czwartek, 28 czerwca 2012

"Kontrolerzy"

"Kontrolerzy" - film, który z przyjemnością obejrzałam po raz trzeci - to pełnometrażowy debiut węgierskiego reżysera Nimroda Antala, który napisał również scenariusz do tego filmu.

Główny bohater, Bulcsu, ucieka do podziemnego świata metra przed swoim życiem "na powierzchni", gdzie pogubił się w pogoni za sukcesem, stracił siły, by udowadniać światu, że jest najlepszy. W metrze zatrudnia się jako kontroler i pracuje z grupą nieprzeciętnych dziwaków, wyrzutków społeczeństwa, nienawidzonych przez pasażerów, poniżanych przez pracodawcę, prześladowanych przez podziemnych huliganów. Bulcsu nigdy nie wychodzi na powierzchnię, spędza w metrze dnie i noce, sypia na zimnych posadzkach peronów. Swoją pracę wykonuje ze zdumiewającym spokojem, zdystansowany i silny - wydaje się poważany w tym specyficznym, podziemnym świecie.
Tymczasem w metrze grasuje tajemniczy, zakapturzony człowiek, który wpycha pasażerów pod koła rozpędzonych pociągów. Tożsamość mordercy do końca filmu pozostaje nieznana i chociaż z całą pewnością nie jest to Bulcsu, to tym bardziej niejasne jest, dlaczego morderca jest ubrany dokładnie tak samo, jak główny bohater filmu. Bulcsu zresztą wydaje się predestynowany do stoczenia walki z czarnym bohaterem, co jest przyczyną nękającego go, skrywanego niepokoju.
Oczywiście w filmie nie brakuje też wątku miłosnego, Bulcsu zakochuje się ślicznie w Szofi - dziewczynie przebranej za misia i, rzecz jasna, to miłość pomaga mu ostatecznie zmierzyć się z tajemniczym "Złym" i wydostać na powierzchnię.

Ten nieszablonowy obraz o dość banalnej w gruncie rzeczy fabule broni się doskonale absurdalnym, czarnym poczuciem humoru. Do prawdziwych perełek należą m.in.. sceny, w których nie całkiem normalni kontrolerzy daremnie próbują wyegzekwować bilety od nie mniej zwariowanych pasażerów. Rozbraja także pierwsza scena filmu, w której autentyczny dyrektor budapesztańskiego metra tłumaczy, iż zgodził się co prawda na realizację tego obrazu w przestrzeni metra, jednak wyraża nadzieję, że widzowie odróżniają rzeczywistość od fikcji i rozumieją, że prawdziwi kontrolerzy nie zachowują się "w ten sposób".

Kolejnym atutem filmu jest jego dziwna "uroda". Mimo, iż w sposób zamierzony ukazuje on świat metra z całą jego szpetotą i nie próbuje wcale upiększać swoich bohaterów, to jednak w tajemniczy sposób pozostaje urzekający. Zapewne przynajmniej częściowo za takie wrażenie odpowiada fakt, że bohaterowie filmu, mimo iż w życiu poważnie pogubieni (i częściowo z życia wykluczeni), pozostają jednak w gruncie sympatyczni  i wzruszający.

Bulcsu ucieka do świata metra przed swoim życiem, okazuje się jednak, że świat ten wcale nie jest wolny od zła. Nasuwa się prosty wniosek - że przed złem nie da się uciec, należy raczej się z nim mierzyć (co w końcu główny bohater czyni). Niemniej - gdyby Bulcsu przed swoim życiem nie uciekł, nie spotkałby ślicznej Szofi, bez której być może nigdy nie poradziłby sobie z prześladującym go demonem. W życiu nic nie jest całkiem proste...
Dla mnie ważne jest jeszcze inne przesłanie filmu - otóż nie warto wciąż udowadniać światu, że jest się najlepszym (można bowiem wówczas skończyć nieciekawie)...

Podsumowując - kolejny film, który bawi i krzepi - polecamy, polecamy...

