No popatrz, a mnie się "Jądro ciemności" bardzo podoba. Podoba mi się elegancja tej powieści - prosta historia, w dodatku oparta na własnych doświadczeniach autora, a pełna znaczeń.
W odniesieniu do opisów Murzynów chciałam wspomnieć, że "wiki" podaje, iż w 1975 nigeryjski pisarz Chinua Achebe w wykładzie "Obraz Afryki - rasizm w "Jądrze Ciemności" Conrada" oskarżył autora powieści o dehumanizację Murzynów i przedstawienie ich jedynie jako przedłużenie ciemnej i dzikiej dżungli. Muszę przyznać, że zupełnie mnie nie dziwią takie oskarżenia. Sama czytałam te opisy z bardzo mieszanymi uczuciami... Z drugiej strony wydaje mi się, że nie należy zapominać o kontekście czasów, w jakich Conrad przebywał w Afryce, a potem o niej pisał. Kiedy cała Europa uważała Murzynów za prymitywnych dzikusów, których należy "oduczyć ich ohydnych obyczajów", wówczas być może postawa bohatera powieści, dostrzegającego w nich ludzi "takich samych jak my", należała do raczej otwartych i odważnych?
Trzeci i ostatni rozdział "Jądra Ciemności" jest najbardziej przerażający i, w moim odczuciu, najtrudniejszy. Po przeczytaniu stawiam sobie więcej pytań niż znajduję odpowiedzi. Kim właściwie był Kurtz? Na pytanie to próbuje odpowiedzieć Marlow, ale jego relacja nie jest całkiem spójna, bo też nie całkiem spójny jest stosunek Marlowa do Kurtza. Pomimo iż nazywa go "żałosnym Zeusem", "ohydnym upiorem", to jednocześnie w jakiś sposób go wybiera i pozostaje mu wierny: "Nie zdradziłem pana Kurtza, bo tak było mi sądzone. Było mi pisane, że mam zostać wierny marze, którą sam sobie wybrałem. Bardzo pragnąłem samodzielnie rozprawić się z tym cieniem i do dziś nie wiem, dlaczego tak zazdrośnie strzegłem przed innymi osobliwej goryczy owego doświadczenia." Dziwny fatalizm obecny jest w tych słowach... A może spotkanie Marlowa i Kurtza to spotkanie człowieka z własnym wewnętrznym demonem, z którym samemu trzeba się zmagać...?
W innym miejscu Marlow mówi: "Dziwne, jak łatwo zgodziłem się na ten niespodziewany współudział, na wybór mniejszego koszmaru, jaki narzucono mi w grobowej krainie, nękanej przez nędzne i chciwe upiory." Nazywa więc Kurtza mniejszym koszmarem, przeciwstawiając mu większy koszmar chłodnej, chciwej kalkulacji, pozbawionej współczucia wobec kogokolwiek, reprezentowanej przez dyrektora i "pielgrzymów". To wybór między demonami opisanymi w pierwszym rozdziale: diabeł krwiożerczego i bezlitosnego szaleństwa versus czerwonookie demony przemocy, chciwości i nieposkromionej żądzy...
Nazywa też Marlow Kurtza duszą, która samotna pośród dżungli zajrzała wgłąb siebie i oszalała.
Ostatnie słowa Kurtza: "Zgroza! Zgroza!"- co one znaczą? Czy w obliczu nieuchronnej śmierci dokonał czegoś na kształt rachunku sumienia? Czy uświadomił sobie, kim był, co uczynił? Marlow nazwał go wybitnym człowiekiem za te ostatnie słowa...
Na koniec jeszcze jedna, przytłaczająca obserwacja. Kurtz przedstawiony jest przez Marlowa jako człowiek obdarzony niezwykłym głosem i darem krasomóstwa, dzięki któremu potrafił zawładnąć umysłami ludzi. Zdaje się jednak, że na jego wpływ najbardziej podatni byli... ludzie niewinni. Jego wiernymi wielbicielami byli Rosjanin-Arlekin, tubylcy przedstawieni jako ludzie prości, w końcu jego narzeczona - czysta i całkowicie naiwna, oddana mu bezgranicznie (postać zupełnie nie do zniesienia!). Tymczasem u dyrektora, człowieka cynicznego i głupiego, słowa Marlowa wywołują jedynie irytację i zniecierpliwienie. Co to właściwie znaczy? Dlaczego ten straszny demon ma najlepszy dostęp do dusz czystych, niewinnych? Niepokojące...
