje się to w czasach "zupełnie" nowożytnych! Trwoga...

"Jutro przypłynie królowa" kojarzy się naturalnie z powieściami takimi jak "Jądro ciemności" czy "Władca much". Sam autor opowiada w wywiadzie dla GW, że kiedy trafił na Pitcairn, czuł się tak, jakby znalazł się w "Dogville" Triera (!). Można więc powiedzieć, że nie jedno już dzieło na ten temat powstało.
Nie zmienia to jednak faktu, że reportaż ten ma szczególną moc (przede wszystkim, wydaje mi się, za sprawą swojej autentyczności) i pozostawia po sobie niepokój.

Gdzie się podziali święci na Pitcairn? Gdzie altruiści? Dlaczego jedyna panująca tam religia - Adwentystów Dnia Siódmego - umarła? Dotkliwe pytania...

Swoją drogą jednak trudno nie odczuwać pewnego rodzaju dumy, że w Polsce powstają takie książki...

wtorek, 31 grudnia 2013

"Jezuita. Papież Franciszek"

Jorge Bergoglio w cytatach, na Nowy Rok:

"przeżywanie (...) transcendencji jest dziś niezmiernie trudne z powodu zawrotnego tempa życia i zmian oraz braku perspektywicznego spojrzenia, (...) jednak w doświadczeniu religijnym ważne są momenty zatrzymania się, miejsca, w których "woda stoi""

"Ileż to razy w życiu wypada zwolnić tempo, zrezygnować z załatwienia wszystkiego od razu! Być cierpliwym oznacza (...) wyrzec się ambicji rozwiązania wszelkich spraw"

"w miłosierdziu Boga znajdzie się miejsce dla wszystkich"

A zamiast fajerwerków - "miejsce, w którym woda stoi"
- oby było go jak najwięcej w nadchodzącym roku...

piątek, 27 grudnia 2013

"Szklana pułapka"



Mam do tego filmu zupełnie nieobiektywny stosunek. Zarówno w przeszłości, jak i obecnie, odgrywa on pewną szczególną rolę w moim życiu rodzinnym, więc nic na to nie poradzę - oglądam go za każdym razem z pełną wyrozumiałości sympatią.

Jego akcja (co mnie odrobinę, przyznam, zaskoczyło) ma miejsce w Wigilię Bożego Narodzenia, obejrzeliśmy go zatem w bardzo adekwatnym momencie (bo na dwa dni przed Wigilią). Fabułę tego filmu można streścić w jednym zdaniu mniej więcej - nowojorski policjant, John McClane (w tej roli - czy ktoś może mieć wątpliwości?? - bezkonkurencyjny Bruce Willis), przylatuje na Boże Narodzenie do swojej rodziny w Kalifornii i prosto z lotniska jedzie do wielkiego "szklanego" biurowca bogatej japońskiej firmy, w której pracuje jego żona. A tam, rzecz jasna - atak terrorystyczny! Co dzieje się dalej - łatwo się domyślić (terroryści nie mają szans!).

Film powstał w 1988 roku i dla "współczesnego" widza wstrząsająca może być obserwacja, jak radykalnie zmienił się świat od tego czasu. Terroryści zamykają w budynku drzwi, odcinają linie telefoniczne i tym sposobem mają pełną kontrolę nad zakładnikami. Nikt nie sięgnie po telefon komórkowy, nie istnieje możliwość połączenia z Internetem, a duża część dramaturgii opiera się na tym, że terror rozgrywający się wewnątrz "szklanej pułapki" nie jest widoczny na zewnątrz, a błąkający się po różnych piętrach oszklonego budynku Willis szuka sposobu, jak poinformować o ataku policję. Stąd "Szklana pułapka" - polski tytuł filmu - jest dla mnie o wiele bardziej trafny niż oryginalne "Die hard". Z drugiej strony w kolejnych odcinkach filmu tytuł "Szklana pułapka" staje się coraz mniej adekwatny, a w moim ulubionym, czwartym, do rozmiarów pułapki urasta cały świat, sterroryzowany tym razem właśnie za pomocą Internetu. Muszę przyznać, że uchwycone w ten sposób tempo zmian, jakim ulega świat, robi na mnie wrażenie...

Zwraca uwagę niekorzystny wizerunek policji (czy może - "kalifornijskiej policji") odmalowany w filmie - opieszała, nieskuteczna, pozostaje całkowicie bezradna wobec terrorystów. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja po wkroczeniu do akcji FBI - płonie wóz pancerny, w kolejnych eksplozjach i strzelaninach giną policjanci, a przestępcy nadal mają się świetnie i "wszystko idzie zgodnie z planem".
Szczęśliwie na miejscu jest jednak Bruce Willis, który boso i w podkoszulku biega po szkle, zabija kolejnych terrorystów, wysadza połowę budynku w powietrze i ostatecznie - samodzielnie ratuje wszystkich zakładników. Czyli - super bohater jak się patrzy.


