niedziela, 20 stycznia 2013

"W poszukiwaniu straconego czasu" tom VI "Utracona" rozdział II

Tak jak w pierwszym rozdziale Marcel traci Albertynę w sensie dosłownym - ukochana opuszcza go i zaraz potem umiera, tak w kolejnym traci ją stopniowo w pamięci, wspomnienia o niej z bolesnych i przyprawiających o rozpacz stają się coraz bardziej odległe i miłe. Nowe "ja" Marcela, jak sam to tłumaczy, zastąpiło "ja" poprzednie i to nowe "ja" zna Albertynę już tylko pośrednio, jedynie z opowieści, nie może więc kochać jej tak mocno, jak "ja" minione...
W tym czasie też, kiedy Marcel stopniowo zapomina o Albertynie, poznaje na nowo Gilbertę, którą początkowo bierze za kogoś innego i na chwilę niemal zakochuje się w niej. Gilberta tymczasem nie jest już panną Swann, lecz panną Forcheville, adoptował ją bowiem nowy mąż jej matki (znany nam już z pierwszego tomu!). Gilberta stanowi teraz najbardziej atrakcyjną partię w Paryżu, chętnie więc pozbyła się niewygodnego, semickiego nazwiska. Na tym jednak nie koniec - ta śliczna dziewczyna, która po ojcu odziedziczyła błyskotliwy intelekt, robi wszystko, aby nie być kojarzoną z osobą Swanna, wraz z nazwiskiem wypiera się pamięci o tym, który tak ją kochał i w niej upatrywał jedynej nadziei na własne, pośmiertne "trwanie". M., świadomy tego wszystkiego, przygląda się Gilbercie z żalem...
Tymczasem kolejne spotkania z Anną odkrywają przed Marcelem nowe rewelacje na temat Albertyny. Odkrycia te zasmucają go, choć nie tak silnie, jak jeszcze kilka tygodni wcześniej, a jednocześnie utwierdzają w przekonaniu, że "życie jest zbyt zawiłe i nie sposób dojść prawdy" oraz (po kilku stronach), że "prawda jest rzeczą równie zawiłą jak życie".

W końcu w rozdziale tym ma miejsce wydarzenie bardzo istotne, jakim jest publikacja artykułu M. na pierwszej stronie "Le Figaro". Zdumienie, radość i jednocześnie troska o to, czy artykuł będzie czytany, jak zostanie odebrany itd. przepełniają Marcela, gdy po raz pierwszy z niedowierzaniem odczytuje swoje własne słowa w druku. To jego pierwszy krok na drodze do pisarskiej kariery, chociaż już teraz przeczuwa on, że "kariera" nie  jest celem, dla którego będzie pisać, i że w miarę, jak "pogrąży się" w pisaniu, zniknie zarazem dla świata, który straci dla niego znaczenie...

W ostatnim zaś zdaniu narrator zapowiada, że kolejne rozdziały przeniosą nas do... Wenecji!

niedziela, 13 stycznia 2013

"Łowca Androidów"

"Łowca Androidów" to, podobnie jak "Odyseja Kosmiczna", film o przyszłości. Jest to jednak przyszłość, z perspektywy czasów obecnych, dosyć nieodległa - akcja filmu toczy się w roku 2019. Podobnie jak w przypadku "Odysei", tak i tym razem mam wrażenie, że autorzy filmu / powieści nieco przeszacowali tempo cywilizacyjnego postępu - wielopiętrowe miasta, podboje odległych galaktyk i, w końcu, genetycznie zaprogramowane "humanoidy" - to wszystko jeszcze daleko przed nami. Szczęśliwie również świat póki co nie jest tak straszliwie ponury, jak w mrocznym obrazie Ridleya Scotta...
"Łowca..." jest nakręcony w konwencji neo-noir, mimo więc, że w "kolorze" i w przyszłości, film utrzymany jest w typowym, "czarnym" klimacie, akcja toczy się niemal wyłącznie w nocy, lub przynajmniej o zmierzchu,  oraz w strugach nieustającego deszczu. Nastrój jest niepokojący, granica między dobrem a złem - nieostra.

Wspomniane "humanoidy", nazywane w filmie "replikantami", tudzież "androidami", to rodzaj ludzkich klonów, genetycznie zmodyfikowanych i produkowanych do określonych celów. Replikanci przewyższają ludzi zręcznością i siłą, a niekiedy również - inteligencją. Zasadniczą cechą różniącą ich od ludzi jest niezdolność do odczuwania emocji, co jednak nie jest do końca prawdą, gdyż z upływem czasu androidy "uczą się" również uczuć. Jak łatwo przewidzieć, istoty takie mogłyby stanowić dla ludzi zagrożenie, stąd są tak zaprogramowane, aby żyć nie dłużej niż 4 lata... Replikanci są wykorzystywani przez ludzi jako niewolnicy przy niebezpiecznych pracach na odległych planetach, a jednocześnie na Ziemi nie wolno im przebywać. Specjalnie powołane do tego jednostki policji (tzw. "łowcy androidów") zabijają (co określa się mianem "dymisjonowania") replikantów, którym uda się znaleźć na Ziemi.