śliczna Szofi - kolejna kobieta, która wyciąga mężczyznę z tarapatów

sobota, 16 czerwca 2012

"Billy Elliot"

Z moich blogowych zaległości został mi jeszcze "Billy Elliot" - film, który obejrzałam sobie z okazji urodzin. Mimo wielkiego nawału obowiązków po prostu zasiadłam tego dnia wieczorem w pufie (urodzinowej) przed telewizorem i obejrzałam ten przemiły film. Ależ to było dawno temu... szkoda słów.

Historia Billy'ego jest tak prosta, że aż niewiarygodna. Ten młody chłopiec mieszkający w ubogim, prowincjonalnym miasteczku górniczym, którego mała społeczność żyje w zgodzie z niepisanym, choć od lat niezmiennym kodeksem konwenansów, podejmuje trudną walkę o swoją pasję, którą jest... taniec. Billy, osierocony przez matkę, mieszka z ojcem i bratem - zaangażowanymi w toczący się właśnie strajk górnikami, oraz cierpiącą na demencję babcią. Delikatny i wrażliwy, "inny" - pozostaje samotnikiem, podczas gdy ojciec, chcąc wzmocnić w nim cechy męskie, posyła go na treningi boksu. Billy jednak pewnego dnia, zamiast na swoje zajęcia, trafia na lekcję baletu i wówczas odkrywa swoją pasję.

Jest więc ten uroczy film opowieścią o chłopcu, który aby sięgnąć po swoje marzenia, musi walczyć - ze stereotypami, ze swoimi słabościami, z niezrozumieniem u najbliższych. Jest to również historia o miłości, która pozostaje ponad uprzedzeniami, która odmienia - w końcu bowiem ojciec chłopca, a wraz z nim reszta rodziny, staje po jego stronie, zawierzając jego marzeniom. Dla mnie jednak jest to przede wszystkim historia talentu, który obudziwszy się w człowieku, wyznacza mu nieustannie kierunek, zmusza go do działania, czyni nieustępliwym w dążeniu do rozwijania się i realizowania swoich marzeń...

Na szczególną uwagę zasługuje Jamie Bell - odtwarzający trudną rolę Billy'ego. Dzięki nieszablonowej urodzie i, przede wszystkim, niezywkle ujmującemu charakterowi, jakim nasycił swojego bohatera, uczynił tę postać niebanalną, wiarygodną i angażującą. Co ciekawe, chłopiec ten zaczął tańczyć śladem swojej matki i babki i to za sprawą tańca właśnie dostał rolę w tym filmie, który przysporzył mu sławy. Taniec jego zaś, chociaż daleki od perfekcji i nie wolny od potknięć, pełen jest jednak pasji, która aż zdumiewa.

Podsumowując - "Billy Elliot" to cudny, pokrzepiający film, wyśmienity na urodziny i nieurodziny, po prostu wart obejrzenia.

wtorek, 12 czerwca 2012

"W poszukiwaniu straconego czasu" tom II "W cieniu zakwitających dziewcząt" część II "Imiona miejscowości: Miejscowość"

Po raz kolejny piszę po dłuższej przerwie, powód jest mniej więcej taki sam jak ostatnio. Co więcej, tym razem znowu upłynęło trochę czasu od chwili, gdy zakończyłam lekturę tomu II i znowu niemało z jego treści już umknęło mojej zawodnej pamięci. Kto wie jednak, czy właśnie nie zaczyanją się dla mnie lepsze czasy...


Cabourg, miasteczko, które było ponoć "modelem" Balbec

II część II tomu nosi tytuł pozostający w relacji do tytułu części III tomu I, a mianowicie: "Imiona miejscowości: Miejscowość". W tej części powieści bowiem główny bohater spędza letnie wakacje w Balbec - nadmorskim miasteczku, o którym długo marzył, a które w końcu może zobaczyć na własne oczy i skonfrontować swoje marzenia (zrodzone z wyobrażeń, jakie jego płodnej wyobraźni podsuswało imię miejscowości) z rzeczywistością. Rzeczywistość ta oczywiście go zdumiewa - w miejsce wyobrażonych wzburzonych fal rozbijających się o szare mury gotyckiej katedry ogląda banalne, całkiem zwyczajne miasteczko oraz biało odzianych wczasowiczów snujących się wzdłuż digi pod wysokim i pogodnym niebem. Początkowo więc Balbec, odkrywszy przed nim tajemnicę (czy też - brak tajemnicy) swojego imienia, zawodzi go dotkliwie. Z czasem jednak optyka tego młodego wrażliwca się zmienia, to bowiem w Balbec przychodzi mu spotkać całą galerię osób, które odegrają w jego życiu bardzo ważne role, a pośród nich - gromadkę fascynujących, tytułowych "zakwitających dziewcząt"...


