Mylił by się zasadniczo ten, kto by podejrzewał, że zabrakło mi sił czy cierpliwości do dalszego czytania. BYNAJMNIEJ - nie poddałam się!
Po prostu ostatnimi czasy cały mój potencjał twórczy (czy, w ogóle, intelektualny) pochłonęła praca nad pewnym projektem, który to projekt, w końcu, został napisany i leży sobie spokojnie w pokoju 218 i czeka na dalsze wypadki. A ja - mam urlop. I w końcu mogę nadrobić blogowe zaległości.
Pierwszą część II tomu skończyłam czytać jakieś dwa - trzy tygodnie temu i ten krótki (a intensywny) czas wystarczył, by wiele detali już mi umknęło (a detali, które składają się na każdy kolejny akapit "Prousta", jest mnóstwo). Przypominam jednocześnie, że te moje notatki nie są próbą streszczenia, czy kompletnej interpretacji tekstu, a jedynie zapiskami "wokół" lektury, próbami utrwalenia tego doświadczenia, jakim jest wspólne z autorem "poszukiwanie straconego czasu"...
II tom, o ślicznym tytule "W cieniu zakwitających dziewcząt" już od pierwszych zdań zaskakuje. Na samym początku lektury dowiadujemy się np., że "wybitny, znakomity uczony, jak Cottard, zawsze może być ozdobą stołu, ale Swann, ze swoją manią puszenia się i przechwalania byle znajomościami, jest pospolity bufon". Wkrótce potem autor wyjaśnia zdezorientowanemu czytelnikowi, że o tak gwałtowną zmianę charakterów przyprawiły jego bohaterów nowe okoliczności, w jakich się znaleźli, nowe role, jakie im przyszło pełnić - w przypadku Cottarda była to rola profesora medycyny, w przypadku zaś Swanna - rola męża Odety... Niemniej trudno jest oswoić się z tymi zmianami. Z drugiej strony przypomina mi to uwagę, jaką Proust umieścił już w I tomie powieści - że człowiek zmienia się w ciągu życia diametralnie, ale powoli, stopniowo, dzięki czemu może zachować poczucie jedności swojej osoby, a tylko od czasu do czasu, za sprawą książek, w których czas płynie znacznie szybciej i bohaterowie zmieniają się raptowniej, uświadamia sobie ze smutkiem, że jednak i jego to zjawisko niestałości dotyczy...
Język II tomu wydaje mi się też bardziej "krzaczasty" - częściej trafia się na zdania złożone tylokrotnie, że dopiero po skrupulatnym "rozłożeniu" ich w wyobraźni, można rozszyfrować ich sens. Niemniej nadal jest to język piękny, poetycki, zdumiewający i jednocześnie pełen humoru, który przy tym czytaniu doceniam więcej niż wcześniej.
I część II tomu nosi tytuł "Wokół pani Swann", pozostajemy więc "w stronie Swanna". Najistotniejszym wątkiem tej części wydaje się miłość głównego bohatera do Gilberty, która najpierw jest mu niedostępna, później, niezrozumiałym zrządzeniem opatrzności, staje się bliską jego przyjaciółką, skutkiem czego jego miłość niejako "traci cel" i stopniowo (powoli i w cierpieniu) gaśnie, a właściwie "zostaje ugaszona" podjętą przez chłopca decyzją nie widywania się więcej z ukochaną. Tym samym Proust po raz kolejny już wykazuje, że "nie ma (...) szczęśliwych rozwiązań dla uczucia mającego tę właściwość, że wszelkie uczynienie mu zadość przesuwa jedynie ból w inne miejsce" oraz że "nie może być spokoju w miłości, gdyż to, cośmy uzyskali, jest zawsze tylko nowym punktem wyjścia dla większych pragnień". Miłość u Prousta jest tęsknotą, marzeniem, jest niezaspokojeniem per definitionem. Miłość "spełniona" - ginie...
W wątku miłości do Gilberty zwraca jeszcze uwagę fakt, że ta młoda kobietka pozostaje dla czytelnika zagadką nie mniejszą, niż jest nią dla zakochanego w niej bohatera. Nie wiemy właściwie, czym się Gilberta kieruje, zapraszając Marcela do swojego życia, jakimi go darzy uczuciami, czy, w dalszym ciągu wydarzeń, martwi się chociaż trochę postanowionym przez niego nagłym zerwaniem stosunków. I nie ma to chyba większego znaczenia, bo, podobnie jak w "Miłości Swanna", tutaj również najistotniejszym przedmiotem zainteresowania autora wydaje się sama miłość, nie zaś osoba, ku której ta miłość jest skierowana.
A jest ta pierwsza miłość niewątpliwie zapowiedzią późniejszej miłości - miłości do Albertyny, co w kilku miejscach tej części jest wyraźnie zasygnalizowane.
Zerwawszy kontakty z Gilbertą, Marcel pozostaje w (zdumiewającej!) zażyłości z jej matką i "bywa" w jej salonie, tym samym czyni swoje pierwsze kroki na drodze ku "światu". Początkowo celem jego pozostaje Gilberta - oddaliwszy się od niej, chce nadal pozostawać w pobliżu, pragnie też, by wieści o nim docierały do niej i w bliskości pani Swann chłopiec umacnia się w swoim cierpieniu, z upływem jednak czasu, jak to z perspektywy odległej przyszłości Marcel wspomina, więcej radości czerpie on z towarzystwa eleganckiej, choć nie szczególnie inteligentnej pani Swann niż odczuwa cierpienia z niewidywania Gilberty.
Dużo miejsca poświęca również autor w tej części powieści zagadnieniu sztuki. Marcel po raz pierwszy widzie Bermę w roli Fedry, w salonie pani Swann poznaje zaś osobiście swego ukochanego Bergotte'a (którego fizjonomia przyprawia chłopca w bezgraniczny zawód), w końcu w części tej kilkukrotnie główny bohater rozpacza nad swoją twórczą niemocą, nad intelektualną pustką, która nie pozwala mu pisać, choć tak bardzo czuje się ku temu powołany. Chłopiec w kontakcie ze sztuką szuka "prawd należących do świata realniejszego niż ów, w którym przebywa", teatr jest dla niego prawdziwą świątynią Piękna i aby zgłębić artyzm Bermy, pragnąłby zatrzymać czas, studiować każdą chwilę jej gry. Rzeczywistość nieco go rozczarowuje - widowisko dokonuje się, następuje po nim burza oklasków i każdy odchodzi w swoją stronę, a pytania o istotę piękna, o prawdę itd. pozostają w głowie chłopca bez odpowiedzi. Szybko jednak jego estetyczno-intelektualny niedosyt karmi się entuzjastycznymi opiniami ludzi przez niego poważanych i tym samym utwierdza on w sobie zachwyt nad Bermą - zachwyt ten jest więc skutkiem pewnego intelektualnego wysiłku, tak jednak być może kształtuje się w młodym człowieku tzw. "smak"... W akapitach poświęconych Bergotte'owi po raz kolejny trudno nie mieć wrażenia, że Proust pisze, przynajmniej częściowo, o sobie samym. Kto wie, czy w słowach, które padają z ust ambasadora de Norpois: "żadnej akcji - albo bardzo mało - ale zwłaszcza żadnego ciężaru gatunkowego" oraz "mamy prawo żądać od pisarza, aby był czymś więcej niż pięknoduchem" czy w końcu "to bardzo mdłe, bardzo wątłe, bardzo niemęskie" - kto wie, czy w słowach tych autor nie odnosi się do krytyki, z jaką sam się spotkał. Dalej zaś pojawia się refleksja, że prawdziwie genialny pisarz to ten, który jest inny, stąd nie może się on spotkać ze zrozumieniem wśród jemu współczesnych - rozumie go dopiero to pokolenie, w którego młode, rozwijające się umysły, wsączyła się genialna myśl zawarta w jego dziełach. Przy okazji Bergotte'a pisze też Proust: "Geniusz polega tu na sile odbijającej, nie na swoistej wartości odbijanego przedmiotu". Szczególnie (pozwolę sobie dodać od siebie), iż każdy przedmiot odbijany, może, ukazany pod odpowiednim kątem, nabrać wartości zupełnie nieoczekiwanej.