Rick Deckard (w tej roli Harrison Ford, już po raz trzeci na naszym blogu!) jest oczywiście (chociaż mimo woli) takim łowcą androidów. Dostaje on zlecenie odnalezienia i zdymisjonowania kilkorga replikantów, którzy przedostali się na Ziemię. Przy tej okazji poznaje on twórcę androidów oraz jego najnowsze dzieło- Rachel, replikantkę "wyposażoną" we wspomnienia i nieświadomą tego, że nie jest człowiekiem. Deckard zakochuje się oczywiście w pięknej i smutnej Rachel (która, na marginesie, ratuje mu w międzyczasie życie), a tymczasem jego przełożeni dołączają ją do listy jego "celów".

Film ten traktuje więc oczywiście o istocie człowieczeństwa. W świecie ludzi i androidów trudno nie zaobserwować paradoksalnego zjawiska, że podczas gdy androidy odkrywają w sobie człowieczeństwo, tworzą więzi, pragną żyć i być ludźmi, ludzie z drugiej strony są obojętni, bezwzględni i wydają się swoje człowieczeństwo zatracać. Doczytałam się, że wśród miłośników filmu trwa debata, czy Deckard był androidem (przemawia za tym kilka scen oraz sam Ridley Scott ;) ) czy jednak człowiekiem. Moim zdaniem to nie ma aż tak dużego znaczenia - film sugeruje, że człowieka definiuje nie - pochodzenie, lecz zdolność do odczuwania wyższych uczuć - miłości, współczucia, cierpienia...

Kolejnym zagadnieniem, jakie film porusza, jest oczywiście pytanie, w jakim kierunku zmierzamy. Do czego prowadzi nas postęp techniczny, nieustająca ekspansja, coraz dalej idące eksperymenty w dziedzinie medycyny? Oczywiście z takich pytań nie może nic wyniknąć - nawet jeśli udzielimy na nie jakichś odpowiedzi, nie wpłyniemy w żaden sposób na kierunek i dynamikę rozwoju wszystkich wymienionych zjawisk...



Film więc dotyka zagadnień istotnych, w dodatku jest interesujący wizualnie - do mnie ta ponura, niepokojąca, zasnuta deszczem wizja Los Angeles przyszłości przemawia. Niemniej nie nazwałabym tego obrazu "olśniewającym arcydziełem", jak głosi cytat z recenzji w New York Newsday umieszczony na okładce płyty DVD. Film nie angażuje emocjonalnie, a i dla intelektu te opisane powyżej, oklepane w gruncie rzeczy pytania, nie stanowią jakiejś nadzwyczajnej pobudki. Wydaje mi się, że na liście 100 najlepszych filmów wszech czasów znalazłabym dla niego jakieś zamienniki...

Oglądało się jednak przyjemnie - wieczór niezmarnowany - i na tym kończę.

czwartek, 10 stycznia 2013

"W poszukiwaniu straconego czasu" tom VI "Utracona" rozdział I

VI tom powieści Prousta przeszedł od czasu pierwszej publikacji kilka istotnych przeobrażeń, z których najistotniejsze miało miejsce w 1987 roku, kiedy to przeredagowano go zgodnie z maszynopisem odkrytym przez zięcia siostrzenicy Prousta po jej śmierci. Jak podaje "wiki", w wersji tej Proust dodał pewien "kluczowy szczegół", a także usunął sporą partię tekstu. We wspomnianym 1987 ukazał się więc VI tom pod nowym tytułem "La Fugitive" (poprzedni tytuł: "Albertine disparue", w przekładzie polskim "Nie ma Albertyny"). Natomiast w 2001 pojawiło się nowe polskie tłumaczenie VI tomu autorstwa Magdaleny Tulli. Uwzględnia ono obydwie wersje tej części powieści i nosi tytuł "Utracona". I ten właśnie przekład czytam teraz...