Pozostaje pytanie, czym ten film zasłużył sobie na pozycję na liście "stu najlepszych". Nie jest przecież szczególnie nowatorski, nie wyróżnia się ani psychologiczną głębią, ani efektami specjalnymi.
Co go jednak czyni tak przyjemnym w oglądaniu, to na pewno postać głównego bohatera - sympatycznego, poczciwego policjanta, który jest oczywiście niebywale sprytny, błyskotliwy i odważny, ale zarazem boi się lotów samolotem, nie radzi sobie w trudnej relacji z żoną i zdarza mu się popełniać błędy. Bruce Willis wykreował bohatera, którego lubi się i któremu się kibicuje od pierwszej sceny do samego końca i to jest niewątpliwie największy atut tego filmu. Czysta przyjemność :)

John McClaine - super super-hero ;)

wtorek, 17 grudnia 2013

"Dzieci północy" część III

Skończyłam czytać "Dzieci północy". Ze wszystkich dotychczas czytanych przeze mnie "lektur" ta niewątpliwie stanowiła największe wyzwanie. W dużej mierze przyczyniają się do tego zarówno moje zapracowanie, jak i egzotyczny charakter tej powieści, która, zakorzeniona w zupełnie mi nieznanej, obcej kulturze, nie jest bynajmniej prostym reportażem, lecz jedną wielką, często niezrozumiałą, metaforą.

W III części powieści Rushide wznosi się chwilami na wyżyny absurdu. W kolejnych rozdziałach tworzy coraz bardziej oderwane od rzeczywistości, często odstręczające (w czym faktycznie, jak gdzieś czytałam, przypomina Grassa), metaforyczne wizje.
Salim, oczyszczony nie tylko z więzów rodzinnych, swoich ograniczeń i ambicji, ale też doszczętnie pozbawiony pamięci, zostaje przez swoją siostrę (Dżamilę) "zdradzony" i oddany do wojska pakistańskiego. W wojsku pełni on funkcję buddy-tropiciela - medytującego, nieobecnego i nierozumianego przez otoczenie, a zarazem niezwykle przydatnego z uwagi na swój nadprzyrodzony zmysł węchu. Jako tropiciel, wraz z trojgiem młodziutkich żołnierzy, zostaje on wysłany do Indii z misją tropienia i wydawania wojsku indyjskich przywódców. Salim, ku swojemu późniejszemu rozgoryczeniu, bezmyślnie wykonuje rozkazy, podczas gdy jego młodzi towarzysze odkrywają trwogę wojennej rzeczywistości. To jednak również Salim w pewnym momencie dezerteruje i prowadzi swoich chłopców w głąb dżungli, by tam, z dala od wszelkiej cywilizacji, w strugach niekończącego się deszczu - przeczekać wojnę? ocalić ich niewinność? zachować życie? - nie umiem powiedzieć. Jednak wizji czworga wycieńczonych żołnierzy leżących na brzegu wzburzonej rzeki, pośród dzikiej dżungli, mokrych w rzęsistym deszczu i pokrytych mrowiem przezroczystych pijawek wypełniających się różowo ich krwią i pękających z przesytu - nie zapomnę...
Indie wygrywają wojnę, a Salim staje się zbiegiem, "obcym" pozbawionym tożsamości w swoim własnym kraju. W tej trudnej sytuacji odnajduje go Parwati-czarodziejka, żyjąca w getcie kuglarzy, będąca jednym z z dzieci północy. Parwati natychmiast rozpoznaje Salima i zakochuje się w nim. Przygarnia go, opiekuje się nim, on jednak, ilekroć ją całuje, widzi w niej zniekształconą i szpetną - Dżamilę, swoją nieszczęsną siostrę. Z tego powodu nie może się z nią związać, co ją pogrąża w smutku i goryczy. Parwati przywołuje do siebie Śiwę, tajemnicze alter-ego głównego bohatera - tego, za którego Salim został podmieniony po urodzeniu. Przez jakiś czas mała czarodziejka żyje ze złowrogim, brutalnym i nikczemnym Śiwą, czego skutkiem  staje się brzemienna i w takim stanie zostaje przez niego porzucona.
Indira Gandhi
Salim, dla ocalenia jej honoru, bierze ją w końcu za żonę. Tym samym Salim staje się ojcem nie-swojego-syna, który jednak jest potomkiem jego przodków (skomplikowane!). Syn Salima, Aadam, jest również dzieckiem północy, a także dzieckiem stanu wyjątkowego, który Indira Ghandi (w słowniku Rushide'a "Wdowa" - postać mroczna i despotyczna) wprowadziła właśnie w noc narodzin chłopca. 
Salim opisuje stan wyjątkowy jako okres nieprzerwanej nocy, czas szykan i prześladowań, których ofiarą pada również getto kuglarzy. Parwati zostaje uśmiercona, a Salim trafia do więzienia, gdzie jest torturowany dopóty, dopóki nie zdradzi nazwisk wszystkich Dzieci Północy. Wówczas "dzieci" zostają aresztowane i, wraz z Salimem, poddane przymusowej sterylizacji (która podobno faktycznie była w tym okresie stosowana w Indiach, również wobec więźniów politycznych!).