katedra Saint-Lo

Co ciekawe, Marcel w wyobraźni wydaje się wyprzedzać zdarzenia, które mają nastąpić. Już w drodze do Balbec marzy o spotkaniu z jasnowłosym artystą-wędrowcem, z którym się zaprzyjaźni, i z którym rozstanie się u stóp katedry Saint-Lo. Czy imię to (Saint-Lo) nie jest zapowiedzią imienia Roberta de Saint-Loup, potomka Guermantów, siostrzeńca margrabiny de Villeparisis, chłopca, który stanie się dla Marcela wiernym i oddanym przyjacielem wkrótce potem? Marcel wydaje się tę przyjaźń antycypować w swojej spragnionej wyobraźni, jednakże - kiedy jego marzenie ziszcza się - po raz kolejny doznaje zawodu. W towarzystwie przyjaciela czuje się znużony i osamotniony. Jest bowiem główny bohater Prousta, przynajmniej na tym etapie życia, człowiekiem w gruncie rzeczy niezdolnym do bliskości z innymi ludźmi, skoncentrowanym na sobie, rozmiłowanym w świecie swojej wyobraźni, a w relacjach z ludźmi zdaje się przede wszystkim smakować, kontemplować charaktery, pasje, ludzkie wdzięki i słabości, jakgdyby kolekcjonując to bogactwo doświadczeń jako materiał dla swojego przyszłego dzieła...

Podobnie, jak przewiduje Marcel zjawienie się w swoim życiu serdecznego przyjaciela, tak też po raz pierwszy usłyszawszy nazwisko Simonet, wie natychmiast, że należy ono do osoby, którą nieuchronnie pokocha. I na długo przed tym, jak w gromadce młodych panien, które zafascynowany obserwuje, zidentyfikuje w końcu ową Simonet, najpierw poszukuje jej na oślep, gorączkowo - poszukuje właścicielki owego tajemniczego, zapowiadającego mu nieokreślone słodycze, nazwiska. Gdy zaś w końcu poznaje Albertynę (nota bene - na podwieczorku u malarza Elstria - kolejnego ważnego bohatera), między tymi dwojgiem w tajemniczy sposób już od pierwszych chwil poznania zaczyna igrać miłość, która dopiero w przyszłości prawdziwie się narodzi.

Kolejnym ważnym boohaterem, który pojawia się już w I tomie jako przyjaciel Swanna, a także tajemniczy towarzysz pani Swann w Combray, teraz ukazuje się jako człowiek, który głównemu bohaterowi okazuje więcej zainteresowania, niż na to pozwlają granice konwenansu. Baron de Charlus, a dla Roberta - wuj Palamed, przejazdem odwiedza na chwilę panią de Villeparisis w Balbec. Na wskroś męski, surowy wobec zniewieściałości, niechętny mężczyznom, zwłaszcza młodym, odczuwa mimo wszystko (choć czy aby na pewno "mimo"?) wobec Marcela coś na kształt słabości, niestałej jednak, i jakgdyby wewnętrznie niespójnej, wskutek czego najpierw zaprasza go na herbatę, potem zaś udaje zaskoczenie jego przybyciem itd. Okazuje się też, że pod męską naturą barona kryje się kobieca wrażliwość, która między innymi podsuwa mu takie oto (bardzo moim zdaniem znamienne dla Prosuta) słowa: "Ależ ważne w życiu jest nie to, kogo się kocha (...) ważne to kochać."
Barona de Charlus, który w drugim tomie zawitał jedynie niejako przejazdem, poznamy jeszcze niewątpliwie o wiele lepiej w tomach kolejnych...