Nie ma Albertyny. Marcel nie może się z tym pogodzić, jedynym ukojeniem są dla niego próby sprowadzenia jej do siebie z powrotem. Najpierw więc ucieka się do typowej dla siebie intrygi - wysyła Roberta de Saint-Loup do pani Bontemps, aby przy pomocy wysokiej łapówki zmusił ją, by wpłynęła na siostrzenicę. Następnie, jako że Albertyna natychmiast rozszyfrowuje jego intencje, dochodzi do gwałtownej wymiany listów między kochankami, w których to listach M. początkowo, jak zwykle, kłamie obficie, deklarując, że między nimi już szczęśliwie skończone, zatem teraz weźmie do siebie Annę. Kiedy jednak widzi, że jego taktyka zdaje się nie przybliżać go ani odrobinę do upragnionego celu, w kolejnym liście otwarcie błaga ukochaną, by do niego wróciła. "Odpowiedź" jest jedyną, jakiej naprawdę nie można się było spodziewać. Marcel otrzymuje telegram z informacją, że Albertyna nie żyje! Zginęła w tragicznym wypadku.
Co więcej, w chwilę później narrator otrzymuje jeszcze ostatnie listy od Albertyny - w drugim z nich zapowiada ona, że oczywiście natychmiast do niego wróci...

Nie będę próbowała opisać tego, co z takim kunsztem Proust opisuje na kolejnych dziesiątkach stron tej części powieści - tego, czym jest śmierć osoby bliskiej. Miłość Marcela wskutek tej śmierci zamiast ucichnąć - narasta, rozniecana beznadziejną tęsknotą i ciągle żywą zazdrością. Zazdrość popycha nawet Marcela do ponawiania dochodzenia w sprawie prowadzenia się Albertyny - w tym celu wysyła Aimego do Balbec, a następnie do Nicei, by tam poszukiwał dowodów na homoerotyczne miłostki kochanki (o zgrozo!). Albertyna jest też ciągle obecna w jego wspomnieniach, w jego myślach. Patrzy na świat uwzględniając jej perspektywę, poszukuje środowisk, w których ona by się najpewniej obracała, zaczyna nawet gustować w brunetkach, podejrzewając, że i ona preferowała taki typ dziewczęcej urody.

W wielu miejscach tego rozdziału (zarówno przed, jak i po śmierci Albertyny) pojawia się też myśl, na którą chciałam zwrócić szczególną uwagę, a mianowicie, jak dalece człowiek nie zna siebie samego. "Umysł, nawet najbardziej przenikliwy, nie może zobaczyć substancji, która go wypełnia" - pisze Proust - "Myliłem się, gdy wierzyłem, że potrafię czytać we własnym sercu". W tym miejscu nie sposób nie zacytować "Więc można kochać i nie wiedzieć o tym"... Myśl ta jednak jest jeszcze głębsza. Nie tylko bowiem chodzi o to, że człowiek pozostaje nieświadomy swojej miłości dopóki jej nie straci, lecz także o to, że naprawdę nie zna siebie. Myśląc o sobie, ulega złudzeniu, które sam na swój temat tworzy. A tymczasem w środku kłębią się w nim dzikie emocje, nieuświadomione pragnienia, uprzedzenia, motywacje itd. Po przeczytaniu 180 stron tekstu poświęconych zasadniczo "jednej utracie" uświadamiam sobie, jak złożoną i niezbadaną w gruncie rzeczy strukturą jest ludzka psychika. Proust zmusza czytelnika (mnie przynajmniej) do zatrzymania się nad swoim własnym doświadczaniem życia - czy potrafię odpowiedzieć na pytania, dlaczego czasami przepełnia mnie uczucie szczęśliwości, albo dlaczego płaczę, czego naprawdę się boję, czym się kieruję w życiu? (a podobno Proust nie znał Freuda w ogóle...)
Ten wątek najbardziej spodobał mi się w I rozdziale VI tomu. Poza tym zaś nie ukrywam, że jakkolwiek urzeczona Proustem, marzę o tym, by (po roku!!!) skończyć już tę lekturę...

P.S. Marcel porównuje w pewnym momencie swój los do losu Swanna wskazując na pewne lustrzane podobieństwa, ale także na "symetryczne" różnice. Sugeruje, że najistotniejsza różnica., różnica "w powołaniu" dopiero się ujawni...