Jest w tej części jeszcze mnóstwo innych wątków (np. o tym, że Swann w tym okresie kochał inną kobietę albo o tym, że młody Marcel swój żal za Gilbertą koił w ramionach kurtyzan) i refleksji (np. o tym, że upływanie czasu umyka nam podobnie, jak fakt krążenia Ziemi wokół własnej osi, czy też o tym, że wypowiadane przez nas słowa rzadko trafiają od razu, nienaruszone, do ich odbiorcy - o ile w ogóle nasza intencja stanie mu się jasna, to i tak nie wcześniej niż dopiero po dłuższym czasie) - nie pomieszczę ich tutaj (podobnie jak nie mieszczą się one w mojej pamięci), a w zamian chętnie zakończę w tym miejscu pisanie, na rzecz - czytania...
(i postaram się uniknąć podobnych przerw w przyszłości)
niedziela, 22 kwietnia 2012
"Osiem i pół"
Niestety, przy moim obecnym trybie życia coraz trudniej jest znaleźć czas na pisanie. W związku z tym od dnia, w którym oglądałyśmy "ósmy i pół" film Felliniego minęło już kilka miesięcy i obraz ten, choć niezwykły, zaciera się w mojej pamięci... Nie prędko jednak będę miała czas, aby ponownie go obejrzeć (choć jest to niewątpliwie konieczne, pod tym względem film ten przypomina książkę, której nie sposób "ogarnąć" w pierwszym czytaniu), stąd napiszę po prostu o tym, co jeszcze pamiętam...
"Osiem i pół" to, w moim odczuciu, film z epoki nieodwołalnie minionej, z czasów, kiedy kino pozostawało w bliskości z filozofią, z literaturą, kiedy reżyser mógł w sposób niewymuszony posługiwać się językiem symboli, a widz nawykły był nie tylko odbierać, ale również interpretować oglądane obrazy. Filmy takie ogląda się ze skupieniem i wnikliwością, smakuje się je, kontempluje...
Główny bohater filmu, reżyser Guido, przechodzi okres niemocy twórczej. Jako że jednocześnie podupada nieco na zdrowiu, zostaje wysłany do sanatorium (w miejscu tym film przypomina nieco "Czarodziejską Górę", kuracjusze w uzdrowisku oddają się błotnym kąpielom, piją wodę święconą, a poza tym przez cały czas nie robią nic konkretnego, atmosfera zaś jest odrobinę nierealna, teatralna i niepokojąca). W ustroniu tym biednego Guido odnajdują jednak wszyscy ci, wobec których ma różne zobowiązania - aktorzy oczekujący wskazówek odnośnie ich nienapisanych ról, wścibscy dziennikarze, bezlitosny krytyk, zniecierpliwiony producent, żona, kochanka itd. Guido lawiruje pośród nich odgrywając usilnie rolę człowieka sukcesu, podczas gdy w środku rozpaczliwie poszukuje - czego? Być może natchnienia, lecz niewykluczone, że raczej - prawdy - o sobie, o sensie życia, o istocie tworzenia...
Film jest w bardzo ciekawy sposób opowiedziany - przez cały czas nie do końca wiadomo, czy kolejne sceny toczą się w prawdziwym świecie, czy jedynie w wyobraźni Guido i czy są jego marzeniami, natchnieniami, wspomnieniami czy też może snami. Taki zabieg daje widzowi poczucie wkroczenia w niedostępny obszar czyjegoś osobistego doświadczania świata. Jednocześnie jednak uwydatnia nieuniknioną samotność człowieka pośród ludzi...
Pamiętam też, że uwagę moją zwróciło w tym filmie równoległe funkcjonowanie dwóch obcych sobie światów - świata kobiet i świata mężczyzn. Kobiety "mijają się" z mężczyznami w rozmowie, myślą innymi kategoriami, żyją dla innych spraw. Guido, pozostając pod ogromnym wpływem kobiet od wczesnych lat dzieciństwa, jednocześnie tych kobiet nie rozumie, traktuje je przedmiotowo, co zresztą ostatecznie okazuje się dla niego zgubne. Doświadczenie kobiecości i męskości jest tak radykalnie odmienne, że dla każdej ze stron ta druga strona pozostaje zagadką nie do przeniknięcia...
I tyle pozwala mi napisać moja krucha pamięć. To zatrważające, jak wszystkie nasze doświadczenia, chociażby najwznioślejsze, obracają się w pył, o ile nie zapiszą się na czas dłuższy w pamięci. A pamięć przecież też nie jest zjawiskiem trwałym...
A do filmu Felliniego z pewnością jeszcze wrócę...
"Osiem i pół" to, w moim odczuciu, film z epoki nieodwołalnie minionej, z czasów, kiedy kino pozostawało w bliskości z filozofią, z literaturą, kiedy reżyser mógł w sposób niewymuszony posługiwać się językiem symboli, a widz nawykły był nie tylko odbierać, ale również interpretować oglądane obrazy. Filmy takie ogląda się ze skupieniem i wnikliwością, smakuje się je, kontempluje...
Główny bohater filmu, reżyser Guido, przechodzi okres niemocy twórczej. Jako że jednocześnie podupada nieco na zdrowiu, zostaje wysłany do sanatorium (w miejscu tym film przypomina nieco "Czarodziejską Górę", kuracjusze w uzdrowisku oddają się błotnym kąpielom, piją wodę święconą, a poza tym przez cały czas nie robią nic konkretnego, atmosfera zaś jest odrobinę nierealna, teatralna i niepokojąca). W ustroniu tym biednego Guido odnajdują jednak wszyscy ci, wobec których ma różne zobowiązania - aktorzy oczekujący wskazówek odnośnie ich nienapisanych ról, wścibscy dziennikarze, bezlitosny krytyk, zniecierpliwiony producent, żona, kochanka itd. Guido lawiruje pośród nich odgrywając usilnie rolę człowieka sukcesu, podczas gdy w środku rozpaczliwie poszukuje - czego? Być może natchnienia, lecz niewykluczone, że raczej - prawdy - o sobie, o sensie życia, o istocie tworzenia...
Film jest w bardzo ciekawy sposób opowiedziany - przez cały czas nie do końca wiadomo, czy kolejne sceny toczą się w prawdziwym świecie, czy jedynie w wyobraźni Guido i czy są jego marzeniami, natchnieniami, wspomnieniami czy też może snami. Taki zabieg daje widzowi poczucie wkroczenia w niedostępny obszar czyjegoś osobistego doświadczania świata. Jednocześnie jednak uwydatnia nieuniknioną samotność człowieka pośród ludzi...
Pamiętam też, że uwagę moją zwróciło w tym filmie równoległe funkcjonowanie dwóch obcych sobie światów - świata kobiet i świata mężczyzn. Kobiety "mijają się" z mężczyznami w rozmowie, myślą innymi kategoriami, żyją dla innych spraw. Guido, pozostając pod ogromnym wpływem kobiet od wczesnych lat dzieciństwa, jednocześnie tych kobiet nie rozumie, traktuje je przedmiotowo, co zresztą ostatecznie okazuje się dla niego zgubne. Doświadczenie kobiecości i męskości jest tak radykalnie odmienne, że dla każdej ze stron ta druga strona pozostaje zagadką nie do przeniknięcia...
I tyle pozwala mi napisać moja krucha pamięć. To zatrważające, jak wszystkie nasze doświadczenia, chociażby najwznioślejsze, obracają się w pył, o ile nie zapiszą się na czas dłuższy w pamięci. A pamięć przecież też nie jest zjawiskiem trwałym...
A do filmu Felliniego z pewnością jeszcze wrócę...
piątek, 16 marca 2012
"W poszukiwaniu straconego czasu" tom I "W stronę Swanna" część III "Imiona miejscowości: Imię""
Pierwszy tom "poszukiwania straconego czasu" wieńczy króciutka część III o zagadkowym tytule "Imiona miejscowości: Imię".
I w istocie pierwsze akapity tej części poświęca narrator swoim młodzieńczym rojeniom na temat miejscowości, które pragnął odwiedzić i których imiona dostarczały jego wyobraźni wystarczającego materiału, by tworzył z niego wizje piękne, utęsknione i niefrasobliwie oderwane od rzeczywistości. Z nazw Balbec, Wenecji, Florencji w jego umyśle zakwitały zamki, kościoły, dzikie plaże, zapachy i smaki, w które wierzył i do których tęsknił.
Słabe zdrowie nie pozwalało mu jednak na dalekie podróże, stąd znienacka zmienia kierunek swych wspomnień i przenosi się na Pola Elizejskie, gdzie jako młodzieniec doświadczał uniesień i cierpień swojej pierwszej miłości - miłości skierowanej ku Gilbercie Swann.