Najistoniejszym jednak z tych pierwszych, nadmorskich doświadczeń młodego bohatera było wkroczenie w bajeczny krąg młodych dziewcząt, pośród których Albertyna nie była jedyną, którą miał ochotę pokochać. Zachwycony ich świeżością, swobodą i ignorancją wynikłymi z młodości, Marcel przedkłada ich towarzystwo nad towarzystwo Roberta czy ukochanej babki. Przypatrując im się dostrzega ulotność ich wdzięku i lekkości, tak bardzo wrażliwy na nieubłagane zjawisko przemijania, widzi w ich rześkich rysach brzemię stopniowego starzenia się, którego nie unikną. I może właśnei dlatego z tak wielkim skupieniem i błogością przysiada w ich "cieniu" i zasłuchuje się w słodki szczebiot ich młodziutkich głosów...

I to by było na tyle na dziś. Nie mam siły więcej pisać - w obecnych czasach samo czytanie jest wyzwaniem, pisanie zaś szczegółowe - pozostaje niemożliwością. Proust tymczasem na każdej stronie swojego dzieła pozostawia jakąś myśl nurtującą, obserwację odkrywczą czy olśniewający obraz - ja nie jestem w stanie ustosunkować się do tego niezmierzonego bogactwa wątków. Nie o to zresztą chodzi.

Czas sięgnąć po trzeci tom...

niedziela, 22 kwietnia 2012

"W poszukiwaniu straconego czasu" tom II "W cieniu zakwitających dziewcząt" część I "Wokół pani Swann"

Mylił by się zasadniczo ten, kto by podejrzewał, że zabrakło mi sił czy cierpliwości do dalszego czytania. BYNAJMNIEJ - nie poddałam się!
Po prostu ostatnimi czasy cały mój potencjał twórczy (czy, w ogóle, intelektualny) pochłonęła praca nad pewnym projektem, który to projekt, w końcu, został napisany i leży sobie spokojnie w pokoju 218 i czeka na dalsze wypadki. A ja - mam urlop. I w końcu mogę nadrobić blogowe zaległości.

Pierwszą część II tomu skończyłam czytać jakieś dwa - trzy tygodnie temu i ten krótki (a intensywny) czas wystarczył, by wiele detali już mi umknęło (a detali, które składają się na każdy kolejny akapit "Prousta", jest mnóstwo). Przypominam jednocześnie, że te moje notatki nie są próbą streszczenia, czy kompletnej interpretacji tekstu, a jedynie zapiskami "wokół" lektury, próbami utrwalenia tego doświadczenia, jakim jest wspólne z autorem "poszukiwanie straconego czasu"...

II tom, o ślicznym tytule "W cieniu zakwitających dziewcząt" już od pierwszych zdań zaskakuje. Na samym początku lektury dowiadujemy się np., że "wybitny, znakomity uczony, jak Cottard, zawsze może być ozdobą stołu, ale Swann, ze swoją manią puszenia się i przechwalania byle znajomościami, jest pospolity bufon". Wkrótce potem autor wyjaśnia zdezorientowanemu czytelnikowi, że o tak gwałtowną zmianę charakterów przyprawiły jego bohaterów nowe okoliczności, w jakich się znaleźli, nowe role, jakie im przyszło pełnić - w przypadku Cottarda była to rola profesora medycyny, w przypadku zaś Swanna - rola męża Odety... Niemniej trudno jest oswoić się z tymi zmianami. Z drugiej strony przypomina mi to uwagę, jaką Proust umieścił już w I tomie powieści - że człowiek zmienia się w ciągu życia diametralnie, ale powoli, stopniowo, dzięki czemu może zachować poczucie jedności swojej osoby, a tylko od czasu do czasu, za sprawą książek, w których czas płynie znacznie szybciej i bohaterowie zmieniają się raptowniej, uświadamia sobie ze smutkiem, że jednak i jego to zjawisko niestałości dotyczy...

Język II tomu wydaje mi się też bardziej "krzaczasty" - częściej trafia się na zdania złożone tylokrotnie, że dopiero po skrupulatnym "rozłożeniu" ich w wyobraźni, można rozszyfrować ich sens. Niemniej nadal jest to język piękny, poetycki, zdumiewający  i jednocześnie pełen humoru, który przy tym czytaniu doceniam więcej niż wcześniej.