W podsumowaniu chciałabym jeszcze raz podkreślić, jak bardzo podobała mi się ta, naszpikowana treścią, lektura. Conrad nadał swoim rzeczywistym doświadczeniom formę eleganckiej, parabolicznej historii, która daje zupełnie otwartą przestrzeń do interpretacji. Z tego powodu jego dzieło silnie kojarzy mi się z twórczością Kapuścińskiego. Jest przecież "Jądro ciemności" czymś na kształt reportażu...
No, to teraz czas na "Czas Apokalipsy"...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 13 listopada 2011
sobota, 12 listopada 2011
'Z tym człowiekiem się nie rozmawia, jego się słucha!'
Tak naprawdę czytając drugi rozdział 'Jądra ciemności' wrażenia mam te same. Jest ciężko, tłusto, bardzo bardzo ciemno. Czyta się te obszerne akapity, jakby cieniutka książka była opasłym tomem.
Nie mam pojęcia czym to jest spowodowane, ale żaden bohater nie wzbudza we mnie większych pozytywnych lub negatywnych emocji. Jedyne co je wzbudza to wnikliwe opisy Murzynów -ludzi zezwierzęconych przez ciężki los, silnych, głodnych, bezwzględnych, pozbawionych jakiegokolwiek człowieczeństwa w oczach białych. Ten temat poruszałam już z resztą przedstawiając moje spostrzerzenia w ostatniej notce.
Wrażenie też zrobił na mnie dokładny opis Kurtza. Jest bardzo obrazowy, wzbudza jakiś lęk przed tym człowiekiem.
Zabieram się za trzeci rozdział. Nie ukrywam jednak że na tym etapie cieszę się, że przygoda z 'Jądrem ciemności' powoli się kończy.
Nie mam pojęcia czym to jest spowodowane, ale żaden bohater nie wzbudza we mnie większych pozytywnych lub negatywnych emocji. Jedyne co je wzbudza to wnikliwe opisy Murzynów -ludzi zezwierzęconych przez ciężki los, silnych, głodnych, bezwzględnych, pozbawionych jakiegokolwiek człowieczeństwa w oczach białych. Ten temat poruszałam już z resztą przedstawiając moje spostrzerzenia w ostatniej notce.
Wrażenie też zrobił na mnie dokładny opis Kurtza. Jest bardzo obrazowy, wzbudza jakiś lęk przed tym człowiekiem.
Zabieram się za trzeci rozdział. Nie ukrywam jednak że na tym etapie cieszę się, że przygoda z 'Jądrem ciemności' powoli się kończy.
sobota, 5 listopada 2011
"Jądro ciemności", rozdział II
Hmm... ten cytat, który wybrałaś jako tytuł, przy pierwszym czytaniu zaniepokoił mnie - trudno mi było zrozumieć, co właściwie znaczą te słowa. Teraz jednak stają się bardziej czytelne - sens (zagadka) powieści wydaje mi się kryć w dżungli - to ona jest ciemnością, która "otacza" naszych bohaterów, i wsącza się w ich umysły. Tak to sobie wyobrażam...
A za oknami piękne, jesienne Słońce! Tymczasem w rozdziale drugim ciemność gęstnieje. Wraz z Marlowem kontynuujemy podróż wgłąb Czarnego Lądu, gdzie dzika, nieokiełznana dżungla zdaje się zamykać się za parowcem płynącym w górę rzeki, odcinając mu drogę odwrotu. Podróż przez tę nieujarzmioną przyrodę nasuwa naszemu bohaterowi skojarzenie z wędrówką ku przeszłości, "do samych początków świata". Jednocześnie przyroda ta jest złowroga, "patrzy na człowieka jakoś mściwie"...