P.S. P.S. W rozdziale tym Marcel odkrywa również niegodziwą naturę swojego przyjaciela, Roberta Saint-Loup, podsłuchawszy przypadkowo rozmowę, w której ten udziela służącemu nikczemnych wskazówek, jak pozbyć się niewygodnego konkurenta z pałacu księżnej Oriany. Natychmiast przypominają mi się radykalne zmiany charakteru, jakim ulegali inni bohaterowie powieści, szczególnie w tomie II. Dlaczego jednak Robert? Ostatni chyba człowiek (nie licząc matki), który był nie tylko bliski Marcelowi, ale który wydawał się dobrym i uczciwym... Do smutnego tego wątku zapewne jeszcze Proust powróci...

sobota, 29 grudnia 2012

"W poszukiwaniu straconego czasu" tom V "Uwięziona" rozdział III "Zniknięcie Albertyny"

W rozmowie Marcela z Albertyną na temat Dostojewskiego pada takie zdanie, że obsesja morderstwa ma u tego pisarza coś szczególnego i czyni go ona Marcelowi kimś bardzo obcym. Ja zaczynam mieć podobne odczucia w odniesieniu do zjawiska obsesyjnej, zazdrosnej miłości u Prousta. Kolejny, ostatni rozdział piątego tomu znów koncentruje się na zawiłej relacji dwojga bohaterów - znudzonego, ale nieustępliwie zazdrosnego Marcela oraz Albertyny - nadal tajemniczej, ciągle uciekającej się do kłamstw i wykrętów. W czasie jednej z ich rozlicznych sprzeczek Marcel znienacka postanawia, że muszą się nieodwołalnie i natychmiast rozstać i obstaje przy tym stanowczo, będąc jednocześnie pewnym (i spokojnym), że rozstanie jest zupełnie niemożliwe. Odgrywa on tę scenę tak przekonująco, że w końcu sam zaczyna odczuwać trwogę i ból rozstania. Zdumiona Albertyna wydaje się wierzyć w jego zamiary (czy jednak nie jest aktorką równie przekonującą jak jej kochanek?), martwi się, płacze, by w końcu z wdzięcznością przyjąć propozycję pogodzenia.
W jakiś czas potem jednak dochodzi do kolejnej kłótni, po której coś "pęka" w Albertynie - staje się ona nieoczekiwanie łagodna, opanowana, chłodna. Zamyka się, odwraca od Marcela nieodwołalnie. Pozostaje posłuszna, godzi się zostać z nim do późnego wieczora, ale nie całuje go już na dobranoc. Kiedy zaś w końcu udaje się do swojego pokoju, pozwala sobie na coś, co w domu tym było nie do pomyślenia - z hukiem otwiera okno w środku nocy. Złowrogi hałas przejmuje Marcela trwogą - jest to znak, któremu nie chce wierzyć, to ponura zapowiedź nieuchronnego rozstania. W następujących potem tygodniach Albertyna nadal pozostaje uległa, godzi się z łatwością na wszelkie projekty Marcela, a jednak nie ma już dla niego dawnej czułości, pozostaje odmieniona. Marcel dochodzi więc pewnego wiosennego poranka do wniosku, że jest to chyba najbardziej odpowiedni moment na łagodne rozstanie i kiedy je planuje, kiedy obmyśla, jak je przeprowadzić i jakie potem otworzą się przed nim możliwości - ona nieoczekiwanie go opuszcza, po prostu odjeżdża nie pożegnawszy się, zostawia mu tylko krótki list. Takim oto efektownym zakończeniem zwieńczył Proust (tudzież redaktorzy jego dzieła) piąty tom powieści. Marcel, usłyszawszy od Franciszki informację o odejściu Albertyny, czuje, że traci oddech, zlewa go zimny pot - w jednej sekundzie odkrywa, że ta, która wydawała mu się obojętna, z którą planował się rozstać, jest mu najdroższa i nieodzowna.

Przyznam, że bohaterowie Prousta (w tym przypadku mam na myśli zarówno Marcela, jak i Albertynę) są tak egoistyczni, nieuczciwi, tak pożądliwi i próżni, że nie znajduję w sobie dla nich zbyt wiele współczucia. Ucieczka Albertyny w moim odbiorze była konieczna, by Marcel poprzez utratę miłości pojął głębiej, czym miłość jest (chociaż mogło mu się wydawać, że o miłości i jej udrękach wie już wszystko). Jako czytelnik blisko już z postaciami powieści związany mam ochotę napisać "I bardzo dobrze, że w końcu uciekła. Najwyższa pora".

Chciałabym za to wrócić do wspomnianej już przeze mnie rozmowy Marcela z Albertyną na temat literatury. Marcel tłumaczy wówczas Albertynie, że u każdego pisarza, u każdego artysty zaobserwować można powtarzalność wątków, tematów, kolorów - każdy twórca bowiem otwiera w swoich dziełach liczne okna na swój jeden, wewnętrzny świat. Pragnienie miłości, tajemnicza wyższość sztuki nad wszelkim innym doświadczeniem, zagadka bycia i przemijania w czasie - oto wątki, które wydają mi się spajać całość proustowskiego dzieła i które autor poddaje ciągle nowym studiom. Jest zresztą pewnie takich wątków znacznie więcej, te jednak pozostają dla mnie najwyraźniej widoczne i najważniejsze zarazem. Ciekawe, czy tak pozostanie do końca i czy na przestrzeni dwóch ostatnich tomów dokonam jeszcze wraz z Proustem jakichś nowych odkryć...