zielone ćatni - przy najbliższej
wizycie w w Tanddorze
musimy skosztować :)
W ostatnim rozdziale Salim, wraz ze swoim ocalałym synem oraz przyjacielem - Foto Singh'iem, powraca do Bombaju - miasta swojego dzieciństwa. Rozentuzjazmowany rozgląda się po znajomych okolicach licząc, że przywrócą mu one dzieciństwo i z rozgoryczeniem (opisywanym już przez Prousta!) odkrywa, że miejsca nie wskrzeszają przeszłości, miejsca po prostu trwają, obojętne na wzruszenia naszej pamięci. Szczęśliwie jednak Salim odnajduje klucz do swojej przeszłości, a jest nim ... zielone ćatni przygotowane przez Marię Perejrę, obecnie właścicielkę fabryki marynat. To zabawne, jak bardzo ten motyw również nawiązuje do Prousta. Salim oddaje Marii Aadama pod opiekę, a sam - zamieszkuje w fabryce i produkuje kolejne marynaty - marynaty wspomnień, na których przykleja nazwy-tytuły kolejnych rozdziałów swojej powieści. Czyli innymi słowy - oddaje się czemuś, co można by nazwać poszukiwaniami utraconego czasu...

Wielokrotnie już pisałam, że ta wielowątkowa powieść naszpikowana jest przenośniami, zaszyfrowanymi informacjami, których istnienie łatwo daje się wyczuć, ale sens - często pozostaje (dla mnie) ukryty.
Salim, będący niewątpliwie uosobieniem Indii (w ostatnich akapitach zostaje on zmiażdżony i rozpada się na 600 mln drobin - tyle, ile według książki Indie liczyły sobie w tamtym okresie ludności), przez całe życie błąka się, poszukuje swojej tożsamości, aspiruje do realizacji wielkich celów, a jednocześnie stopniowo stacza się na dno. Wyposażony w nadzwyczajne talenty, pragnie wykorzystać je dla dobra ogółu, ale ostatecznie - traci je, nieużyte. Kolejne kobiety, w których się zakochuje, wydają się symbolizować różne odłamy społeczności indyjskiej - imigrantka z USA, Ewa, ma go od początku do końca w pogardzie, Dżamila - jego siostra, która przeistacza się w gorliwą muzułmankę (czy nawet - Pakistankę?), odrzuca jego miłość i oddala go od siebie, w końcu Parwati - uosobienie magicznej, zabobonnej części kultury indyjskiej - zakochuje się w nim, chce go przygarnąć, ale on nie może się tej miłości poddać.
Salim zostaje zmiażdżony przez tłum ludzi, którzy pojawili się w jego życiu, ale bezpośrednio ścierają go na pył z jednej strony - Wdowa (a więc - Indira), z drugiej zaś - Śiwa, czyli jego złowrogi prześladowca, chłopiec urodzony o północy, potomek jego przodków, podmieniony, skazany na życie w nędzy i żądny za to życie zemsty. Śiwa to jakby mroczna strona Salima, zrodzona z biedy i poniżenia. W postaci tej również dopatrywać się można charakterystyki kolejnej warstwy indyjskiego społeczeństwa.

A "Dzieci północy"? Ze swoimi zdumiewającymi talentami, ze swoimi nadziejami na zbudowanie nowych, lepszych Indii, ze swoimi konfliktami i niezdolnością do solidarnego działania, ostatecznie wysterylizowane i tym samym - zmiażdżone - przez Indirę? Cóż one właściwie znaczą? Czy są to po prostu dzieci niepodległości - nadzieje i możliwości, z czasem pogrzebane? Czy też ukryte talenty drzemiące w tym skomplikowanym kraju, wybudzone niepodległościowym zrywem, i ponownie uśpione na nieokreślony czas...? A może symbolizują one coś zupełnie innego? - tego nie wiem.