Miłość młodego Marcela (do imienia tego nie przyznał się jak dotąd, znam je jednak skądinąd, więc będę go nim nazywać) - miłość ta jest zachłanna, żarliwa i bezgraniczna. Ufny w ukrytą w miłości prawdę, oddaje się swemu uczuciu z prawdziwym nabożeństwem, podczas gdy Gilberta, rzecz jasna, lekce go sobie waży (w czym jakże jest podobna do swojej matki!). Co ciekawe, miłość ta jest owocem fascynacji, jaką w młodym umyśle chłopca wywołało imię Gilberty, zasłyszane przypadkowo po raz pierwszy z ust wołającej ją matki, po raz kolejny wykrzyczane przez przyjaciółkę, a kryjące w sobie całą niesłychaną tajemnicę życia rudowłosej dziewczynki - tak bardzo pożądaną, jako że - nieosiągalną... Imię Gilberty jest więc w tym miejscu podobne imionom miejscowości - kryje w sobie tajemnicę, którą karmi się tęskna wyobraźnia.
Od miłości ku Gilbercie płynnie przechodzi Marcel do adoracji, jaką darzył w owych czasach panią Swann, "słynną z piękności, złego prowadzenia się i elegancji". Dla jej widoku chłopiec zaciągał opiekującą się nim Franciszkę do Lasku Bulońskiego, by tam składać Odecie zamaszyste ukłony.
I nagle, całkiem niespodzianie, narrator przenosi nas w czasy "obecne", kiedy to pewnego listopadowego (nieprzypadkowo) poranka, udaje się do Lasku, by tam - doznać gorzkiego rozczarowania. Miejsce to, niegdyś stanowiące ramę dla fascynującego świata podziwianych przez niego kobiet, obecnie puste i jałowe, nie przywołuje rzeczywistości minionej, nie wskrzesza przeszłości - jest po prostu INNYM miejscem. "Rzeczywistość, którą znałem - nie istniała już." - pisze narrator - "wspomnienie jakiegoś obrazu jest jedynie żalem za pewną chwilą; i domy, drogi, aleje są ulotne, niestety, jak lata".
Splot wymienionych wątków, z których jeden po drugim objawia się całkiem niespodzianie, nasuwa mi refleksję o tym, że nasze życie w istocie składa się z ciągu obrazów, które na kanwie rzeczywistości maluje nam wyobraźnia. I chociaż nasze wizje świata pozostają zazwyczaj wystarczająco spójne, byśmy mogli wspólnie w nim funkcjonować, to jednak w gruncie rzeczy pozostajemy samotni - pośród naszych wspomnień, marzeń i pojęć, jakie mamy o życiu i ludziach.
I każdy z nas powolutku (albo trochę szybciej) płynie przed siebie - od jednego obrazu świata, do kolejnego, i następnego...
I w istocie pierwsze akapity tej części poświęca narrator swoim młodzieńczym rojeniom na temat miejscowości, które pragnął odwiedzić i których imiona dostarczały jego wyobraźni wystarczającego materiału, by tworzył z niego wizje piękne, utęsknione i niefrasobliwie oderwane od rzeczywistości. Z nazw Balbec, Wenecji, Florencji w jego umyśle zakwitały zamki, kościoły, dzikie plaże, zapachy i smaki, w które wierzył i do których tęsknił.
Słabe zdrowie nie pozwalało mu jednak na dalekie podróże, stąd znienacka zmienia kierunek swych wspomnień i przenosi się na Pola Elizejskie, gdzie jako młodzieniec doświadczał uniesień i cierpień swojej pierwszej miłości - miłości skierowanej ku Gilbercie Swann.
Miłość młodego Marcela (do imienia tego nie przyznał się jak dotąd, znam je jednak skądinąd, więc będę go nim nazywać) - miłość ta jest zachłanna, żarliwa i bezgraniczna. Ufny w ukrytą w miłości prawdę, oddaje się swemu uczuciu z prawdziwym nabożeństwem, podczas gdy Gilberta, rzecz jasna, lekce go sobie waży (w czym jakże jest podobna do swojej matki!). Co ciekawe, miłość ta jest owocem fascynacji, jaką w młodym umyśle chłopca wywołało imię Gilberty, zasłyszane przypadkowo po raz pierwszy z ust wołającej ją matki, po raz kolejny wykrzyczane przez przyjaciółkę, a kryjące w sobie całą niesłychaną tajemnicę życia rudowłosej dziewczynki - tak bardzo pożądaną, jako że - nieosiągalną... Imię Gilberty jest więc w tym miejscu podobne imionom miejscowości - kryje w sobie tajemnicę, którą karmi się tęskna wyobraźnia.
Od miłości ku Gilbercie płynnie przechodzi Marcel do adoracji, jaką darzył w owych czasach panią Swann, "słynną z piękności, złego prowadzenia się i elegancji". Dla jej widoku chłopiec zaciągał opiekującą się nim Franciszkę do Lasku Bulońskiego, by tam składać Odecie zamaszyste ukłony.
I nagle, całkiem niespodzianie, narrator przenosi nas w czasy "obecne", kiedy to pewnego listopadowego (nieprzypadkowo) poranka, udaje się do Lasku, by tam - doznać gorzkiego rozczarowania. Miejsce to, niegdyś stanowiące ramę dla fascynującego świata podziwianych przez niego kobiet, obecnie puste i jałowe, nie przywołuje rzeczywistości minionej, nie wskrzesza przeszłości - jest po prostu INNYM miejscem. "Rzeczywistość, którą znałem - nie istniała już." - pisze narrator - "wspomnienie jakiegoś obrazu jest jedynie żalem za pewną chwilą; i domy, drogi, aleje są ulotne, niestety, jak lata".
Splot wymienionych wątków, z których jeden po drugim objawia się całkiem niespodzianie, nasuwa mi refleksję o tym, że nasze życie w istocie składa się z ciągu obrazów, które na kanwie rzeczywistości maluje nam wyobraźnia. I chociaż nasze wizje świata pozostają zazwyczaj wystarczająco spójne, byśmy mogli wspólnie w nim funkcjonować, to jednak w gruncie rzeczy pozostajemy samotni - pośród naszych wspomnień, marzeń i pojęć, jakie mamy o życiu i ludziach.
I każdy z nas powolutku (albo trochę szybciej) płynie przed siebie - od jednego obrazu świata, do kolejnego, i następnego...
piątek, 9 marca 2012
"Amelia"
Jak dobrze, gdy za oknem zimno i plucha, zobaczyć film, który cieszy i grzeje. "Amelia" takim właśnie jest filmem - pogodnym, ślicznym, wdzięcznym, od którego żyć się zachciewa.
"Amelia" jest też filmem-marzeniem, na którego ziszczenie Jean Pierre Jeunet czekał długie lata i dopiero po wyreżyserowaniu "Obcego 4" (!!!) zdobył wystarczające fundusze, aby zrealizować swój wyśniony obraz. A sny musi mieć Jeunet niebanalne, czego dał nam już posmakować w swoich wcześniejszych obrazach, jak "Delicatessen" czy "Miasto zaginionych dzieci".
Amelia, wychowana przez znerwicowaną matkę i całkiem zamkniętego w sobie ojca, chętnie ucieka przed rzeczywistością w świat swojej bujnej wyobraźni. Mimo dojrzałego wieku zachowuje ona dziecięcą wrażliwość i przygląda się otaczającemu ją światu z życzliwym zdumieniem. W pewnym momencie Amelia odkrywa przyjemność z pomagania i porządkowania życia innym ludziom. Sama jednak nie jest w stanie sięgnąć po własne szczęście. I o tym mniej więcej jest ten film, jak to uciekająca przed życiem dziewczyna wraz z nie całkiem dostosowanym do reszty świata chłopcem poszukują siebie wzajemnie po ulicach pięknego Paryża. Wzruszające, ujmujące i śliczne.
W filmie tym wszystko jest odrobinę przerysowane - piękne i kolorowe ulice "odrealnionego Paryża", jego groteskowi mieszkańcy, sama Amelia ze swoimi czarnymi jak węgle oczami oraz cieniutkimi nóżkami wyrastającymi z nazbyt dużych butów. Jenuet pięknie bawi się obrazem, dźwiękiem, narracją, czego skutkiem powstaje film "kompletny" - wszystkie jego elementy pasują do siebie, uzupełniają się wzajemnie. Całości dopełnia cudowna, "pozytywkowa" muzyka Yanna Tiersena.