Z drugiej strony krystalizuje się stosunek Marlowa do rdzennych mieszkańców Afryki (bardzo dla mnie niejasny i intrygujący w pierwszym rozdziale). Nazywa on ich "dzikusami", "kanibalami" (!), o jednym wyraża się słowami "udoskonalony okaz", ale też dostrzega w nich ludzi, podobnych sobie. A właściwie odkrywa w sobie człowieka podobnego do nich, co napawa go obrzydzeniem. Marlow widzi w Murzynach ludzi prymitywnych, pierwotnych, niejako podobnych jego przodkom, dzieli go od nich przepaść cywilizacyjna, ale łączy coś bardzo istotnego, ludzkiego - "prawda odarta z przebrania czasu".
Jest więc podróż w górę rzeki, męcząca, pełna przeszkód i niebezpieczeństw, podróżą ku przeszłości i ku prawdzie - podróżą wgłąb ludzkiej duszy, do jej najskrytszych zakamarków...
Odkrywamy też fragment tajemnicy, jaką kryje serce dżungli. Pomimo, że rozdział drugi kończy się z chwilą przybycia promu do stacji Kurtza, to jednak nieco wcześniej Marlow, jakby wyprzedzając wydarzenia, nakreśla już jego postać - postać szaleńca, który uczynił siebie bogiem dla lokalnej ludności. I mimo iż nadal jest to obraz niepełny, z luźnych wspomnień złożony, to jest już bardzo złowieszczy. Kurtz wydaje się człowiekiem szalonym, wyposażonym jednocześnie w wielką charyzmę i dar słowa, którym potrafi omamić. Czy to nie straszliwe połączenie cech? Opis Kurtza zrobił na mnie bardzo duże wrażenie.
Cytat, który wydaje mi się wart zapamiętania: "Zapewniam was, że żaden głupiec nigdy nie zaprzeda duszy diabłu, bo jest na to za głupi albo diabeł zbyt diabelski - sam nie wiem."
Mnie natomiast spodobał się inny fragment: "Kiedy człowiek musi się koncentrować na takich rzeczach, pospolitych zewnętrznych przypadkach, to rzeczywistość - właśnie rzeczywistość ginie nam z oczu." W przypadku naszego bohatera zjawisko to miało działanie ochronne - zaangażowanie w codzienne trudy podróży pomagało mu znosić ciemność dżungli i niepokój, jaki ta wywoływała. Dla mnie jednak jest ten fragment ostrzeżeniem - nie pozwólmy "pospolitym zewnętrznym przypadkom", które składają się na większą część naszego życia, aby przesłoniły nam rzeczywistość! Sama mam poczucie, że teraz, kiedy nie pracuję, mam z rzeczywistością znacznie więcej do czynienia :)
Na koniec chciałabym wspomnieć nową postać "drugiego planu", która bardzo mi się spodobała, a mianowicie "Rosjanina-Arlekina". Jego pstrokaty strój, naiwność, gwałtowna zmienność nastrojów - wszystko to bardzo mnie zaintrygowało. Na deser więc dla porządku przytoczę definicję arlekina:
Arlekin - postać błazna w czarnej masce. Ubrany w kostium zszyty z kolorowych trójkątów albo rombów. Jedna z głównych ról męskich (maska "komiczna") w commedia dell'arte. (...) Jego maska to połączenie głupoty i sprytu, dobrze symbolizuje jego naturę, gdyż Arlekin może być równie łatwo oszukiwany, jak i oszukujący.
No to foto :)
A za oknami piękne, jesienne Słońce! Tymczasem w rozdziale drugim ciemność gęstnieje. Wraz z Marlowem kontynuujemy podróż wgłąb Czarnego Lądu, gdzie dzika, nieokiełznana dżungla zdaje się zamykać się za parowcem płynącym w górę rzeki, odcinając mu drogę odwrotu. Podróż przez tę nieujarzmioną przyrodę nasuwa naszemu bohaterowi skojarzenie z wędrówką ku przeszłości, "do samych początków świata". Jednocześnie przyroda ta jest złowroga, "patrzy na człowieka jakoś mściwie"...