I część II tomu nosi tytuł "Wokół pani Swann", pozostajemy więc "w stronie Swanna". Najistotniejszym wątkiem tej części wydaje się miłość głównego bohatera do Gilberty, która najpierw jest mu niedostępna, później, niezrozumiałym zrządzeniem opatrzności, staje się bliską jego przyjaciółką, skutkiem czego jego miłość niejako "traci cel" i stopniowo (powoli i w cierpieniu) gaśnie, a właściwie "zostaje ugaszona" podjętą przez chłopca decyzją nie widywania się więcej z ukochaną. Tym samym Proust po raz kolejny już wykazuje, że "nie ma (...) szczęśliwych rozwiązań dla uczucia mającego tę właściwość, że wszelkie uczynienie mu zadość przesuwa jedynie ból w inne miejsce" oraz że "nie może być spokoju w miłości, gdyż to, cośmy uzyskali, jest zawsze tylko nowym punktem wyjścia dla większych pragnień". Miłość u Prousta jest tęsknotą, marzeniem, jest niezaspokojeniem per definitionem. Miłość "spełniona" - ginie...
W wątku miłości do Gilberty zwraca jeszcze uwagę fakt, że ta młoda kobietka pozostaje dla czytelnika zagadką nie mniejszą, niż jest nią dla zakochanego w niej bohatera. Nie wiemy właściwie, czym się Gilberta kieruje, zapraszając Marcela do swojego życia, jakimi go darzy uczuciami, czy, w dalszym ciągu wydarzeń, martwi się chociaż trochę postanowionym przez niego nagłym zerwaniem stosunków. I nie ma to chyba większego znaczenia, bo, podobnie jak w "Miłości Swanna", tutaj również najistotniejszym przedmiotem zainteresowania autora wydaje się sama miłość, nie zaś osoba, ku której ta miłość jest skierowana.
A jest ta pierwsza miłość niewątpliwie zapowiedzią późniejszej miłości - miłości do Albertyny, co w kilku miejscach tej części jest wyraźnie zasygnalizowane.

Zerwawszy kontakty z Gilbertą, Marcel pozostaje w (zdumiewającej!) zażyłości z jej matką i "bywa" w jej salonie, tym samym czyni swoje pierwsze kroki na drodze ku "światu". Początkowo celem jego pozostaje Gilberta - oddaliwszy się od niej, chce nadal pozostawać w pobliżu, pragnie też, by wieści o nim docierały do niej i w bliskości pani Swann chłopiec umacnia się w swoim cierpieniu, z upływem jednak czasu, jak to z perspektywy odległej przyszłości Marcel wspomina, więcej radości czerpie on z towarzystwa eleganckiej, choć nie szczególnie inteligentnej pani Swann niż odczuwa cierpienia z niewidywania Gilberty.