Ta historia została opowiedziana tak, jak by ją opowiedziała Amelia - żartobliwie, poetycko, nie całkiem serio. Jest jak dobry sen. Bardzo dobry sen. Polecam na pochmurne dni i deszczowe noce.
"Amelia" jest też filmem-marzeniem, na którego ziszczenie Jean Pierre Jeunet czekał długie lata i dopiero po wyreżyserowaniu "Obcego 4" (!!!) zdobył wystarczające fundusze, aby zrealizować swój wyśniony obraz. A sny musi mieć Jeunet niebanalne, czego dał nam już posmakować w swoich wcześniejszych obrazach, jak "Delicatessen" czy "Miasto zaginionych dzieci".
Amelia, wychowana przez znerwicowaną matkę i całkiem zamkniętego w sobie ojca, chętnie ucieka przed rzeczywistością w świat swojej bujnej wyobraźni. Mimo dojrzałego wieku zachowuje ona dziecięcą wrażliwość i przygląda się otaczającemu ją światu z życzliwym zdumieniem. W pewnym momencie Amelia odkrywa przyjemność z pomagania i porządkowania życia innym ludziom. Sama jednak nie jest w stanie sięgnąć po własne szczęście. I o tym mniej więcej jest ten film, jak to uciekająca przed życiem dziewczyna wraz z nie całkiem dostosowanym do reszty świata chłopcem poszukują siebie wzajemnie po ulicach pięknego Paryża. Wzruszające, ujmujące i śliczne.
W filmie tym wszystko jest odrobinę przerysowane - piękne i kolorowe ulice "odrealnionego Paryża", jego groteskowi mieszkańcy, sama Amelia ze swoimi czarnymi jak węgle oczami oraz cieniutkimi nóżkami wyrastającymi z nazbyt dużych butów. Jenuet pięknie bawi się obrazem, dźwiękiem, narracją, czego skutkiem powstaje film "kompletny" - wszystkie jego elementy pasują do siebie, uzupełniają się wzajemnie. Całości dopełnia cudowna, "pozytywkowa" muzyka Yanna Tiersena.
Ta historia została opowiedziana tak, jak by ją opowiedziała Amelia - żartobliwie, poetycko, nie całkiem serio. Jest jak dobry sen. Bardzo dobry sen. Polecam na pochmurne dni i deszczowe noce.
"W poszukiwaniu straconego czasu" tom I "W stronę Swanna" część II "Miłość Swanna"
Jednym ze zjawisk, które Proust opisuje szczególnie wnikliwie, jest nieprawdopodobna złożoność ludzkiej natury, przejawiająca się między innymi niestałością charakteru. Niestałość ta jest dwojakiego rodzaju - po pierwsze wypływa z faktu, iż człowiek różne odgrywa role w różnych środowiskach, w których przebywa - część tych ról podejmuje świadomie, z większości jednak nie zdaje sobie sprawy. Rozmaicie w różnych kręgach postrzegany, dopasowuje się, nawet mimo woli, do wizerunku, jaki ma w oczach innych (a być może nawet staje się tego wizerunku niewolnikiem). Doskonałym tego przykładem jest postać Swanna - kim innym jest on, gdy z koszykiem malin odwiedza sąsiadów w Combray, kim innym, gdy pyszni się swoimi stosunkami przed kobietą, którą wprowadził "na salony", kim innym znowu, gdy zabawia rozmową księżnę de Guermantes i całkiem kim innym w salonie Verdurinów, gdzie zaleca się do Odety.
Drugą przyczyną niestałości ludzkiego charakteru są nieuniknione zmiany, jakim ulega on w czasie. W kolejnych epokach swojego życia człowiek zmienia się - "z kogoś całkiem przeinnego w kogoś całkiem przeinnego". Takim też radykalnym przemianom ulegają na przestrzeni kolejnych tomów bohaterowie Prousta, a pośród nich nieszczęsny Swann, który pod wpływem swojej namiętnej miłości zmienia się radykalnie...
"Miłość Swanna" to tytuł znamienny, ta część powieści bowiem nie jest poświęcona miłości dwojga ludzi - Swanna i Odety, a jedynie uczuciu, którym Swann Odetę obdarzył. Odeta pełni rolę zaledwie obiektu, ku któremu Swann skierował swoją namiętność, której ona zresztą wydaje się nie podzielać, lecz raczej - używa jej w sposób cyniczny, by osiągnąć swoje prozaiczne cele. Ta nierównowaga zaangażowania Swanna i Odety była dla mnie zawsze przykra, jednak tym razem poczułam, że to nie ma właściwie znaczenia. Smutna ta historia ilustruje pięknie, że nawet w uczuciu tak jednoczącym z pozoru, tak wiążącym ze sobą dwoje ludzi, każdy mimo wszystko pozostaje jednak samotny. Miłość przemienia człowieka, definiuje go, nadaje życiu kierunek, sens, prowadzi ku rozkoszy i przyprawia o cierpienie, niejako niezależnie od tego, kogo człowiek kocha i niezależnie od tego, JAK jest kochany...
Proust po mistrzowsku śledzi losy tego tajemniczego uczucia, począwszy od jego narodzin, kiedy to Swann pozwala Odecie zabiegać o siebie, świadomie poddaje się wzruszeniu, o jakie go przyprawia ta kobieta nie w jego guście co prawda, ale tak słodko mu oddana. Potem stopniowo Swann kształtuje w sobie swój własny obraz Odety, wyjętej prosto z fresku Boticcelego - delikatnej, niewinnej, coraz bardziej pożądanej. W końcu uczucie jego konsoliduje się pod wpływem pięknej, porywającej sonaty Vinteuila, która staje się hymnem ich miłości. W słodkiej tej frazie Swann słyszy co prawda ostrzeżenie o nieuchronnym cierpieniu, o pustce, ku której zmierza jego szczęście - nie dba jednak o to, trwa w swoim miłym złudzeniu. Jednak bodźcem, za sprawą którego Swann traci kontrolę nad swoją namiętnością, jest pierwsze ukłucie niepokoju, zazdrości, gdy nie może odnaleźć Odety tam, gdzie się jej spodziewał. To wówczas ukochana staje mu się niezbędna, konieczna, to wtedy opanowuje go "szalona i bolesna" potrzeba posiadania. Swann cierpi okrutnie, nękany zazdrością, coraz bardziej dystansowany przez nieczułą kochankę, o której względy rozpaczliwie zabiega (role odwracają się, jakże przewrotnie!). Swann zamyka się w sobie, odtrąca świat i ludzi, nie interesuje go nic, co nie wiąże się z osobą Odety, wciąż przez niego idealizowanej. Potrzeba bardzo dużo czasu, by w jego świadomość powolutku zaczęła wsączać się prawda o jego ukochanej - kobiecie lekkiej, kłamliwej, zepsutej - prawda ta zresztą dotyka go boleśnie i dużo musi jeszcze minąć czasu, nim w końcu pozwoli on wygasnąć swej miłości...
I chociaż wiadomo, że miłość nie jest nieodzowna dla zawarcia małżeństwa, pozostaje jednak zagadką, dlaczego ostatecznie historia ta kończy się małżeństwem właśnie. Część II powieści milczy na ten temat...
Drugą przyczyną niestałości ludzkiego charakteru są nieuniknione zmiany, jakim ulega on w czasie. W kolejnych epokach swojego życia człowiek zmienia się - "z kogoś całkiem przeinnego w kogoś całkiem przeinnego". Takim też radykalnym przemianom ulegają na przestrzeni kolejnych tomów bohaterowie Prousta, a pośród nich nieszczęsny Swann, który pod wpływem swojej namiętnej miłości zmienia się radykalnie...