Bardzo udany kadr z adaptacji "W poszukiwaniu ..." 
autorstwa  Niny Companeez z 2010, 
film jest dostępny na vimeo - może uda mi się go 
jeszcze przed końcem stażu obejrzeć...

piątek, 30 listopada 2012

"Rzymskie wakacje"

Nie wiem, ile miesięcy minęło, od kiedy obejrzałyśmy ten cudny film. Niemniej właśnie teraz nadeszła pora nadrabiania blogowych zaległości, zatem - spróbuję wydobyć z mroków pamięci swoje wrażenia...

Pamiętam, że pierwsze odkrycie, jakiego dokonałam w trakcie oglądania "Rzymskich Wakacji", to że Audrey Hepburn jest w nich równie zachwycająca, jak w "Śniadaniu u Tiffany'ego". Główna bohaterka filmu w jej wykonaniu jest tak czarująca, tak pełna wdzięku, że dla niej samej oglądanie tego obrazu to czysta przyjemność. Rola ta przyniosła Hepburn (zasłużenie!) Oscara i z mało znanej aktorki związanej głównie ze sceną teatralną uczyniła światowej skali sławę.

Hepburn wciela się w rolę księżniczki Anny, która składa szereg dyplomatycznych wizyt w stolicach europejskich. Młodziutka i śliczna księżniczka czuje się nieco osaczona i samotna pośród swych oddanych, ale zarazem obojętnych podwładnych, w życiu, którego każdy dzień jest szczegółowo zaplanowany i wypełniony nudnymi konferencjami, oficjalnymi spotkaniami i ciągnącymi się w nieskończoność przyjęciami. Księżniczka całymi dniami uśmiecha się przepisowo, pozdrawia tłumy dyskretnym skinieniem, kłania się skromnie swoim gościom, odpowiada wyuczonymi frazami na ciągle te same pytania. Tymczasem jej młoda dusza rwie się do życia, marzy o przygodzie. Aż wreszcie pewnego dnia, w trakcie wizyty w Rzymie, wieczorem, oczarowana dźwiękami muzyki dobiegającymi zza okna, księżniczka ucieka z pałacu i rusza "w miasto".

Jak łatwo można się domyślić, "w mieście" spotyka ona mężczyznę (pomińmy zawiłe i zabawne okoliczności tego spotkania), a jest nim nie kto inny, lecz Gregory Peck, w roli dziennikarza-lekkoducha (Joe), który szybciej traci pieniądze przegrywając je w karty niż zarabia. Joe, zorientowawszy się (poniewczasie), że ma do czynienia z księżniczką, przez dłuższy czas chce tę okoliczność wykorzystać niecnie do realizacji swoich zawodowych planów, lecz (co również łatwo przewidzieć) w końcu między tymi dwojgiem zawiązuje się piękne uczucie, które plany Joe'go niweczy...
Nie o fabułę zresztą tu chodzi, ale o swoisty czar tego filmu - wszystko jest w nim piękne i pociągające (z księżniczką Anną na czele), nie sposób oprzeć się sielskiemu nastrojowi, jakim ten obraz emanuje...

A. Hepburn i G. Peck w przezabawnej i, co ciekawe, prawdziwie spontanicznej scenie przy Wyroczni

Osobiście spodobało mi się jednak szczególnie zakończenie filmu, które teraz zdradzę. Otóż - ostatecznie, mimo tak pięknego i świeżego zakochania, księżniczka Anna decyduje się jednak powrócić do pałacu, do swoich obowiązków, do swoich poddanych, którym pozostaje wierna. W ostatniej scenie Joe widzi się jeszcze z Anną na oficjalnej konferencji, którą opuszcza jako ostatni, kiedy nikogo nie ma już na sali. Kamera śledzi go powoli zmierzającego ku wyjściu, podczas gdy w tle widać podium, które parę chwil wcześniej opuściła Anna. I nie wiem, czy uczucie takie jest udziałem każdego widza, ale ja, patrząc na tę scenę, oczekiwałam w napięciu, aż Anna pojawi się tam znów, chociażby po to, żeby raz jeszcze czule pożegnać się z ukochanym. Tak się jednak nie dzieje. Ten film należy do innej epoki. I to właśnie szczególnie mi się spodobało.