Dużo miejsca poświęca również autor w tej części powieści zagadnieniu sztuki. Marcel po raz pierwszy widzie Bermę w roli Fedry, w salonie pani Swann poznaje zaś osobiście swego ukochanego Bergotte'a (którego fizjonomia przyprawia chłopca w bezgraniczny zawód), w końcu w części tej kilkukrotnie główny bohater rozpacza nad swoją twórczą niemocą, nad intelektualną pustką, która nie pozwala mu pisać, choć tak bardzo czuje się ku temu powołany. Chłopiec w kontakcie ze sztuką szuka "prawd należących do świata realniejszego niż ów, w którym przebywa", teatr jest dla niego prawdziwą świątynią Piękna i aby zgłębić artyzm Bermy, pragnąłby zatrzymać czas, studiować każdą chwilę jej gry. Rzeczywistość nieco go rozczarowuje - widowisko dokonuje się, następuje po nim burza oklasków i każdy odchodzi w swoją stronę, a pytania o istotę piękna, o prawdę itd. pozostają w głowie chłopca bez odpowiedzi. Szybko jednak jego estetyczno-intelektualny niedosyt karmi się entuzjastycznymi opiniami ludzi przez niego poważanych i tym samym utwierdza on w sobie zachwyt nad Bermą - zachwyt ten jest więc skutkiem pewnego intelektualnego wysiłku, tak jednak być może kształtuje się w młodym człowieku tzw. "smak"... W akapitach poświęconych Bergotte'owi po raz kolejny trudno nie mieć wrażenia, że Proust pisze, przynajmniej częściowo, o sobie samym. Kto wie, czy w słowach, które padają z ust ambasadora de Norpois: "żadnej akcji - albo bardzo mało - ale zwłaszcza żadnego ciężaru gatunkowego" oraz "mamy prawo żądać od pisarza, aby był czymś więcej niż pięknoduchem" czy w końcu "to bardzo mdłe, bardzo wątłe, bardzo niemęskie" - kto wie, czy w słowach tych autor nie odnosi się do krytyki, z jaką sam się spotkał. Dalej zaś pojawia się refleksja, że prawdziwie genialny pisarz to ten, który jest inny, stąd nie może się on spotkać ze zrozumieniem wśród jemu współczesnych - rozumie go dopiero to pokolenie, w którego młode, rozwijające się umysły, wsączyła się genialna myśl zawarta w jego dziełach. Przy okazji Bergotte'a pisze też Proust: "Geniusz polega tu na sile odbijającej, nie na swoistej wartości odbijanego przedmiotu". Szczególnie (pozwolę sobie dodać od siebie), iż każdy przedmiot odbijany, może, ukazany pod odpowiednim kątem, nabrać wartości zupełnie nieoczekiwanej.

Jest w tej części jeszcze mnóstwo innych wątków (np. o tym, że Swann w tym okresie kochał inną kobietę albo o tym, że młody Marcel swój żal za Gilbertą koił w ramionach kurtyzan) i refleksji (np. o tym, że upływanie czasu umyka nam podobnie, jak fakt krążenia Ziemi wokół własnej osi, czy też o tym, że wypowiadane przez nas słowa rzadko trafiają od razu, nienaruszone, do ich odbiorcy - o ile w ogóle nasza intencja stanie mu się jasna, to i tak nie wcześniej niż dopiero po dłuższym czasie) - nie pomieszczę ich tutaj (podobnie jak nie mieszczą się one w mojej pamięci), a w zamian chętnie zakończę w tym miejscu pisanie, na rzecz - czytania...
(i postaram się uniknąć podobnych przerw w przyszłości)

"Osiem i pół"

Niestety, przy moim obecnym trybie życia coraz trudniej jest znaleźć czas na pisanie. W związku z tym od dnia, w którym oglądałyśmy "ósmy i pół" film Felliniego minęło już kilka miesięcy i obraz ten, choć niezwykły, zaciera się w mojej pamięci... Nie prędko jednak będę miała czas, aby ponownie go obejrzeć (choć jest to niewątpliwie konieczne, pod tym względem film ten przypomina książkę, której nie sposób "ogarnąć" w pierwszym czytaniu), stąd napiszę po prostu o tym, co jeszcze pamiętam...

"Osiem i pół" to, w moim odczuciu, film z epoki nieodwołalnie minionej, z czasów, kiedy kino pozostawało w bliskości z filozofią, z literaturą, kiedy reżyser mógł w sposób niewymuszony posługiwać się językiem symboli, a widz nawykły był nie tylko odbierać, ale również interpretować oglądane obrazy. Filmy takie ogląda się ze skupieniem i wnikliwością, smakuje się je, kontempluje...

Główny bohater filmu, reżyser Guido, przechodzi okres niemocy twórczej. Jako że jednocześnie podupada nieco na zdrowiu, zostaje wysłany do sanatorium (w miejscu tym film przypomina nieco "Czarodziejską Górę", kuracjusze w uzdrowisku oddają się błotnym kąpielom, piją wodę święconą, a poza tym przez cały czas nie robią nic konkretnego, atmosfera zaś jest odrobinę nierealna, teatralna i niepokojąca). W ustroniu tym biednego Guido odnajdują jednak wszyscy ci, wobec których ma różne zobowiązania - aktorzy oczekujący wskazówek odnośnie ich nienapisanych ról, wścibscy dziennikarze, bezlitosny krytyk, zniecierpliwiony producent, żona, kochanka itd. Guido lawiruje pośród nich odgrywając usilnie rolę człowieka sukcesu, podczas gdy w środku rozpaczliwie poszukuje - czego? Być może natchnienia, lecz niewykluczone, że raczej - prawdy - o sobie, o sensie życia, o istocie tworzenia...