"Miłość Swanna" to tytuł znamienny, ta część powieści bowiem nie jest poświęcona miłości dwojga ludzi - Swanna i Odety, a jedynie uczuciu, którym Swann Odetę obdarzył. Odeta pełni rolę zaledwie obiektu, ku któremu Swann skierował swoją namiętność, której ona zresztą wydaje się nie podzielać, lecz raczej - używa jej w sposób cyniczny, by osiągnąć swoje prozaiczne cele. Ta nierównowaga zaangażowania Swanna i Odety była dla mnie zawsze przykra, jednak tym razem poczułam, że to nie ma właściwie znaczenia. Smutna ta historia ilustruje pięknie, że nawet w uczuciu tak jednoczącym z pozoru, tak wiążącym ze sobą dwoje ludzi, każdy mimo wszystko pozostaje jednak samotny. Miłość przemienia człowieka, definiuje go, nadaje życiu kierunek, sens, prowadzi ku rozkoszy i przyprawia o cierpienie, niejako niezależnie od tego, kogo człowiek kocha i niezależnie od tego, JAK jest kochany...
Proust po mistrzowsku śledzi losy tego tajemniczego uczucia, począwszy od jego narodzin, kiedy to Swann pozwala Odecie zabiegać o siebie, świadomie poddaje się wzruszeniu, o jakie go przyprawia ta kobieta nie w jego guście co prawda, ale tak słodko mu oddana. Potem stopniowo Swann kształtuje w sobie swój własny obraz Odety, wyjętej prosto z fresku Boticcelego - delikatnej, niewinnej, coraz bardziej pożądanej. W końcu uczucie jego konsoliduje się pod wpływem pięknej, porywającej sonaty Vinteuila, która staje się hymnem ich miłości. W słodkiej tej frazie Swann słyszy co prawda ostrzeżenie o nieuchronnym cierpieniu, o pustce, ku której zmierza jego szczęście - nie dba jednak o to, trwa w swoim miłym złudzeniu. Jednak bodźcem, za sprawą którego Swann traci kontrolę nad swoją namiętnością, jest pierwsze ukłucie niepokoju, zazdrości, gdy nie może odnaleźć Odety tam, gdzie się jej spodziewał. To wówczas ukochana staje mu się niezbędna, konieczna, to wtedy opanowuje go "szalona i bolesna" potrzeba posiadania. Swann cierpi okrutnie, nękany zazdrością, coraz bardziej dystansowany przez nieczułą kochankę, o której względy rozpaczliwie zabiega (role odwracają się, jakże przewrotnie!). Swann zamyka się w sobie, odtrąca świat i ludzi, nie interesuje go nic, co nie wiąże się z osobą Odety, wciąż przez niego idealizowanej. Potrzeba bardzo dużo czasu, by w jego świadomość powolutku zaczęła wsączać się prawda o jego ukochanej - kobiecie lekkiej, kłamliwej, zepsutej - prawda ta zresztą dotyka go boleśnie i dużo musi jeszcze minąć czasu, nim w końcu pozwoli on wygasnąć swej miłości...
I chociaż wiadomo, że miłość nie jest nieodzowna dla zawarcia małżeństwa, pozostaje jednak zagadką, dlaczego ostatecznie historia ta kończy się małżeństwem właśnie. Część II powieści milczy na ten temat...
wtorek, 21 lutego 2012
"W poszukiwaniu straconego czasu" tom I "W stronę Swanna" część I "Combray"
Który to już raz - piąty? szósty? - sięgam po nieśmiertelne dzieło Prousta, by po raz kolejny zanurzyć się w otchłań jego niezwykłych wspomnień, zdumiewających skojarzeń, nigdy niekończących się, olśniewających zdań...? I, co znamienne, towarzyszy mi przy tym zapał nie mniejszy, niż przed dziesięciu laty, kiedy sięgałam po tę fascynującą lekturę po raz pierwszy. Zapału tego nie jest w stanie przyćmić fakt, że dotychczas ani razu nie udało mi się przeczytać całości: tym razem na pewno się uda! :)
Pisać o Prouscie jest jednak bardzo trudno, dlatego nie będę próbowała nawet ogarnąć w tych notatkach całości jego dzieła, spróbuję jedynie na bieżąco zapisywać tu chociaż niektóre refleksje, jakie nasunęła mi lektura.
Dziś skoncentruję się na "Combray" - pierwszej i niewątpliwie "najlżejszej" części powieści. Jest to śliczne preludium do tego niezwykłego, lirycznego dzieła, zwiastujące już pewne szczególnie istotne dla autora zagadnienia, którymi będzie zajmował się w kolejnych częściach i tomach. Przede wszystkim jednak w części tej czytelnik zapoznaje się z niezwykłym stylem autora, który, dzięki swojej nadzwyczajnej wrażliwości i kunsztowi, potrafi o najbłahszych nawet zjawiskach pisać z taką wnikliwością, fantazją i wdziękiem, że czyni je niezwykłymi! Oto autor, który nie boi się poświęcić chociażby dwóch stron tekstu przydrożnym kwiatkom czy odbiciu różowej dachówki w kałuży! W tych długich opisach nie tylko chwyta on i "zamraża" w słowie nieuchwytne i nieuchronnie przemijające chwile, lecz także zagląda pod podszewkę rzeczywistości, wydobywa znaczenia ukryte w "rzeczach". Czyż nie jest to jeden z najistotniejszych przejawów człowieczeństwa - umiejętność dostrzegania w rzeczywistości ukrytych znaczeń, wydobywanie ich i ujmowanie w piękną formę? I czy nie jest to jednocześnie istotą sztuki (swoiście ludzkiej działalności)?
W "krzaczastej" formie narracji, gdzie jedno skojarzenie biegnie za drugim, niejako równolegle do przewodniej myśli, od której się wywodzi, a wątki poboczne rozrastają się do nieprawdopodobnych rozmiarów, Proust wydaje się również poszukiwać formy dla oddania błędnej gonitwy wspomnień, w których, w sposób niepojęty dla rozumu, sprawy z pozoru błahe zapisują się z najdrobniejszymi szczegółami, podczas gdy zdarzenia istotne ledwie tlą się w pamięci...
W pierwszych akapitach tekstu narrator (o którym spokojnie pisać by można "autor") opisuje igraszki pamięci, która, po przebudzeniu w środku nocy, podpowiada mu, półprzytomnemu, rozmaite pokoje, w których mógłby się właśnie znajdować. Te wspomnienia różnych pokoi, jakie zamieszkiwał w życiu, otwierają mu drogę do kolejnych, i kolejnych wspomnień, którymi jego zmęczony umysł zajmuje się przez pozostałą część bezsennej nocy. Z bezsenności rodzi się ta powieść, z dotkliwej choroby - arcydzieło...
Wspomnienie pokoju w domu jego ciotecznej babki w Combray, gdzie w dzieciństwie spędzał letnie wakacje, początkowo kojarzy mu się jedynie z dramatem każdego wieczoru, kiedy musiał pożegnać się z matką i zmagać samotnie z kolejną bezsenną nocą. Dotkliwe to wspomnienie rozrasta się w długą historię, w obrębie której pojawia się po raz pierwszy Swann (na razie w roli uprzejmego sąsiada, inteligentnego i unikającego nazbyt poważnych tematów, a będącego nieświadomym sprawcą rozpaczy młodego bohatera, który przy okazji jego wizyty zostaje wysłany na nocny spoczynek przed czasem i bez upragnionego pocałunku matki). W ramach tej historii nakreślone zostają pięknie sylwetki członków rodziny głównego bohatera, a pośród nich postać ukochanej babki, opisana w ślicznych, ciepłych słowach: "Szła swoim drobnym krokiem, entuzjastycznym i nerwowym, zależnym od różnych podniet, jakie rodziły w jej duszy upojenie burzą, potęga higieny, niedorzeczność mojego wychowania oraz symetria ogrodu, raczej niż nieznana jej troska, aby fioletowej spódnicy oszczędzić plam błota, pokrywających ją do wysokości, która zawsze była dla pokojówki w równym stopniu rozpaczą i zagadką."
Już na samym początku powieści czytelnik może poznać również namiętności, które targają głównym bohaterem, jego pragnienie bliskości matki tak silne, że jest gotów zapłacić każdą cenę za chociaż krótką chwilę, jaką mu matka poświęci, oraz jego bezdenną rozpacz w obliczu samotności i nocy.
W końcu jednak narrator znajduje klucz do całego bogactwa innych wspomnień z Combray, a jest tym kluczem smak słynnej magdalenki zamoczonej w łyżeczce herbaty. Smak ten budzi w bohaterze żywe emocje, których źródła początkowo nie może odgadnąć, a które wywodzą się właśnie ze wspomnień - z pięknych wspomnień dzieciństwa - wywodzą się z nich i zarazem je uwalniają.