środa, 28 listopada 2012

"W poszukiwaniu straconego czasu" tom V "Uwięziona" rozdział II "Verdurinowie zrywają z panem de Charlus"

Kolejny, niedługi rozdział V-tego tomu powieści Prousta faktycznie (jak wskazuje tytuł) koncentruje się na pewnym nieszczęsnym wieczorze u Verdurinów, podczas którego dochodzi do zerwania między "paczką" wraz z Morelem a baronem de Charlus. M. jest mimowolnym świadkiem tego dramatu i chociaż baron de Charlus w dużej mierze zapracował sobie na odrzucenie ze strony pogardzanego przez niego środowiska, niemniej w oczach M. pozostaje on jednak ofiarą, budzi współczucie.

Charlus sam zaplanował ten wieczór, chciał wykorzystać salon pani Verdurin dla promocji swojego protegowanego. W związku z tym sam decydował, kto zostanie, a kto kategorycznie nie zostanie zaproszony, sam zaplanował część artystyczną wieczoru i zasadniczo to on czuł się tego dnia gospodarzem.

W dniu przyjęcia "goście barona" również zachowują się tak, jakby to on był gospodarzem wieczoru. Witają się z nim, dziękują mu za zaproszenie, właściwymi zaś gospodarzami nie interesują się w najmniejszym stopniu. Baron wraz ze swoimi "wielkoświatowymi" przyjaciółmi nie wahają się też bezczelnie krytykować tych elementów wieczoru, które zostały zorganizowane przez panią Verdurin. "Pryncypałka" bardzo dotkliwie odczuwa takie znieważenie i aż kipi żądzą zemsty. Natychmiast też wpada na nikczemny pomysł poróżnienia Morela z Charlusem, co przychodzi jej bez większego trudu, za to jest kompletnym zaskoczeniem dla barona i całkowicie go przygniata. Dochodzi więc w istocie do sceny bardzo dramatycznej, poprzedzonej zresztą długim preludium kolejnych obrazów, dialogów, w których stopniowo narasta napięcie, w której to finalnej scenie kategorycznie odrzucony przez Morela baron pozostaje samotny i oniemiały, poniżony i bezradny na środku tego salonu, w którym chwilę wcześniej przeżywał swój ostatni wzlot...

Alain Delon jako baron de Charlus w filmie Volkera Schlondorffa...

Baron traci więc tę miłość, której nigdy nie posiadał. Morel od początku wykorzystywał go dość cynicznie, chociaż trudno nie zauważyć, że i baron traktował swego "umiłowanego" w sposób przedmiotowy, pragnąc zarządzać całym jego życiem i czasem (co zresztą wydaje się nieodłącznym elementem miłości u Prousta). I chociaż wątek ten ma niewątpliwe duże znaczenie w powieści, a sam baron pozostaje w moim odczuciu jej "drugim głównym bohaterem", niemniej mnie w tym rozdziale bardziej interesują inne wątki.

Otóż dla Marcela wieczór u Verdurinów ma ukryte znaczenie. Wiedział on bowiem, że na spotkanie to wybierała się Albertyna, więc powstrzymawszy ją od tego, sam udał się tam, aby się przekonać, kogo chciała tam spotkać, czego doświadczyć. Odpowiedź (domniemana) na te pytania okazuje się dla niego szczególnie dotkliwa - otóż na wieczorze tym miały się zjawić panna Vinteuil ze swoją przyjaciółką...

Morel w części artystycznej wieczoru interpretuje po mistrzowsku septet Vinteuila, jeszcze głębszy, jeszcze piękniejszy od jego sławetnej sonaty. Marcel słuchając tej muzyki całkowicie się jej poddaje, odkrywa jej głębię, zanurza się w jej tajemnicy, która wydaje mu się czymś większym, czymś prawdziwszym niż wszelkie inne doświadczenie. Dochodzi on do przeświadczenia, że muzyka stwarza możliwość porozumienia niemożliwego między ludźmi, otwiera drzwi do wnętrza drugiego człowieka, pozwala widzieć świat innym, takim, jakim go kto inny zobaczył. Taka możliwość jest dla M. absolutnie fascynująca. "Skrzydła, inny aparat oddechowy, które by nam pozwoliły przebyć bezmiary, nie zdałyby się nam na nic, bo gdybyśmy się udali na Marsa i na Wenus zachowując te same zmysły, wszystkiemu, co moglibyśmy tam ujrzeć, dałyby one tę samą postać, jaką oglądamy na ziemi." - pisze Proust - "Jedyną prawdziwą podróżą, jedyną kąpielą w wodzie Młodości byłoby iść nie ku nowym krajobrazom, ale mieć inne oczy, widzieć wszechświat oczami kogoś innego, stu innych, widzieć sto światów, które każdy z nich widzi, którym każdy z nich jest; a to możemy uczynić z jakimś Elstirem, z Vinteuilem, z podobnymi do nich lecimy naprawdę z gwiazd na gwiazdy." Podobnie lektura Prousta to dla zdumionego, nieco już zmęczonego, ale pełnego podziwu czytelnika międzygwiezdny lot...