Ciekawa to była, daleka i długa podróż. Z przyjemnością już ją jednak zakończyłam. Może kiedyś, w ramach "lektur nadobowiązkowych", sięgnę po "Szatańskie wersety" - nie ukrywam bowiem, że Rushide mnie zaintrygował. Teraz jednak, z okazji urodzin Papieża Franciszka, przeczytam wywiad przeprowadzony z nim jeszcze przed jego pontyfikatem. Potem zaś powrócę do kanonu, który zabierać nas będzie w coraz bardziej odległe czasy i kultury...

piątek, 22 listopada 2013

"Dzieci północy" cz. II

"A tutu!" Przywracam bloga życiu! Wcale o nim nie zapomniałam, ale nie będę tu "obiecywać poprawy". "Nie zawsze się wszystko układa i nie na wszystko jest rada". Akurat dziś mam czas, żeby coś napisać.

To zabawne - tak jak pierwszą część powieści czytałam z entuzjazmem i zachwytem, tak przez drugą brnęłam z wielkim trudem... Rowerowe dojazdy do pracy, wakacje - nie sprzyjały czytaniu tak złożonej, skomplikowanej lektury. Sporą partię tekstu czytałam nawet dwukrotnie, przy drugim czytaniu robiłam skrupulatne notatki, ale kiedy zapełniłam nimi dwie strony A4, a końca II części nie było widać - poddałam się...

Rushide naszpikował tę powieść metaforycznymi obrazami, pełnymi wyrazistych detali, nie zawsze czytelnych, szczególnie dla czytelnika nieobeznanego z historią i kulturą Indii. Nie ulega bowiem wątpliwości, że wiedza o tym egzotycznym kraju, o jego problemach, o burzliwej przeszłości - stanowi klucz niezbędny dla zrozumienia dzieła Rushide'a. Salim Sinai wielokrotnie otwarcie przyznaje, że jego losy symbolizują losy jego kraju, że Indie niejako wcielają się w jego brzydkim, rozpadającym się, ale uduchowionym ciele. Pod tą otwartą deklaracją prostej metafory może się oczywiście kryć jakieś drugie dno - niewidoczne jednak dla moich oczu.

W II części powieści narrator kreśli obraz swego trudnego dzieciństwa i jeszcze trudniejszego dojrzewania. Dorastający pod brzemieniem przeznaczenia "do rzeczy wielkich", wynikłego z niezwykłej daty i godziny swoich narodzin, młody Salim, hołubiony przez dwie kobiety - matkę i niańkę (Marię - tę, która go podmieniła), w wieku lat dziewięciu boryka się z poczuciem braku sensu życia, z przeświadczeniem o swojej ułomności i nijakości. Żyje on w warunkach cieplarnianych, w zamożnej rodzinie, która mimo wielu zawirowań, mimo zamrożenia całego majątku Ahmeda Sinai przez państwo oraz mimo jego pogłębiającego się alkoholizmu, nie traci swojej pozycji. Chociaż w rodzinie faworyzowany, chłopiec żyje niejako w cieniu swej buntowniczej, odważnej siostry, Mosiężnej Małpki. Ze swoimi troskami i osamotnieniem, kryje się on w brudnej skrzyni na bieliznę (tak jak kiedyś schował się tam Nadir Chan) i właśnie z tej kryjówki, całkiem przypadkowo, odkrywa pewnego dnia straszliwą tajemnicę swojej matki. Odkrycie to, chociaż przykre, jest jednocześnie tak wstrząsające, że uwalnia w nim jego pierwszy dar - Salim ze zdumieniem orientuje się, że może zaglądać do umysłów innych ludzi, może czytać w myślach nie tylko swoich bliskich i znajomych, ale też w ogóle wszystkich ludzi, również tych mieszkających w najdalszych zakątkach kraju.