We wspomnieniach tych odmalowuje Proust piękny obraz malowniczo położonego pośród pól i łąk miasteczka, w którym spędzał wakacje począwszy od chłodnych dni Wielkanocy po długie i gorące dnie pełni lata. Obok bogatych opisów kościoła, głogów, rzeki Vivonne, odmalowuje również autor pełne charakteru sylwetki m.in. hipochondrycznej i nie opuszczającej swego pokoju cioci Leonii, jej wiernej służącej Franciszki, pana Legrandin, który gardząc życiem światowym, zabiega jednocześnie o jego względy, w końcu - biednego pana Vinteuil, niegdyś kompozytora, potem już jedynie oddanego ojca, zrozpaczonego poczynaniami swojej córki, która pod jego dachem dzieli grzeszne uciechy ze swoją przyjaciółką...
Młody bohater zachłannie obserwuje otaczający go świat i na podstawie tych obserwacji w jego umyśle kształtują się podstawowe pojęcia o rzeczach i ludziach. Tak właśnie wspomnienia z dzieciństwa odciskają się szczególnym piętnem w umyśle człowieka, z nich bowiem wywodzi się jego pierwotna i najistotniejsza wizja świata (nawet jeśli w przyszłości musiałaby zostać nieco zmodyfikowana).
Na uwagę również zasługują pierwsze namiętności w życiu głównego bohatera powieści - obok zaborczej miłości do matki są to: fascynacja literaturą (ze szczególnym uwzględnieniem twórczości Bergotte'a, którego styl wydaje się z opisu być bardzo bliski stylowi samego Prousta), a także pierwsze, pełne zapału "zakochania" uzasadnione słowami: "bo jeżeli czasem dla pokochania kobiety wystarczy, że na nas popatrzy ze wzgardą - jak w moim pojęciu zrobiła panna Swann - i że myślimy, iż nigdy do nas nie będzie mogła należeć, czasem znowuż wystarczy, że na nas spojrzy z dobrocią, jak to uczyniła pani de Guermantes, i że myślimy, iż będzie mogła do nas należeć."
W tekście nie brakuje również, mimochodem niemal wspominanych, niezwykle cennych obserwacji o charakterze filozoficzno-psychologicznym, m.in. o zbawiennym działaniu przyzwyczajenia na niepokoje duszy, czy o tym, że "nasza społeczna osobowość jest tworem cudzej myśli." (i wiele wiele wiele innych).
To prawdziwe szczęście, że ten niezwykły obserwator, myśliciel i prawdziwy wirtuoz słowa, jakim był Proust, mimo swojej choroby i początkowo bardzo chłodnego przyjęcia zarówno przez czytelników, jak i krytyków, odważył się poświęcić swoje życie na stworzenie tej fascynującej powieści.
I tym kończę moje nieudolne pisanie i wracam - do czytania...
Pisać o Prouscie jest jednak bardzo trudno, dlatego nie będę próbowała nawet ogarnąć w tych notatkach całości jego dzieła, spróbuję jedynie na bieżąco zapisywać tu chociaż niektóre refleksje, jakie nasunęła mi lektura.
Dziś skoncentruję się na "Combray" - pierwszej i niewątpliwie "najlżejszej" części powieści. Jest to śliczne preludium do tego niezwykłego, lirycznego dzieła, zwiastujące już pewne szczególnie istotne dla autora zagadnienia, którymi będzie zajmował się w kolejnych częściach i tomach. Przede wszystkim jednak w części tej czytelnik zapoznaje się z niezwykłym stylem autora, który, dzięki swojej nadzwyczajnej wrażliwości i kunsztowi, potrafi o najbłahszych nawet zjawiskach pisać z taką wnikliwością, fantazją i wdziękiem, że czyni je niezwykłymi! Oto autor, który nie boi się poświęcić chociażby dwóch stron tekstu przydrożnym kwiatkom czy odbiciu różowej dachówki w kałuży! W tych długich opisach nie tylko chwyta on i "zamraża" w słowie nieuchwytne i nieuchronnie przemijające chwile, lecz także zagląda pod podszewkę rzeczywistości, wydobywa znaczenia ukryte w "rzeczach". Czyż nie jest to jeden z najistotniejszych przejawów człowieczeństwa - umiejętność dostrzegania w rzeczywistości ukrytych znaczeń, wydobywanie ich i ujmowanie w piękną formę? I czy nie jest to jednocześnie istotą sztuki (swoiście ludzkiej działalności)?
W "krzaczastej" formie narracji, gdzie jedno skojarzenie biegnie za drugim, niejako równolegle do przewodniej myśli, od której się wywodzi, a wątki poboczne rozrastają się do nieprawdopodobnych rozmiarów, Proust wydaje się również poszukiwać formy dla oddania błędnej gonitwy wspomnień, w których, w sposób niepojęty dla rozumu, sprawy z pozoru błahe zapisują się z najdrobniejszymi szczegółami, podczas gdy zdarzenia istotne ledwie tlą się w pamięci...
W pierwszych akapitach tekstu narrator (o którym spokojnie pisać by można "autor") opisuje igraszki pamięci, która, po przebudzeniu w środku nocy, podpowiada mu, półprzytomnemu, rozmaite pokoje, w których mógłby się właśnie znajdować. Te wspomnienia różnych pokoi, jakie zamieszkiwał w życiu, otwierają mu drogę do kolejnych, i kolejnych wspomnień, którymi jego zmęczony umysł zajmuje się przez pozostałą część bezsennej nocy. Z bezsenności rodzi się ta powieść, z dotkliwej choroby - arcydzieło...
Wspomnienie pokoju w domu jego ciotecznej babki w Combray, gdzie w dzieciństwie spędzał letnie wakacje, początkowo kojarzy mu się jedynie z dramatem każdego wieczoru, kiedy musiał pożegnać się z matką i zmagać samotnie z kolejną bezsenną nocą. Dotkliwe to wspomnienie rozrasta się w długą historię, w obrębie której pojawia się po raz pierwszy Swann (na razie w roli uprzejmego sąsiada, inteligentnego i unikającego nazbyt poważnych tematów, a będącego nieświadomym sprawcą rozpaczy młodego bohatera, który przy okazji jego wizyty zostaje wysłany na nocny spoczynek przed czasem i bez upragnionego pocałunku matki). W ramach tej historii nakreślone zostają pięknie sylwetki członków rodziny głównego bohatera, a pośród nich postać ukochanej babki, opisana w ślicznych, ciepłych słowach: "Szła swoim drobnym krokiem, entuzjastycznym i nerwowym, zależnym od różnych podniet, jakie rodziły w jej duszy upojenie burzą, potęga higieny, niedorzeczność mojego wychowania oraz symetria ogrodu, raczej niż nieznana jej troska, aby fioletowej spódnicy oszczędzić plam błota, pokrywających ją do wysokości, która zawsze była dla pokojówki w równym stopniu rozpaczą i zagadką."
Już na samym początku powieści czytelnik może poznać również namiętności, które targają głównym bohaterem, jego pragnienie bliskości matki tak silne, że jest gotów zapłacić każdą cenę za chociaż krótką chwilę, jaką mu matka poświęci, oraz jego bezdenną rozpacz w obliczu samotności i nocy.
W końcu jednak narrator znajduje klucz do całego bogactwa innych wspomnień z Combray, a jest tym kluczem smak słynnej magdalenki zamoczonej w łyżeczce herbaty. Smak ten budzi w bohaterze żywe emocje, których źródła początkowo nie może odgadnąć, a które wywodzą się właśnie ze wspomnień - z pięknych wspomnień dzieciństwa - wywodzą się z nich i zarazem je uwalniają.
We wspomnieniach tych odmalowuje Proust piękny obraz malowniczo położonego pośród pól i łąk miasteczka, w którym spędzał wakacje począwszy od chłodnych dni Wielkanocy po długie i gorące dnie pełni lata. Obok bogatych opisów kościoła, głogów, rzeki Vivonne, odmalowuje również autor pełne charakteru sylwetki m.in. hipochondrycznej i nie opuszczającej swego pokoju cioci Leonii, jej wiernej służącej Franciszki, pana Legrandin, który gardząc życiem światowym, zabiega jednocześnie o jego względy, w końcu - biednego pana Vinteuil, niegdyś kompozytora, potem już jedynie oddanego ojca, zrozpaczonego poczynaniami swojej córki, która pod jego dachem dzieli grzeszne uciechy ze swoją przyjaciółką...