Z drugiej strony krystalizuje się stosunek Marlowa do rdzennych mieszkańców Afryki (bardzo dla mnie niejasny i intrygujący w pierwszym rozdziale). Nazywa on ich "dzikusami", "kanibalami" (!), o jednym wyraża się słowami "udoskonalony okaz", ale też dostrzega w nich ludzi, podobnych sobie. A właściwie odkrywa w sobie człowieka podobnego do nich, co napawa go obrzydzeniem. Marlow widzi w Murzynach ludzi prymitywnych, pierwotnych, niejako podobnych jego przodkom, dzieli go od nich przepaść cywilizacyjna, ale łączy coś bardzo istotnego, ludzkiego - "prawda odarta z przebrania czasu".
Jest więc podróż w górę rzeki, męcząca, pełna przeszkód i niebezpieczeństw, podróżą ku przeszłości i ku prawdzie - podróżą wgłąb ludzkiej duszy, do jej najskrytszych zakamarków...
Odkrywamy też fragment tajemnicy, jaką kryje serce dżungli. Pomimo, że rozdział drugi kończy się z chwilą przybycia promu do stacji Kurtza, to jednak nieco wcześniej Marlow, jakby wyprzedzając wydarzenia, nakreśla już jego postać - postać szaleńca, który uczynił siebie bogiem dla lokalnej ludności. I mimo iż nadal jest to obraz niepełny, z luźnych wspomnień złożony, to jest już bardzo złowieszczy. Kurtz wydaje się człowiekiem szalonym, wyposażonym jednocześnie w wielką charyzmę i dar słowa, którym potrafi omamić. Czy to nie straszliwe połączenie cech? Opis Kurtza zrobił na mnie bardzo duże wrażenie.
Cytat, który wydaje mi się wart zapamiętania: "Zapewniam was, że żaden głupiec nigdy nie zaprzeda duszy diabłu, bo jest na to za głupi albo diabeł zbyt diabelski - sam nie wiem."
Mnie natomiast spodobał się inny fragment: "Kiedy człowiek musi się koncentrować na takich rzeczach, pospolitych zewnętrznych przypadkach, to rzeczywistość - właśnie rzeczywistość ginie nam z oczu." W przypadku naszego bohatera zjawisko to miało działanie ochronne - zaangażowanie w codzienne trudy podróży pomagało mu znosić ciemność dżungli i niepokój, jaki ta wywoływała. Dla mnie jednak jest ten fragment ostrzeżeniem - nie pozwólmy "pospolitym zewnętrznym przypadkom", które składają się na większą część naszego życia, aby przesłoniły nam rzeczywistość! Sama mam poczucie, że teraz, kiedy nie pracuję, mam z rzeczywistością znacznie więcej do czynienia :)
Na koniec chciałabym wspomnieć nową postać "drugiego planu", która bardzo mi się spodobała, a mianowicie "Rosjanina-Arlekina". Jego pstrokaty strój, naiwność, gwałtowna zmienność nastrojów - wszystko to bardzo mnie zaintrygowało. Na deser więc dla porządku przytoczę definicję arlekina:
Arlekin - postać błazna w czarnej masce. Ubrany w kostium zszyty z kolorowych trójkątów albo rombów. Jedna z głównych ról męskich (maska "komiczna") w commedia dell'arte. (...) Jego maska to połączenie głupoty i sprytu, dobrze symbolizuje jego naturę, gdyż Arlekin może być równie łatwo oszukiwany, jak i oszukujący.
No to foto :)
"Sens jakiegoś epizodu nie tkwi w środku, jak pestka, ale otacza z zewnątrz opowieść"
Już od pierwszych linijek można bardzo wyraźnie odczuć bardzo ciężki klimat. Atmosfera ciemności, ciężaru przywodzi mi skojarzenia wielkiej, czarnej przestrzeni pełnej tłustej, chemicznej, kapiącej mazi. Nieskończona otchłań ciemności.
Moje skojarzenie prawdopodobnie jest wynikiem bardzo obrazowego opisywania charakterystycznego dla Conrada (pamiętam, że "Lorda Jima" czytałam w liceum z wypiekami na twarzy, mimo że tematyka bliska mi nie jest). Każde zdanie jest skonstruowane w taki sposób, że mam dokładną wizję każdego motywu.