Kolejne wstrząsające wydarzenie w jego życiu (upokarzający upadek z roweru na oczach fascynującej go w owym czasie amerykańskiej - na pewno nie przypadkowo - dziewczynki) uwalnia w nim kolejny dar - w swoim umyśle jest on w stanie organizować spotkania dla "dzieci północy", czyli tych, które urodziły się tej samej, niezwykłej nocy, co on. Dzieci te mają fantastyczne, zdumiewające zdolności - im godzina ich narodzin była bliższa północy, tym bardziej wyszukane są ich talenty. Salim, wciąż działając wyłącznie na terenie swojego nadzwyczajnego umysłu, zrzesza dzieci w "Konfederację Dzieci Północy", której przewodniczy. Dzieci, początkowo zafascynowane sobą wzajemnie, gotowe są pod wodzą Salima współdziałać, by odmieniać świat (Indie) na lepsze. Z upływem czasu jednak popadają w konflikty, a w końcu wzajemne znużenie sobą, coraz bardziej zwracają się ku swoim własnym problemom, i konfederacja stopniowo ulega rozpadowi. Ostateczny jej kres (przynajmniej w obrębie II części powieści) kładzie zabieg wydrenowania przewlekle chorych zatok przynosowych Salima - zabieg, któremu przymusowo poddają go rodzice, i który nieoczekiwanie oczyszcza go doszczętnie nie tylko z kataru, ale również z jego tajemniczych zdolności...

Po zabiegu wydrenowania Salim zostaje obdarzony nowym darem - darem nadludzkiego węchu, którym rozpoznaje nie tylko wszelkie odmiany zapachów organicznych, ale również zapachy uczuć i pragnień innych ludzi. Tak wyposażony, wraz z całą rodziną, emigruje do Pakistanu, "kraju czystych".

Tam jego rodzina zamieszkuje u ciotki Aliji (niegdyś zaręczonej z Ahmedem Sinai) i rozpoczyna coś na kształt swojej złotej epoki - Ahmed i Amina ponownie zakochują się w sobie, Mosiężna Małpka ujawnia swój nadzwyczajny talent do śpiewu i wkrótce zostaje słynną Dżamilą Śpiewaczką i tylko biedny Salim pozostaje samotny w swoim świecie zapachów i wyziewów obcego mu miasta. W dodatku zakochuje się on nieczystą miłością w swojej pięknej siostrze, która w międzyczasie staje się gorliwą i cnotliwą muzułmanką.

Wkrótce jednak szczęście rodzinne załamuje się - według Salima przede wszystkim za sprawą zawistnej ciotki Aliji, która w akcie zemsty zaczyna wsączać całą gorycz swojego życia w życie rodziny Sinai. Ciężarna Amina zaczyna gwałtownie się starzeć i zwracać do duchów przeszłości, bezradny Ahmed ponownie popada w nałóg alkoholizmu, kuzyn Salima, Zafar, zabija swojego ojca itp. itd. Wszystkie te wydarzenia mają miejsce na tle narastającego konfliktu między Indiami i Pakistanem zwieńczonego wojną roku 1965.

W wojnie tej cała rodzina Salima, z wyjątkiem jego siostry, ginie. Dla Salima "zabrakło bomb". Uderzony w głowę spluwaczką inkrustowaną lapis lazuli, doznaje oczyszczenia. Uwalnia się on od rozpadu swojej rodziny, od swojej nieczystej miłości, od wszystkich niespełnionych oczekiwań, porażek, aspiracji. I tak kończy się część II powieści.

Trudna to, doprawdy, lektura. Jak już wspomniałam wcześniej, bez wiedzy o historii Indii i Pakistanu, nie sposób jej zrozumieć. Znajduję w niej jednak (niejako "dla siebie") liczne metafory "uniwersalne" - jak chociażby wątek zemsty ciotki Aliji, w którym tak naprawdę to przeszłość mści się na rodzinie Sinai. Ich szczęście, budowane na czyimś nieszczęściu, nie może trwać wiecznie. Niewyjaśnione konflikty, ukryte animozje - muszą się w końcu ujawnić...
Czytelny jest też motyw kryzysu tożsamości - Salim, będąc w wieku, kiedy kształtuje się w człowieku tożsamość, sam czuje się rozdarty między dwiema ojczyznami, między mnogością religii, między zwaśnionymi członkami rodziny. Te wewnętrzne konflikty targające młodym Salimem odzwierciedlać muszą nastroje, jakie panowały w dwóch sąsiadujących ze sobą, kształtujących się dopiero w swojej młodej suwerenności państwach - Indiach i oddzielonym od nich - Pakistanie, które szybko popadły w konflikt, trwający ponoć do dnia dzisiejszego.

Ciekawa jestem, co właściwie oznaczają nadzwyczajne dary Salima, a także ich gwałtowna utrata, poprzedzająca wyjazd do Pakistanu. Jaka jest rola "dzieci północy"? Czy spotkają się one jeszcze w "oczyszczonym" umyśle Salima? Być może III część powieści odpowie na te pytania... Zmęczona, ale niestrudzona, zabieram się do dalszej lektury...