Młody bohater zachłannie obserwuje otaczający go świat i na podstawie tych obserwacji w jego umyśle kształtują się podstawowe pojęcia o rzeczach i ludziach. Tak właśnie wspomnienia z dzieciństwa odciskają się szczególnym piętnem w umyśle człowieka, z nich bowiem wywodzi się jego pierwotna i najistotniejsza wizja świata (nawet jeśli w przyszłości musiałaby zostać nieco zmodyfikowana).
![]() |
| Illiers-Combray, obecnie |
Na uwagę również zasługują pierwsze namiętności w życiu głównego bohatera powieści - obok zaborczej miłości do matki są to: fascynacja literaturą (ze szczególnym uwzględnieniem twórczości Bergotte'a, którego styl wydaje się z opisu być bardzo bliski stylowi samego Prousta), a także pierwsze, pełne zapału "zakochania" uzasadnione słowami: "bo jeżeli czasem dla pokochania kobiety wystarczy, że na nas popatrzy ze wzgardą - jak w moim pojęciu zrobiła panna Swann - i że myślimy, iż nigdy do nas nie będzie mogła należeć, czasem znowuż wystarczy, że na nas spojrzy z dobrocią, jak to uczyniła pani de Guermantes, i że myślimy, iż będzie mogła do nas należeć."
W tekście nie brakuje również, mimochodem niemal wspominanych, niezwykle cennych obserwacji o charakterze filozoficzno-psychologicznym, m.in. o zbawiennym działaniu przyzwyczajenia na niepokoje duszy, czy o tym, że "nasza społeczna osobowość jest tworem cudzej myśli." (i wiele wiele wiele innych).
To prawdziwe szczęście, że ten niezwykły obserwator, myśliciel i prawdziwy wirtuoz słowa, jakim był Proust, mimo swojej choroby i początkowo bardzo chłodnego przyjęcia zarówno przez czytelników, jak i krytyków, odważył się poświęcić swoje życie na stworzenie tej fascynującej powieści.
I tym kończę moje nieudolne pisanie i wracam - do czytania...
sobota, 4 lutego 2012
"Odyseja kosmiczna 2001"
"Odyseja kosmiczna 2001" stanowi w istocie oniryczną podróż wgłąb rozbuchanej wyobraźni panów Clarke'a i Kubricka... Jak wiadomo, tego rodzaju "wycieczki" są mi bardzo sympatyczne, stąd film zdecydowanie mi się spodobał, chociaż jego kompozycja wystawia chwilami cierpliwość widza na ciężką próbę...
Film składa się z mniej więcej trzech (bądź czterech lub pięciu ;) części, które łączy wspólny mianownik pod postacią pewnego tajemniczego obiektu - gładkiego, prostopadłościennego monolitu. Obiekt ten niewątpliwie stanowi klucz do zrozumienia całego obrazu, choć do samego końca pozostaje zagadką jego prawdziwa natura.
W pierwszej części monolit ów objawił się pewnego poranka człekokształtnym protoplastom ludzkości. Nie wiadomo, skąd się wziął i co się z nim później stało, ale sam fakt jego zaistnienia zainspirował w jakiś tajemniczy sposób jednego z członków plemienia do użycia zwierzęcej kości jako narzędzia - w tej podniosłej chwili "rozpoczął się" człowiek - istota zdolna do kreatywnej myśli, do przekształcania otaczającego ją świata wedle własnego pomysłu. Zaraz potem jednak nasi przodkowie ujawnili kolejną i mniej już chwalebną ludzką cechę - skłonność do przemocy. Wymyślone przez nich narzędzie okazało się służyć nie tylko pozyskiwaniu pokarmu, lecz również niszczeniu przeciwnika...
Kolejna część filmu przenosi nas ku przyszłości (chociaż data 2001 jest już dla nas przeszłością i ciekawie jest zobaczyć, jak tę przyszłość-przeszłość wyobrażano sobie przed ponad 40-stu laty). Pewien naukowiec udaje się w podróż na Księżyc. Cel jego podróży długo pozostaje nieznany, wiadomo jednak, że tam, dokąd się udaje, dzieje się coś niezwykłego, co jest utrzymywane w najgłębszej tajemnicy. Ostatecznie okazuje się, że odkryto tam obecność... znajomego monolitu. Odkrycie to jest interpretowane przez badaczy jako dowód istnienia cywilizacji innej niż ziemska. Tę część filmu wieńczy dziwna scena, w której grupa naukowców pozuje do zdjęcia przed monolitem i w chwili, gdy fotograf ma zdjęcie wykonać, tajemniczy obiekt emituje jakiś rodzaj fal dźwiękowych (czy innych?), które całkowicie ogłuszają wszystkich zgromadzonych wokół niego...
18 miesięcy później z Ziemi wyrusza statek kosmiczny, którego celem jest dotarcie na Jowisz, a na jego załogę składa się pięciu ludzi (z których troje jest zahibernowanych) oraz komputer HAL, który odtwarza procesy elektryczno-biochemiczne zachodzące w ludzkim mózgu (ze zwielokrotnioną szybkością rzecz jasna). HAL sprawuje pełną kontrolę nad całym statkiem, jest jego mózgiem, posiada zdolność widzenia, słyszenia i mówienia ludzkim głosem. Jednocześnie niejasna pozostaje jego emocjonalność. HAL potrafi rozpoznawać i interpretować nastrój ludzi, z którymi współpracuje, pozostaje z nimi w dobrych, uprzejmych relacjach, sam jednak nie zdradza żadnych emocji, jest chłodny i zawsze opanowany. Ufny w swoją nieomylność wydaje się jedynie zdradzać poczucie wyższości nad omylnymi ludźmi...
W pewnym momencie HAL zaczyna jednak szwankować. Dlaczego? Nie wiadomo. Jego ludzcy współtowarzysze, poważnie zaniepokojeni, postanawiają go wyłączyć. HALowi jednak udaje się przejrzeć ich plany i ... rozpoczyna walkę o przetrwanie. Zabija czterech spośród pięciu członków załogi, nie udaje mu się jednak wygrać z ostatnim - Davem Bowmanem. Ten, w słynnej i bardzo przejmującej scenie, wyłącza (a tym samym uśmierca) HALa.
Ta część filmu jest, moim zdaniem, najbardziej angażująca i przejmująca. Kubrick mistrzowsko stopniuje napięcie, czerwone oko HALa "spoglądające" nieruchomo w ekran w każdej kolejnej scenie coraz bardziej niepokoi. Dziwna relacja między człowiekiem a komputerem, z pozoru nacechowana spokojem, opanowaniem i wzajemną uprzejmością, pod spodem kipi podejrzliwością i nieufnością.
Dave wygrywa z komputerem. Wyłącza go i pozostaje na statku sam. Samotnie też kontynuuje podróż na Jowisza, dowiedziawszy się uprzednio, że jej prawdziwym (a ukrywanym przed "ludzką" częścią załogi) celem jest zbadanie zagadki kamiennego monolitu znalezionego na księżycu. W ostatniej, najdziwniejszej części filmu Dave dociera do Jowisza, wokół którego krąży nieważko tajemniczy obiekt. Tym razem w niewyjaśniony sposób monolit przenosi Dave'a w inny wymiar - Dave (a wraz z nim oszołomiony widz) gna poprzez feerię wielobarwnych świateł, coraz dalej i dalej, przy dźwiękach niepokojącej muzyki, w scenie ciągnącej się w nieskończoność, aż do utraty poczucia upływającego czasu. W końcu, na dnie tej "króliczej nory", Dave trafia do surrealnego apartamentu, którego futurystyczne wnętrze jest umeblowane w stylu klasycystycznym. Tam kubrickowski Odyseusz starzeje się w samotności, by na łożu śmierci raz jeszcze ujrzeć tajemniczy monolit, w obecności którego starzec zamienia się w płód i w tej postaci dryfuje przez przestrzeń kosmiczną i spogląda z daleka na błękitną Ziemię...
Ten niezwykły film został zrealizowany ze szczególnym rozmachem. Długim, majestatycznym scenom towarzyszy patetyczna muzyka (ze słynnym utworem Richarda Straussa "Tako rzecze Zaratustra" w pierwszej scenie), pomysłowe efekty specjalne nawet obecnie pozwalają wierzyć, że rzecz w istocie dzieje się w przyszłości, w odległej kosmicznej przestrzeni. Jednocześnie dialogi stanowią nikłą część tego dwugodzinnego dzieła, które przemawia przede wszystkim obrazem i dźwiękiem. Film gra na emocjach, intryguje, niepokoi, zdumiewa.