Film jest w bardzo ciekawy sposób opowiedziany - przez cały czas nie do końca wiadomo, czy kolejne sceny toczą się w prawdziwym świecie, czy jedynie w wyobraźni Guido i czy są jego marzeniami, natchnieniami, wspomnieniami czy też może snami. Taki zabieg daje widzowi poczucie wkroczenia w niedostępny obszar czyjegoś osobistego doświadczania świata. Jednocześnie jednak uwydatnia nieuniknioną samotność człowieka pośród ludzi...

Pamiętam też, że uwagę moją zwróciło w tym filmie równoległe funkcjonowanie dwóch obcych sobie światów - świata kobiet i świata mężczyzn. Kobiety "mijają się" z mężczyznami w rozmowie, myślą innymi kategoriami, żyją dla innych spraw. Guido, pozostając pod ogromnym wpływem kobiet od wczesnych lat dzieciństwa, jednocześnie tych kobiet nie rozumie, traktuje je przedmiotowo, co zresztą ostatecznie okazuje się dla niego zgubne. Doświadczenie kobiecości i męskości jest tak radykalnie odmienne, że dla każdej ze stron ta druga strona pozostaje zagadką nie do przeniknięcia...

I tyle pozwala mi napisać moja krucha pamięć. To zatrważające, jak wszystkie nasze doświadczenia, chociażby najwznioślejsze, obracają się w pył, o ile nie zapiszą się na czas dłuższy w pamięci. A pamięć przecież też nie jest zjawiskiem trwałym...

A do filmu Felliniego z pewnością jeszcze wrócę...

piątek, 16 marca 2012

"W poszukiwaniu straconego czasu" tom I "W stronę Swanna" część III "Imiona miejscowości: Imię""

Pierwszy tom "poszukiwania straconego czasu" wieńczy króciutka część III o zagadkowym tytule "Imiona miejscowości: Imię".
I w istocie pierwsze akapity tej części poświęca narrator swoim młodzieńczym rojeniom na temat miejscowości, które pragnął odwiedzić i których imiona dostarczały jego wyobraźni wystarczającego materiału, by tworzył z niego wizje piękne, utęsknione i niefrasobliwie oderwane od rzeczywistości. Z nazw Balbec, Wenecji, Florencji w jego umyśle zakwitały zamki, kościoły, dzikie plaże, zapachy i smaki, w które wierzył i do których tęsknił.
Słabe zdrowie nie pozwalało mu jednak na dalekie podróże, stąd znienacka zmienia kierunek swych wspomnień i przenosi się na Pola Elizejskie, gdzie jako młodzieniec doświadczał uniesień i cierpień swojej pierwszej miłości - miłości skierowanej ku Gilbercie Swann.
Miłość młodego Marcela (do imienia tego nie przyznał się jak dotąd, znam je jednak skądinąd, więc będę go nim nazywać) - miłość ta jest zachłanna, żarliwa i bezgraniczna. Ufny w ukrytą w miłości prawdę, oddaje się swemu uczuciu z prawdziwym nabożeństwem, podczas gdy Gilberta, rzecz jasna, lekce go sobie waży (w czym jakże jest podobna do swojej matki!). Co ciekawe, miłość ta jest owocem fascynacji, jaką w młodym umyśle chłopca wywołało imię Gilberty, zasłyszane przypadkowo po raz pierwszy z ust wołającej ją matki, po raz kolejny wykrzyczane przez przyjaciółkę, a kryjące w sobie całą niesłychaną tajemnicę życia rudowłosej dziewczynki - tak bardzo pożądaną, jako że - nieosiągalną... Imię Gilberty jest więc w tym miejscu podobne imionom miejscowości - kryje w sobie tajemnicę, którą karmi się tęskna wyobraźnia.
Od miłości ku Gilbercie płynnie przechodzi Marcel do adoracji, jaką darzył w owych czasach panią Swann, "słynną z piękności, złego prowadzenia się i elegancji". Dla jej widoku chłopiec zaciągał opiekującą się nim Franciszkę do Lasku Bulońskiego, by tam składać Odecie zamaszyste ukłony.
I nagle, całkiem niespodzianie, narrator przenosi nas w czasy "obecne", kiedy to pewnego listopadowego (nieprzypadkowo) poranka, udaje się do Lasku, by tam - doznać gorzkiego rozczarowania. Miejsce to, niegdyś stanowiące ramę dla fascynującego świata podziwianych przez niego kobiet, obecnie puste i jałowe, nie przywołuje rzeczywistości minionej, nie wskrzesza przeszłości - jest po prostu INNYM miejscem. "Rzeczywistość, którą znałem - nie istniała już." - pisze narrator - "wspomnienie jakiegoś obrazu jest jedynie żalem za pewną chwilą; i domy, drogi, aleje są ulotne, niestety, jak lata".