Co w dalszej kolejności zasługuje na szczególną uwagę, to swoista zabawa w dwuznaczności, jaką uprawia autor. Interesująco dwuznaczna jest postać przyjaciółki panny Vinteuil. Otóż to właśnie ona, po śmierci Vinteuila, odkryła i objawiła jego dzieła nieujawnione za życia, a genialne! Na kanwie tego wątku autor snuje refleksje, jak to za sprawą osób trzecich świat może poznać geniusz autora, który bez tej pomocy pozostał by w cieniu, niemożliwy do skojarzenia z tym, co nigdy nie zostało poznane. Nie sposób nie odnaleźć w tych słowach analogii do sytuacji samego autora, który również swą "nieśmiertelność" zawdzięcza skrupulatnej pracy wielu osób, które po jego śmierci poświęciły długie lata na odcyfrowywanie, analizę i publikację tego, co po sobie pozostawił.

Nie to jest jednak najważniejsze. Dla mnie bardziej istotne jest to, że dla M. panna Vinteuil z jednej strony ma być przyczyną cierpień zazdrosnej miłości, z drugiej zaś to właśnie za jej sprawą może on doświadczyć tego transcendentnego spotkania z muzyką Vinteuila, która otwiera mu drzwi do nowego świata. Proust pisze "A ja, dla którego (..) ta kobieta (...) miała być (...) przyczyną tylu cierpień, dzięki niej, w odpłatę, mogłem usłyszeć dziwne wołanie, którego nie przestanę już słyszeć nigdy, jako przyrzeczenie i dowód, że istnieje coś innego niż nicość, którą znalazłem we wszystkich rozkoszach i w samej miłości"...

Na tym etapie powieści wyraźnie jest już widoczne, że główny bohater całym sercem oddany różnym namiętnościom, w kolejnych tomach zaspokaja swoje pragnienia i za każdym razem doznaje zawodu, wszystko, o czym marzył, zaskakuje go swoją "nicością". Jedyne, co go nie zawodzi, to sztuka...

Zasypiam nad blogiem, zatem na dziś - wystarczy. Nie mogłam jednak się powstrzymać od pisania - tak bardzo chcę dalej czytać. Już wkrótce - tom VI...

środa, 14 listopada 2012

"W poszukiwaniu straconego czasu" tom V "Uwięziona" rozdział I "Wspólne życie z Albertyną"

V tom (!!!) rozpoczyna Boy-Żeleński krótkim przypisem, w którym wyjaśnia, że ta część oraz wszystkie kolejne zostały opublikowane już po śmierci Prousta, "a tym samym brak jest im ostatniego dotknięcia ręki pisarza, który zwykł był dużo pracować na korektach".
Notka ta zrobiła na mnie silne wrażenie. Oto Proust, który dla napisania tej powieści odciął się od świata i pisał niemal bez przerwy, zdeterminowany, aby w słowach utrwalić, unieruchomić ciągłą płynność życia, aby zmierzyć się z nieuchronnie przemijającym czasem, otóż ostatecznie, na swój sposób, z czasem przegrał. Śmierć przerwała mu pisanie, nie pozwoliła dokończyć dzieła w takim kształcie, jaki by mu ostatecznie nadał. I w dodatku, przy tak długo trwającej lekturze, czytelnik może mieć wrażenie, że dzieje się to niemal na jego oczach, że nagle nieoczekiwanie tłumacz wychodzi na scenę i mówi, że od tej chwili dzieło jako takie się kończy, pozostały nam jedynie materiały, jakie odnaleziono w pustym mieszkaniu autora...

Gwoli jednak sprawiedliwości - zmiana ta nie daje się póki co w czytaniu odczuć. Narracja jest płynna, język soczysty - jak zwykle. Od czasu do czasu zdarzają się gwałtowne zmiany tematu, niejako "bez uprzedzenia", były one jednak również obecne już we wcześniejszych tomach...