Dzieło Kubricka, mimo iż toczy się statecznie i zawiera niewiele dialogów, naszpikowane jest treścią, poszukuje źródeł i istoty człowieczeństwa, zagłębia się w problem sztucznej inteligencji i możliwego konfliktu między ludźmi a stworzonymi przez nich maszynami, zadaje pytanie o istnienie pozaziemskich cywilizacji.
Czym jest tajemniczy monolit? Oczywiście nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Dla mnie, być może wbrew intencji twórców, symbolizuje on jakąś formę Bożej interwencji. To on daje początek człowiekowi, to jego człowiek potem niestrudzenie poszukuje, to w jego obliczu odkrywa prawdę o sobie i świecie. Taka interpretacja nie jest być może zupełnie odosobniona, skoro film znalazł się na watykańskiej liście 45 filmów, które propagują szczególne wartości religijne, moralne lub artystyczne.
Reasumując - świetne, spektakularne, a zarazem refleksyjne kino. Zasłużona pozycja w setce "filmów koniecznych"...
Film składa się z mniej więcej trzech (bądź czterech lub pięciu ;) części, które łączy wspólny mianownik pod postacią pewnego tajemniczego obiektu - gładkiego, prostopadłościennego monolitu. Obiekt ten niewątpliwie stanowi klucz do zrozumienia całego obrazu, choć do samego końca pozostaje zagadką jego prawdziwa natura.
W pierwszej części monolit ów objawił się pewnego poranka człekokształtnym protoplastom ludzkości. Nie wiadomo, skąd się wziął i co się z nim później stało, ale sam fakt jego zaistnienia zainspirował w jakiś tajemniczy sposób jednego z członków plemienia do użycia zwierzęcej kości jako narzędzia - w tej podniosłej chwili "rozpoczął się" człowiek - istota zdolna do kreatywnej myśli, do przekształcania otaczającego ją świata wedle własnego pomysłu. Zaraz potem jednak nasi przodkowie ujawnili kolejną i mniej już chwalebną ludzką cechę - skłonność do przemocy. Wymyślone przez nich narzędzie okazało się służyć nie tylko pozyskiwaniu pokarmu, lecz również niszczeniu przeciwnika...
Kolejna część filmu przenosi nas ku przyszłości (chociaż data 2001 jest już dla nas przeszłością i ciekawie jest zobaczyć, jak tę przyszłość-przeszłość wyobrażano sobie przed ponad 40-stu laty). Pewien naukowiec udaje się w podróż na Księżyc. Cel jego podróży długo pozostaje nieznany, wiadomo jednak, że tam, dokąd się udaje, dzieje się coś niezwykłego, co jest utrzymywane w najgłębszej tajemnicy. Ostatecznie okazuje się, że odkryto tam obecność... znajomego monolitu. Odkrycie to jest interpretowane przez badaczy jako dowód istnienia cywilizacji innej niż ziemska. Tę część filmu wieńczy dziwna scena, w której grupa naukowców pozuje do zdjęcia przed monolitem i w chwili, gdy fotograf ma zdjęcie wykonać, tajemniczy obiekt emituje jakiś rodzaj fal dźwiękowych (czy innych?), które całkowicie ogłuszają wszystkich zgromadzonych wokół niego...
18 miesięcy później z Ziemi wyrusza statek kosmiczny, którego celem jest dotarcie na Jowisz, a na jego załogę składa się pięciu ludzi (z których troje jest zahibernowanych) oraz komputer HAL, który odtwarza procesy elektryczno-biochemiczne zachodzące w ludzkim mózgu (ze zwielokrotnioną szybkością rzecz jasna). HAL sprawuje pełną kontrolę nad całym statkiem, jest jego mózgiem, posiada zdolność widzenia, słyszenia i mówienia ludzkim głosem. Jednocześnie niejasna pozostaje jego emocjonalność. HAL potrafi rozpoznawać i interpretować nastrój ludzi, z którymi współpracuje, pozostaje z nimi w dobrych, uprzejmych relacjach, sam jednak nie zdradza żadnych emocji, jest chłodny i zawsze opanowany. Ufny w swoją nieomylność wydaje się jedynie zdradzać poczucie wyższości nad omylnymi ludźmi...
W pewnym momencie HAL zaczyna jednak szwankować. Dlaczego? Nie wiadomo. Jego ludzcy współtowarzysze, poważnie zaniepokojeni, postanawiają go wyłączyć. HALowi jednak udaje się przejrzeć ich plany i ... rozpoczyna walkę o przetrwanie. Zabija czterech spośród pięciu członków załogi, nie udaje mu się jednak wygrać z ostatnim - Davem Bowmanem. Ten, w słynnej i bardzo przejmującej scenie, wyłącza (a tym samym uśmierca) HALa.
Ta część filmu jest, moim zdaniem, najbardziej angażująca i przejmująca. Kubrick mistrzowsko stopniuje napięcie, czerwone oko HALa "spoglądające" nieruchomo w ekran w każdej kolejnej scenie coraz bardziej niepokoi. Dziwna relacja między człowiekiem a komputerem, z pozoru nacechowana spokojem, opanowaniem i wzajemną uprzejmością, pod spodem kipi podejrzliwością i nieufnością.
Dave wygrywa z komputerem. Wyłącza go i pozostaje na statku sam. Samotnie też kontynuuje podróż na Jowisza, dowiedziawszy się uprzednio, że jej prawdziwym (a ukrywanym przed "ludzką" częścią załogi) celem jest zbadanie zagadki kamiennego monolitu znalezionego na księżycu. W ostatniej, najdziwniejszej części filmu Dave dociera do Jowisza, wokół którego krąży nieważko tajemniczy obiekt. Tym razem w niewyjaśniony sposób monolit przenosi Dave'a w inny wymiar - Dave (a wraz z nim oszołomiony widz) gna poprzez feerię wielobarwnych świateł, coraz dalej i dalej, przy dźwiękach niepokojącej muzyki, w scenie ciągnącej się w nieskończoność, aż do utraty poczucia upływającego czasu. W końcu, na dnie tej "króliczej nory", Dave trafia do surrealnego apartamentu, którego futurystyczne wnętrze jest umeblowane w stylu klasycystycznym. Tam kubrickowski Odyseusz starzeje się w samotności, by na łożu śmierci raz jeszcze ujrzeć tajemniczy monolit, w obecności którego starzec zamienia się w płód i w tej postaci dryfuje przez przestrzeń kosmiczną i spogląda z daleka na błękitną Ziemię...
Ten niezwykły film został zrealizowany ze szczególnym rozmachem. Długim, majestatycznym scenom towarzyszy patetyczna muzyka (ze słynnym utworem Richarda Straussa "Tako rzecze Zaratustra" w pierwszej scenie), pomysłowe efekty specjalne nawet obecnie pozwalają wierzyć, że rzecz w istocie dzieje się w przyszłości, w odległej kosmicznej przestrzeni. Jednocześnie dialogi stanowią nikłą część tego dwugodzinnego dzieła, które przemawia przede wszystkim obrazem i dźwiękiem. Film gra na emocjach, intryguje, niepokoi, zdumiewa.
Dzieło Kubricka, mimo iż toczy się statecznie i zawiera niewiele dialogów, naszpikowane jest treścią, poszukuje źródeł i istoty człowieczeństwa, zagłębia się w problem sztucznej inteligencji i możliwego konfliktu między ludźmi a stworzonymi przez nich maszynami, zadaje pytanie o istnienie pozaziemskich cywilizacji.
Czym jest tajemniczy monolit? Oczywiście nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Dla mnie, być może wbrew intencji twórców, symbolizuje on jakąś formę Bożej interwencji. To on daje początek człowiekowi, to jego człowiek potem niestrudzenie poszukuje, to w jego obliczu odkrywa prawdę o sobie i świecie. Taka interpretacja nie jest być może zupełnie odosobniona, skoro film znalazł się na watykańskiej liście 45 filmów, które propagują szczególne wartości religijne, moralne lub artystyczne.
Reasumując - świetne, spektakularne, a zarazem refleksyjne kino. Zasłużona pozycja w setce "filmów koniecznych"...
Subskrybuj:
Posty (Atom)