Splot wymienionych wątków, z których jeden po drugim objawia się całkiem niespodzianie, nasuwa mi refleksję o tym, że nasze życie w istocie składa się z ciągu obrazów, które na kanwie rzeczywistości maluje nam wyobraźnia. I chociaż nasze wizje świata pozostają zazwyczaj wystarczająco spójne, byśmy mogli wspólnie w nim funkcjonować, to jednak w gruncie rzeczy pozostajemy samotni - pośród naszych wspomnień, marzeń i pojęć, jakie mamy o życiu i ludziach.
I każdy z nas powolutku (albo trochę szybciej) płynie przed siebie - od jednego obrazu świata, do kolejnego, i następnego...

piątek, 9 marca 2012

"Amelia"

Jak dobrze, gdy za oknem zimno i plucha, zobaczyć film, który cieszy i grzeje. "Amelia" takim właśnie jest filmem - pogodnym, ślicznym, wdzięcznym, od którego żyć się zachciewa.

"Amelia" jest też filmem-marzeniem, na którego ziszczenie Jean Pierre Jeunet czekał długie lata i dopiero po wyreżyserowaniu "Obcego 4" (!!!) zdobył wystarczające fundusze, aby zrealizować swój wyśniony obraz. A sny musi mieć Jeunet niebanalne, czego dał nam już posmakować w swoich wcześniejszych obrazach, jak "Delicatessen" czy "Miasto zaginionych dzieci".

Amelia, wychowana przez znerwicowaną matkę i całkiem zamkniętego w sobie ojca, chętnie ucieka przed rzeczywistością w świat swojej bujnej wyobraźni. Mimo dojrzałego wieku zachowuje ona dziecięcą wrażliwość i przygląda się otaczającemu ją światu z życzliwym zdumieniem. W pewnym momencie Amelia odkrywa przyjemność z pomagania i porządkowania życia innym ludziom. Sama jednak nie jest w stanie sięgnąć po własne szczęście. I o tym mniej więcej jest ten film, jak to uciekająca przed życiem dziewczyna wraz z nie całkiem dostosowanym do reszty świata chłopcem poszukują siebie wzajemnie po ulicach pięknego Paryża. Wzruszające, ujmujące i śliczne.

W filmie tym wszystko jest odrobinę przerysowane - piękne i kolorowe ulice "odrealnionego Paryża", jego groteskowi mieszkańcy, sama Amelia ze swoimi czarnymi jak węgle oczami oraz cieniutkimi nóżkami wyrastającymi z nazbyt dużych butów. Jenuet pięknie bawi się obrazem, dźwiękiem, narracją, czego skutkiem powstaje film "kompletny" - wszystkie jego elementy pasują do siebie, uzupełniają się wzajemnie. Całości dopełnia cudowna, "pozytywkowa" muzyka Yanna Tiersena.

Ta historia została opowiedziana tak, jak by ją opowiedziała Amelia - żartobliwie, poetycko, nie całkiem serio. Jest jak dobry sen. Bardzo dobry sen. Polecam na pochmurne dni i deszczowe noce.