Charakterystyczny język autora jeszcze bardziej podkreśla dramat wyzyskiwanych czarnych ludzi. "Czarne kształty czołgały się, leżały, siedziały między drzewami, opierając się o pnie, tuliły się do ziemi - to widzialne, to przesłonięte mętnym półmrokiem - we wszelkich możliwych postawach bólu, zgnębienia i rozpaczy. (...) Umierali powoli - to nie ulegało wątpliwości. Nie byli nieprzyjaciółmi, nie byli zbrodniarzami, nie zostało w nich już nic ziemskiego - były to tylko czarne cienie choroby i głodu, leżące bezwładnie w zielonawym mroku."
To są moje pierwsze i podstawowe spostrzeżenia. Ciekawa jestem, jak odbiorę dwa pozostałe rozdziały.
czwartek, 3 listopada 2011
"Jądro Ciemności", rozdział I
Zaczynamy pierwszą lekturę z pierwszego kanonu: "Jądro Ciemności" Josepha Conrada.
Dziś rozdział pierwszy, w którym Charles Marlow zaczyna opowieść o swojej wyprawie wgłąb Afryki. I chociaż daleko nam jeszcze do "Jądra Ciemności", to i tak ciemność jest już obecna od pierwszych stron powieści: Słońce zachodzi i dopiero wtedy Marlow zaczyna snuć swoją histrorię! Dwie kobiety spotkane w biurowcu firmy szydełkują czarną wełną i zostają nazwane "strażniczkami Ciemności" (bardzo przejmujący obraz!), ciemna jest dżungla, przez ciemność kroczy też postać kobieca z obrazu namalowanego przez Kurtza.
W moim egzemplarzu książki pozaznaczane są niemal wszystkie fragmenty dotyczące Kurtza. To ciekawe, jak ze strzępów informacji wyłania się jego postać niewyraźna, ale już złowroga (chociaż wszyscy wypowiadają się o nim jak najbardziej chwalebnie!). Atmosfera grozy gęstnieje zresztą z każdym akapitem. I chociaż powieść osadzona jest w określonym czasie i miejscu (gdzie dokonywało się straszliwe okrucieństwo, o którym nie można zapomnieć), to jednak od początku odczuwa się bardziej uniwersalny charakter tej historii. Ciemność człowiecza...
Podoba mi się ogromnie ten fragment: "Nie, nie można przekazać żywych odczuć związanych z jakimś okresem naszego życia - tych, które składają się na jego najgłębsze i najprawdziwsze znaczenie. Niemożliwe. Żyje się tak samo, jak śni - w pojedynkę..."
Dobrze, że chociaż takim cytatem można próbować się dzielić - z Siostrą na przykład.
A jak Twoje wrażenia?
Dziś rozdział pierwszy, w którym Charles Marlow zaczyna opowieść o swojej wyprawie wgłąb Afryki. I chociaż daleko nam jeszcze do "Jądra Ciemności", to i tak ciemność jest już obecna od pierwszych stron powieści: Słońce zachodzi i dopiero wtedy Marlow zaczyna snuć swoją histrorię! Dwie kobiety spotkane w biurowcu firmy szydełkują czarną wełną i zostają nazwane "strażniczkami Ciemności" (bardzo przejmujący obraz!), ciemna jest dżungla, przez ciemność kroczy też postać kobieca z obrazu namalowanego przez Kurtza.
W moim egzemplarzu książki pozaznaczane są niemal wszystkie fragmenty dotyczące Kurtza. To ciekawe, jak ze strzępów informacji wyłania się jego postać niewyraźna, ale już złowroga (chociaż wszyscy wypowiadają się o nim jak najbardziej chwalebnie!). Atmosfera grozy gęstnieje zresztą z każdym akapitem. I chociaż powieść osadzona jest w określonym czasie i miejscu (gdzie dokonywało się straszliwe okrucieństwo, o którym nie można zapomnieć), to jednak od początku odczuwa się bardziej uniwersalny charakter tej historii. Ciemność człowiecza...
Podoba mi się ogromnie ten fragment: "Nie, nie można przekazać żywych odczuć związanych z jakimś okresem naszego życia - tych, które składają się na jego najgłębsze i najprawdziwsze znaczenie. Niemożliwe. Żyje się tak samo, jak śni - w pojedynkę..."
Dobrze, że chociaż takim cytatem można próbować się dzielić - z Siostrą na przykład.
A jak Twoje wrażenia?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