W V tomie Albertyna godzi się zamieszkać z Marcelem, pod nieobecność i ku zgryzocie jego matki. Tym samym kochanka koi cierpienia jego zazdrości, ale niewiele ponad to - Marcel wielokrotnie deklaruje, że nie kocha Albertyny, że nuży go ona, wydaje mu się coraz mniej ładna, nie cieszy go w ogóle. Pozostaje jednak o nią chorobliwie zazdrosny - do tego stopnia, że wyrzeka się wychodzenia z nią do miasta, aby nie rozglądać się co chwila za możliwością zdrady, aby nie snuć domysłów o rozrywkach, które przedłożyłaby nad jego towarzystwo. W zamian wysyła ją na wycieczki w towarzystwie Anny i znajomego szofera, których następnie szczegółowo wypytuje o wszystkie detale tych wypadów. Z drugiej strony nieustannie stara się umilić jej życie. Znając jej pasję do szykownych toalet, wypytuje Orianę Guermantes o rady w kwestii mody i wciąż sprawia swej wybrance coraz to nowe upominki. Czy aby utrzymać ją dłużej przy sobie? Aby za cenę chwilowego ukojenia podtrzymywać chorobę zazdrości, która go trawi?
Stała obecność Albertyny w domu (i życiu) Marcela przynosi mu satysfakcję i utrapienie zarazem. Przebywanie w jej towarzystwie męczy go i nuży, z przyjemnością za to słucha, jak pod jego wpływem poprawiło się jej wysłowienie, rozwinęła inteligencja. Gdy rano Albertyna wychodzi z domu, M. modli się w duchu, aby już nie wróciła, tymczasem wieczorem jej pocałunki i czułość są mu nieodzowne. Największego jednak szczęścia doświadcza przy kochance, gdy ta śpi... Wówczas niewinna, niezdolna do zdrady, otwarta i "ufna" należy tylko do niego. Albertyna ma z profilu nos haczykowaty i wyraz twarzy przykry, widziana za to en face sprawia miłe wrażenie. Marcel ujmuje więc jej twarz w dłonie i odwraca ją ku sobie, aby oglądać tę miłą stronę. Czy to nie znamienne?
"Miłość w swojej bolesnej trwodze, jak w szczęściu pragnienia, jest żądaniem wszystkości. Rodzi się, istnieje tylko o tyle, o ile pozostaje coś do zdobywania. Kochamy jedynie to, czego nie posiadamy całkowicie."
Całkowite zaś posiadanie, które, chociaż niemożliwe, chwilowo staje się jakby udziałem Marcela, otóż to upragnione posiadanie - miłość niweczy...

Atmosfera tego rozdziału jest zupełnie inna niż tomów poprzednich. "Uwięziona" wydaje się nie tylko Albertyna, której całym czasem i życiem rozporządza Marcel, lecz także sam narrator, który nie opuszcza już niemal swojego mieszkania. Stąd I rozdział V tomu ma w sobie coś dusznego, chorobliwego. Obsesyjna miłość-zazdrość, która trawi głównego bohatera, staje się tematem przewodnim tej części powieści. Sam Proust pisze w pewnym momencie "Byłem bardziej panem, niż sądziłem. Bardziej panem, to znaczy bardziej niewolnikiem". W innym zaś miejscu tak jeszcze pisze o miłości: "miłość rodzi się tylko z kłamstwa, a polega tylko na potrzebie ukojenia naszych cierpień przez istotę, która nam je zadała"...

Oddzielną kwestią jest, że chorobliwie zazdrosny Marcel, w każdym geście, słowie Albertyny gotów rozpoznać dowód zdrady, sam poirytowany jest jednocześnie tym, że bliskość Albertyny utrudnia mu uganianie się za szwaczkami i owocarkami... Przyznam w tym miejscu, że chwilami "tracę do niego cierpliwość"...

Równolegle toczy się w tej części jeszcze jeden, dziwaczny wątek. Otóż baron de Charlus z Morelem co dzień odwiedzają starego Jupiena i jego siostrzenicę i wypijają razem herbatkę na okoliczność zaręczyn Morela i młodej szwaczki. Sytuacja skomplikowana - każdy tu z każdym powiązany więzami niepodejrzewanymi przez pozostałych, w centrum zaś pozostaje baron de Charlus, coraz bardziej zachłanny, coraz głębiej pogrążony w obsesji zakazanej miłości... Morel zaś oczywiście ostatecznie porzuca biedną, rozkochaną w nim dziewczynę (bohater ten jest w takim stopniu antypatyczny, że nie mam ochoty poświęcać mu tutaj zbyt wiele miejsca)...

Ostatnio trafiłam w Internecie na artykuły-poradniki pod hasłem "jak przeczytać Prousta" :) Pierwsza i najważniejsza rada jest taka: "trzeba czytać szybko!". W moim przypadku jest to utrudnione, ale jeśli teraz nie zacznę czytać szybciej, może się to całe przedsięwzięcie skończyć kolejną klęską, zatem - zabieram się do dalszej lektury, nadal Proustem zauroczona i zdumiona...